Reklama

Reklama

Tamara Arciuch: Warto wyjść z bezpiecznej bańki

Pokonanie siebie i wyjście z tej bańki odpala w nas coś zupełnie nowego - mówi Tamara Arciuch / Piotr Podlewski /AKPA

Gra chłodne blondynki na obcasach, ale w życiu bliżej jej do ciepłej dziewczyny z sąsiedztwa. Ma poczucie humoru, lubi być kobietą domową i gotować zupę tajską. Tamara Arciuch nie narzeka na swoją aktorską szufladkę, ale nie chce się w niej zasiedzieć. Za chwilę pokaże się widzom w nowym wcieleniu, a nawet w... wielu różnych wcieleniach.

Katarzyna Droga, Styl.pl: Ma pani teraz bardzo aktywny czas! Wiosną zobaczymy panią w 14. edycji programu "Twoja Twarz Brzmi Znajomo" i w nowym serialu "Tajemnica zawodowa". Sporo się dzieje?

Tamara Arciuch: - Rzeczywiście, po przerwie zrobiło się bardzo intensywnie. Jesienią zaproszono mnie do udziału w programie "Twoja Twarz Brzmi Znajomo", zresztą nie po raz pierwszy, ale wcześniej wciąż byłam zajęta - filmy, teatr - a ten program naprawdę wymaga czasu i energii. Teraz pomyślałam: "Teatry zamknięte, nie mam seriali, będę mogła się skupić na programie". I kiedy tylko powiedziałam: "Dobrze", przyszła propozycja roli w serialu "Tajemnica zawodowa". W życiu aktora często tak właśnie bywa: cisza, nic, a potem wszystko naraz. Bardzo się cieszę! W czasie pandemii pracę docenia się stukrotnie, a w dodatku oba wyzwania są naprawdę ciekawe. Program "Twoja Twarz..." jest dla mnie kompletnie nowym doświadczeniem, czegoś takiego jeszcze nie robiłam!

Reklama

A podchodzi pani do wyzwań z optymizmem. Nie dramatyzuje pani, gdy coś nie wyjdzie?

- O, jestem temperamentną osobą i bardzo przeżywam, gdy coś ważnego się kończy albo jakiś projekt nie wychodzi. A statystycznie rzecz biorąc więcej nam w życiu nie wychodzi jak wychodzi... Natomiast mój optymizm wynika chyba z tego, że nigdy nie miałam nadmiernego ciśnienia na karierę. Kocham swoją pracę, ale są granice, których nie przekraczam, bo nie chcę i nie umiem. Po co mam o coś walczyć za wszelką cenę? Wydzwaniać, narzucać się, żeby mi ktoś zaproponował rolę? Kiedy jej nie dostaję, myślę: "Trudno, pójdę swoją drogą".

- Gdybym zaczęła się zmieniać w tym względzie, to przestałabym być wiarygodna w tym co robię, tak myślę. Mój zawód polega na szczerym kontakcie ze sobą i swoimi emocjami. Oczywiście taka postawa bywa pułapką, bo popycha człowieka w strefę komfortu. Siedzi się w tej miłej bańce i można się zasiedzieć, a przecież warto zaznać czegoś nowego, wyjść poza bezpieczne granice. Dla mnie taką próbą wyjścia z bańki jest właśnie program "Twoja Twarz Brzmi Znajomo".

Dlaczego?

- Bo jako doświadczona aktorka wchodzę w coś kompletnie nowego. Tu naprawdę można się obnażyć, odsłonić jakąś słabość. Tempo przygotowań jest bardzo szybkie, nie pracuje się nad występem miesiąc, czasem są to cztery dni! Prawdziwym wyzwaniem jest ilość rzeczy, które trzeba pogodzić, żeby wcielić się w odgrywane postacie, a najtrudniejsze jest zdystansowanie się wobec siebie. Człowiek wychodzi na scenę i w pierwszym odruchu chce zaśpiewać swoim głosem, bo przecież nawet podświadomie sięgamy do tego, co umiemy.

- A tu nie o to chodzi! Tu masz głos postaci, którą prezentujesz, masz jej ekspresję, masz poruszać się jak ona. Tu kobiety wcielają się w mężczyzn, a mężczyźni w kobiety i to nie jest łatwe. Ostatnio odgrywałam czarnoskórego, amerykańskiego rapera! Kiedy popatrzyłam na siebie w lustrze, po prostu oniemiałam. Nie poznałam siebie - ta charakteryzacja, kostium. No niesamowita przygoda!

Woli pani grać postacie podobne do siebie?

- Nie do końca. Pokonanie siebie i wyjście z tej bańki odpala w nas coś zupełnie nowego. To jest bardzo ciekawe dla mnie jako dla aktorki. Początkowo myślałam, że wszystko musi być perfekcyjne, każdy dźwięk, ruch osoby, którą gram, a teraz zrozumiałam, że to nie o to chodzi. Charakteryzacja, to jak się poruszamy, kilka myków z głosu, które wyłapiemy i nauczymy się ich - to wszystko buduje pewne złudzenie człowieka, którego gramy. Każdą postać dokładnie rozpracowujemy - technicznie, wokalnie, wizualnie. Czasem jednak technika zawodzi, w takich chwilach bardzo pomaga mi w tym mój zawód. Ktoś mi podpowie: to tak jakbyś była odrętwiała, zaspana... i uruchamia mi się wyobraźnia aktorska, już potrafię się zbliżyć do tej postaci.

Ale ten program zakłada rywalizację, której pani nie lubi...

- Trafiłam na taką ekipę, w której rywalizacja jest znikoma. To bardzo mocna grupa, jurorzy też to podkreślają, a mimo to nie ma ciśnienia, żeby wygrać za wszelką cenę. Ludzie są mili dla siebie, wspieramy się, jestem nimi zachwycona. Ostatnio zdarzyło się, że kolega dał punkty koleżance i sam siebie tym zdetronizował, bo ważniejsze było to, że bardzo podobało mu się to wykonanie. To fajne koleżeńskie sytuacje i gesty, o których się dziś zapomina. Kończyłam krakowską PWST i jestem wychowana w etosie zespołu. Uczono nas, że na scenie nie ma gwiazd albo solistów i chórku, więc dobrze się w tym czuję.

Spotykała się pani w swojej karierze z rywalizacją kobiet, czy to tylko mit?

- Na samym początku kariery bywało różnie... Później też pewne przyjaźnie się kończyły przez to, że komuś bardziej zależało na karierze niż na relacji. Ale jako młoda aktorka w Teatrze Wybrzeże spotkałam się z bardzo wspierającą postawą pani Doroty Kolak czy Ewy Kasprzyk. One były już wtedy gwiazdami, a ja po prostu się trzęsłam, kiedy miałam z nimi zagrać na scenie. Rozumiały to, widziały, że młoda dziewczyna weszła do zespołu, że się denerwuje, potraktowały mnie ciepło i po koleżeńsku. To dało mi wiatru w żagle, było naprawdę super.

- Teraz, kiedy sama jestem doświadczoną aktorką, też się staram, żeby młode koleżanki nie odczuwały presji, tym bardziej, że czasem się mnie boją. To chyba przez role, które gram, wydaję się im wyniosła i zimna, a gdy się bliżej poznamy, mówią: "Ty jesteś zupełnie inna, a ja się ciebie bałam". Staram się, żeby tego nie odczuwały. Wyjątkiem są sytuacje, kiedy widzę, że ktoś jest po prostu bezczelny. Niestety, coraz częściej spotyka się roszczeniowych młodych ludzi. Rozumiem, że młodość jest atutem, najwięcej gra się, kiedy człowiek jest młody i wtedy też najłatwiej woda sodowa uderza do głowy.

- Mnie jednak uczono czego innego i bardzo tego pilnuję: nieważne, że jesteś młodym wilczkiem, który się dorwał do głównej roli, a starszy aktor na planie gra w tle. On ma ogromne doświadczenie, więc okazuj mu szacunek. Taką filozofię wyznaję, chociaż wiem, że teraz trzeba siebie non stop promować. Jeśli ktoś chce być na topie, mieć propozycje, być na okładkach, to chyba musi przyjąć taką postawę. Ale to nie dla mnie.

Jaką rolę chciałaby zagrać Tamara Arciuch? O tym przeczytasz na następnej stronie >>>

Z tą pogonią za młodością dojrzałych aktorek, to też chyba mit?

- O, fajnie jest być młodym i pięknym. Człowiek nie martwi się jak wygląda na ekranie, zawsze dobrze wychodzi w kamerze... Ale kurczowe trzymanie się młodości, udawanie, że jestem młodsza niż jestem, jest według mnie upokarzające. Z tym, że to też złożona sprawa, bo presja otoczenia jest bardzo silna. "Musisz dobrze wyglądać!" - cały świat odnosi się do właśnie do tego. Kiedy się idzie na premierę, to nikt nie komentuje filmu, tylko właśnie kto jak wygląda. Ta dobrze, ta źle, ta się zestarzała, ta ma podpuchnięte oczy. Która przytyła, która lepiej wygląda w ciąży. Przecież to jest jakaś masakra! Jeśli człowiek nie będzie miał do tego zdrowego podejścia, oszaleje. Z drugiej strony każda kobieta chce ładnie wyglądać, ja też to lubię, z przyjemnością słucham komplementów.

Uroda jest też atutem aktorki, ma znaczenie.

- Trochę tak, ale kiedy byłam młoda, bardzo nie chciałam być oceniana tylko przez pryzmat urody. Wyglądałam ładnie, więc byłam brana pod uwagę do tak zwanych "ról ozdobnych" i to mnie okropnie wkurzało. Wolałam bardziej ambitne. Poza tym drażni mnie pewna nieuczciwość w przedstawianiu wieku. Niedawno, po przerwie poszłam na casting, stęskniona za pracą. Była to rola kobiety w moim wieku, ale wybrano aktorkę dziesięć lat młodszą. Producenci widocznie stwierdzili, że skoro projekt potrwa pięć lat, to ja przez ten czas stanę się staruszeczką... Nie dostałam tej roli nie z powodów merytorycznych, lecz z powodu wieku, i to było przykre, zrodził się we mnie bunt. Gdyby coś nie pasowało aktorsko, rozumiem, to są normalne kryteria i z nimi się godzę. Ale: za stara, mimo że nie za stara?

- To takie oszukiwanie widza, bo dziewczyny przed telewizorem sobie myślą: "Kurczę, jak ta czterdziestolatka świetnie wygląda!". Tylko ona ma 10 lat mniej! Mam poczucie, że czas łaskawie się ze mną obchodzi, ale przekroczyłam tę magiczną czterdziestkę i wiem, że warto dbać o siebie. Niestety działam skokowo, dwa miesiące leżę odłogiem, nic nie robię, a potem się zrywam i ćwiczę... przez jakiś czas. Taki słomiany ogień ze mnie.

Czuje się pani zaszufladkowana do określonego typu bohaterek?

- Tak, oczywiście. Jestem w szufladzie:  " konkretna, zdecydowana, wyniosła, chłodna i egoistyczna" po rolach Karoliny Łapińskiej z "Niani" czy Anny Gołębiewskiej z "M jak miłość", chociaż ta postać została w końcu ciepłą ciocią Anią... W "Tajemnicy zawodowej" jako Monika Litwin też będę mieszać. Reżyserzy lubią mnie w rolach kobiet trudniejszych, dziewczyny z sąsiedztwa jakoś nikt nie chce dać mi zagrać.

A chciałaby pani?

- Pewnie że tak! Bardzo chętnie zagrałabym taką wesołą kobietę, w dżinsach i t-shircie, nie zawsze na wysokich obcasach. Dziewczynę z sąsiedztwa właśnie...

Czyli bliżej prawdziwej Tamary Arciuch, kobiety domowej? Mąż (Bartek Kasprzykowski - przyp. red.) chwali się, że pani znakomicie gotuje, a on świetnie sprząta kuchnię.

- Gotować uwielbiam, gotuję trzy - cztery rzeczy naraz i znajomi bardzo chwalą moją zupę tajską. Potrafię przy tym tak się w kuchni rozpanoszyć i nabałaganić, że pomoc męża w sprzątaniu jest nieodzowna. Lubię być kobietą domową. Nie jestem wielkomiejska, nie muszę mieć pod ręką knajpek, sklepików. Uwielbiam naturę i swój dom pod Warszawą, życie jak na wsi i to, że obok mieszkają rodzice, a dzieci mają dziadków...

Ma pani rodzinny autorytet kobiecy? Może mama artystka, malarka?

- Jestem córką nauczycielki, która hobbystycznie została malarką. Tak, zdanie mamy było i jest dla mnie bardzo ważne. Zawsze też podziwiałam babcię ze strony mamy. Do osiemdziesiątego roku życia była torpedą, pracowała i robiła tysiące różnych rzeczy równocześnie. To mi zawsze imponowało i będę ją zawsze miała przed oczami i w sercu. Czasem, kiedy coś gorzej idzie, zdarza mi się w chwilach zwątpienia powiedzieć: "To już koniec, nie uda się, za późno na to". Bartek mówi mi wtedy: "Przestań, sama ładujesz się w jakiś kanał", więc przepracowuję to i wówczas wspominam babcię. Dla niej nigdy nic nie było za późno. Miała na imię Nadzieja. Z myślą o niej nazwaliśmy naszą córkę Nadią. A moje imię, Tamara, to ukłon w stronę wschodnich korzeni, bo tata pochodzi z Brześcia. Wichry wojen i migracje zaniosły rodzinę do Skierniewic. Ale to już inna historia...

Zobacz także:

 

 

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy