Reklama

Reklama

„To było straszne, tak zmienić człowieka”. Ile znaczyło ubranie w obozie zagłady?

Moda, ubranie, wygląd – tematy te, w zestawieniu z Zagładą, wydają się błahe. Jednak, jak przekonują bohaterowie książki Karoliny Sulej „Historie osobiste”, to właśnie one pomagały zachować godność i tożsamość w sytuacjach granicznych. Dziś, w rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, publikujemy jej fragment - historię Elżbiety Sobczyńskiej, która do Auschwitz trafiła jako dziecko.

Zostali zapędzeni na Dworzec Zachodni. Stamtąd przewieziono ich do Pruszkowa. Z Pruszkowa pociąg skręcił w stronę Oświęcimia. Elżbieta pamięta z tej  podróży zmieniające się pory dnia: słońce, szarówkę, noc. A kiedy w nocy dotarli na rampę Birkenau: reflektory, wrzaski, szczekanie psów.

I kolejną łunę. Tym razem wydzielającą mocno nieprzyjemną woń. Starała się wdychać perfumy z ubrania mamy, bo robiło jej się niedobrze. Poprowadzono ich do baraku bez podłogi. Mama położyła tam na mokrej ziemi futro, na to ojca palto i trójką na tych warstwach usiedli.

Reklama

Dopiero nad ranem popędzono ich do łaźni.

Tam Ela zobaczyła szereg stolików i kolejkę ludzi do każdego z nich. Trzymała mamę za rękę. Widziała, że ludzie płaczą, oddając swoje rzeczy i odchodząc. Darli przywiezione pieniądze. Kolejka była na tyle długa, że dzieciom się znudziło. Ela z bratem zaczęli się rozglądać. Zobaczyli na klepisku górę rzeczy. Pod jednym barakiem stosy walizek. W otwartych walizkach Ela dojrzała bardzo dużo nożyczek, a przez uchylone drzwi baraku rosnący pod sufit stos bielizny.

Kiedy mama podeszła do stolika, nie oddała pierścionków i obrączki. Jakimś cudem nikt tego nie zauważa. Brat też dokonał cudu: przeszedł przez obóz z zegarkiem ojca. Elżbieta nie wie, jak go przechował. O tym się w rodzinie po wojnie nie rozmawiało.

Srebrny zegarek Elżbieta wciąż ma i chce mi go pokazać. Tarcza pożółkła, całość już w muzealnym kolorycie. Wpatruję się w zegarek, kiedy Elżbieta wraca do przerwanej opowieści.

Jest więc już po pierwszej fazie rejestracji. Wchodzą do budynku i pada rozkaz, żeby się rozebrać. Znudzenie małej Eli zmienia się w niepokój. Dlaczego mama zdejmuje jej ubranka? Przecież mieli tego dobrze pilnować, tak powiedziała. Pierwszy raz widzi mamę nagą - i swoją nagością zawstydzoną. Dlatego stara się patrzeć jedynie w jej twarz, żeby nie sprawiać jej przykrości. Pierwszy raz widzi też nagość obcych sobie osób: nagość brzydką, obwisłą, poranioną; nagość ciał młodych i starych.

Wokół przechadzają się Niemcy. Zaczepiają te ładniejsze kobiety, dotykają ich ciał. Ela jeszcze nie rozumie - ale już przeczuwa, że to upokorzenie.

Otwierają się następne drzwi i dziewczynka widzi teraz kobiety siedzące na taboretach, którym z głów na ziemię spadają włosy. Kobiety płaczą, a na wygolonych czaszkach pojawia się im krew. Ela ma warkocze długie aż do ud - i to bez żadnych wszy. Zaczyna biegać wzdłuż kolejki do fryzjerek i z powrotem do mamy, tłumacząc dorosłym, że w jej przypadku golenie jest absolutnie niepotrzebne. Lecz kiedy przychodzi kolej na nie, Janina posłusznie siada bez słowa. A Ela dostaje histerii. Płacze i tupie nogami. Nagle pojawia się oficer SS. Ku zdziwieniu kolejki - każe dać jej spokój.

- To był mój drugi dobry Niemiec - opowiada Elżbieta.

Matka jednak tłumaczy, żeby dała sobie obciąć włosy na pazia, to będzie jej wygodniej. Dziewczynka rękami obejmuje głowę, aby nic powyżej uszu fryzjerka nie ucięła. Na koniec jeszcze trzeba zanurzyć głowę w lizolu. Wszedł Eli do oczu i szczypał okrutnie.

Potem jeszcze prysznic i odbiór zdezynfekowanej odzieży, na szczęście własnej. Podeszła tylko więźniarka z kubełkiem czerwonej olejnej farby i pędzlem przejechała po futrze, by je oznaczyć.

Dorośli mieli mniej szczęścia. Mamie przytrafiła się szmatka z falbanami przypominająca balową suknię. Inne kobiety też dostały kolorowe szmaty, w różnych rozmiarach, brudne i podarte. Zrobiło się zamieszanie, bo zaczęły się wymieniać.

- Wszyscy wyglądali jak zbiorowisko zmaltretowanych przebierańców. To było straszne, tak zmienić człowieka, żeby się nie mógł z najbliższymi rozpoznać - komentuje Elżbieta po latach.

Pozostawiono więźniarkom własne buty, jedną parę.

Dzieci miały sandałki, mama zatrzymała buty ojca na wojłoku. Trzeba było jeszcze wejść w obuwiu do dezynfekującego baseniku. Mama wchodziła ostrożnie, żeby ciecz nie chlapnęła do środka butów. Zobaczyła to auzjerka, uderzyła ją w twarz. A Elę mama uczyła, że to największa obelga. Dyshonor. Wtedy - jak podkreśla dorosła Elżbieta - załamał się jej dziecięcy świat.

Dzisiaj jest przekonana, że to doświadczenie rejestracji było trudniejsze niż pobyt w Birkenau. Wówczas dowiedziała się, czym jest kobiecość, przemoc, wstyd.


***
Zobacz również:

Architektura pozorów. Co III Rzesza budowała w Polsce?
Gotz Aly: Niemcy nie są do końca świadomi tego, co działo się w Polsce
Matka Matylda ratowała żydowskie dzieci. Była "biskupem Warszawy"


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy