Reklama

Reklama

To też jest moje dziecko!

Syndrom poaborcyjny dotyczy również mężczyzn i objawia się podobnie jak u kobiet: uczuciem winy, depresją, obniżeniem poczucia własnej wartości, brakiem zaufania wobec drugiej osoby i problemami z wchodzeniem w kolejny związek.

Z internetowego forum Aborcja: "Pozwoliłem swojej dziewczynie przerwać ciążę. (...) Byłem młody i nieodpowiedzialny, nie byłem w stanie dać jej wsparcia. (...) Boli mnie to. Momentami nienawidzęsiebie. Wciąż jesteśmy razem, kocham ją i nie chcę jej pokazywać, że znowu wracam do problemu" - podpisano: Alex12p.

Lesława Jaworowska, psychoterapeutka od lat pracująca z kobietami, które usunęły ciążę: - Aborcja to temat tabu. W Polsce zawsze jest traktowana jako coś złego, a przynajmniej moralnie dwuznacznego.

Aleksa12p internautki pocieszają. Są mu wdzięczne, opowiadają o swoich doświadczeniach. W większości nie potrafią poradzić sobie z emocjami wobec ojca nienarodzonego dziecka: tym, że gdy miały zabieg, jego z nimi nie było. Bo zniknął, nie dał wsparcia, nie protestował albo protestował, ich zdaniem, za słabo.

Reklama

Piotr, który żałuje

Kochał ją. Jest tego pewien. Pewien dzisiaj. Wtedy mieli po 22 lata, dużo się kłócili. To ona była taka narwana - tak mu się przynajmniej wydaje. Lubiła się bawić, spotykać z koleżankami. On wolał pracę i naukę. Rodzice powtarzali: "Musisz się kształcić, tylko tak uda ci się zrealizować marzenia". Seks z nią był fantastyczny.

Po latach odnowili kontakty. Czasem nawet do niej mówi: "Śni mi się nasze dziecko, zastanawiam się, czy byłby to chłopiec, czy dziewczynka". Wtedy, gdy była w ciąży, zerwał z nią. To znaczy zanim jeszcze dowiedział się, że była. Niekiedy zadawał sobie pytanie, dlaczego w ogóle do tego doszło; przecież brała środki antykoncepcyjne. Potem okazało się, że nieregularnie, co więc tu mówić o skuteczności pigułek?

Jak zwykle się pokłócili, nie dzwonił przez kilka tygodni, ona też. To ich wspólny przyjaciel mu doniósł: "Słuchaj, Aśka jest w ciąży". Był u niej jeszcze tego samego wieczoru, wyszli na spacer. Mówiła: "Już umówiłam się z lekarzem, wiesz, on jest dobry. Magdzie też usuwał i nie ma żadnego śladu. Jeden dzień krwawienia i koniec. W środę mam zabieg, muszę tylko zrobić badania, bo będą mnie usypiać, to już ósmy tydzień".

Ani razu nie powiedziała: "Chcę urodzić". On też milczał. Długo zarzekała się, że pojedzie do gabinetu sama, wzięła od niego tylko pieniądze. I wciąż powtarzała, jak bardzo go kocha. Jednak pojechał z nią na ten zabieg. W poczekalni siedziało kilka kobiet, niektóre przyjechały z koleżankami, był piątkowy wieczór. Z gabinetu jeszcze usłyszał: "Proszę się nie martwić, będzie pani potem mogła mieć dzieci, a następny ginekolog przy badaniu nawet się nie domyśli". Czekał.

Wyszła po dwóch godzinach, nie mogła ustać na nogach, prawie ją niósł. Uparł się na kino i imprezę. W samochodzie zrobił jej nawet awanturę, że powinna się więcej uczyć. Sam by o tym nie pamiętał, gdyby potem mu tego nie wypomniała. Na imprezę też poszła, siedziała w kuchni i piła wódkę za wódką, chociaż lekarz zabronił. To też mu wypomniała. I że odwiózł ją do domu, a potem nieprzytomną położył spać. Nawet nie został na noc. Dlaczego? Nie wie, przecież nie prosiła.

Nie odbierała telefonu przez dwa tygodnie, ale potem wydawało się, że wszystko jest w porządku. Nawet więcej się uczyła, przestała tak się bawić, pić, rzadziej spotykała się z ludźmi. Dopiero po kilku miesiącach od zabiegu w chwilach złości zaczęła powtarzać: "Jesteśmy mordercami". A przecież nigdy nie była katoliczką. No i wciąż płakała.

Kiedyś znalazł jej rysunki: makabryczne potworki z pourywanymi rączkami i nóżkami. Innym razem notatki, które brzmiały jakoś tak: "Nie krzyczało/nie płakało/nie protestowało/wyskrobano je ze mnie/moją duszę też/a on pozwolił". Najgorzej było w dniu, w którym teoretycznie by rodziła. Rozbiła kieliszek z winem i cięła sobie nadgarstki. "Co ty tu jeszcze robisz, przecież to przez ciebie!", krzyczała.

Zależało mu na tym związku, więc poszedł do psychologa. Terapeutka tłumaczyła: "Musicie o tym rozmawiać. Proszę przysłać do mnie narzeczoną". "Nie będę o tym mówić", powiedziała. On też chyba nie potrafił, bo gdy lekarka spytała: "A jak pan się czuje?", odpowiedział: "Ale to nie ja mam problem". Przecież dziecko było w niej. Nie chciał tylko patrzeć na cierpienie bliskiej osoby. Nienawidził jej za to poczucie winy, które w nim wywoływała.

Czasem, gdy próbował od niej odejść, szantażowała go: "Jestem w ciąży", a za chwilę śmiała się: "Żartowałam, szkoda ci kasy, co?". Odchodził i wracał, bo jednak wciąż była między nimi ta niezwykła chemia, mieli fantastyczny seks, którego potem nie doświadczył z żadną kobietą. To ona w końcu zostawiła go dla ciepłego, dobrego chłopaka. "Nigdy ci tego nie wybaczyłam", powiedziała na koniec.

Latami o niej myślał. O dziecku też. Robił karierę. Ona wyszła za mąż, urodziła syna. Któregoś dnia spotkali się przypadkiem na ulicy. Odnowili znajomość. Kiedyś spytał: "Dlaczego nie powiedziałaś, że chcesz tego dziecka?". Odpowiedziała: "Dlaczego nie poprosiłeś, bym je miała?".

Lesława Jaworowska: - Gdy kobieta cierpi po aborcji, poczucie winy często zamienia się w złość. Nie jest jej w stanie udźwignąć sama, więc przerzuca emocje na mężczyznę. A prawda jest taka, że za decyzję o aborcji odpowiadają oboje. Wzajemne obarczanie się winą jest tylko ucieczką.

Marcin z żoną walczący

Nigdy by nie przypuszczał, że Magda to zrobi. W końcu to był jego syn lub córka. Nauki przedmałżeńskie kilka lat wcześniej. "A co państwo zrobią, jeśli badania prenatalne pokażą, że dziecko jest chore?". On: "Co to ma za znaczenie, przecież będzie nasze". Ona: "Chyba zwariowałeś, nigdy nie urodziłabym chorego dziecka, żeby marnować życie sobie i jemu". Wyszli pokłóceni, próbowała mu wytłumaczyć, że nie jest egoistką, po prostu po co rodzić niemowlę z wadami tak dużymi, że zaraz umrze albo będzie zdane na nich.

Dwa lata później była w ciąży. Do dwóch kresek na teście mówiła: "Moja Polcia", bo czuła, że będzie dziewczynka. Nie chciała nawet robić badań prenatalnych: "Przecież ono jest nasze tak czy siak, jak w ogóle mogłam kiedyś twierdzić, że usunę?", dziwiła się. Kiedy Pola miała dwa lata, okazało się, że Magda znów jest w ciąży. Zadzwoniła, gdy był w delegacji: "Test wyszedł pozytywnie", oznajmiła grobowym głosem. A on siętak cieszył: kupił wino, kwiaty. "Cudownie, będzie drugie", powtarzał. I jeszcze, że dadzą radę.

"Jakie drugie?!", krzyczała. I płakała: "Nie chcę, nie mogę, nie zniosę tych brudnych pieluch". Powiedziała: "Myślę o aborcji". Patrzył zdumiony. Więc tłumaczyła, że przecież dopiero wróciła do pracy, że kariera, poza tym Pola dorasta, wreszcie mają trochę czasu dla siebie. Nie chciała być znowu gruba, wymiotować, rodzić w bólach. "Dla mnie to masakra, rozumiesz?", tłumaczyła. Nie rozumiał.

Przez tydzień spali oddzielnie. Nocami tłukła się po kuchni, paliła. Śledził internetowe strony, które odwiedzała, wszystkie o aborcji: ceny zabiegów, metody. W SMS-ie do koleżanki napisała: "Słuchaj, a może poczekam na pływającą klinikę aborcyjną, będzie legalnie, bezpiecznie?". Szukała nawet środków farmakologicznych. "Jeszcze jest wcześnie, łyknę tabletkę, dwa dni bólu i poronię samoistnie". Gdy to usłyszał, myślał, że zwymiotuje.

Bezradność, to czuł najsilniej. To były najgorsze dwa tygodnie jego życia. Tak jakby coś mieć, a jednocześnie tego nie mieć. Chciał zamknąć ją w domu, kolega doradził: "Dzwoń na policję". Ale jak mógł donosić na kobietę, którą kochał? Więc tłumaczył, a ona krzyczała: "To mój brzuch, tak?! No to się odwal ode mnie!". Była taka bezuczuciowa, egoistyczna. Jednak cały czas wierzył, że tego nie zrobi.

W końcu dwa dni przed wizytą u lekarza przytuliła się i powiedziała: "Ono jest takie we mnie bezradne". A jednak to zrobiła. Dlaczego? Potem miliony razy sobie wmawiał, że użył za słabych argumentów, że krzyczał, zamiast przytulać, że nie obiecał, że weźmie urlop ojcowski. I że nie pojechał z nią do lekarza. Miał ważne zebranie w pracy. Zostawił ją samą.

"I co?", zadzwonił po wizycie. "Pogadamy w domu", rzuciła. A wieczorem tłumaczyła: "To dopiero piąty tydzień, jeszcze nie było serca. Za parę dni już nie dałabym rady, znieczulił mnie miejscowo. To była specjalna pompa, która tylko wyssała jajo płodowe. Nawet zarodka nie było jeszcze widać". Darł się na nią jak opętany. Jak śmiała, i w ogóle, o czym ona mówi, bo przecież Pola była dzieckiem od dwóch kresek na teście.

Gdzie on w tym wszystkim? Krzyczał jeszcze, że koniec, że rozwód i nie chce jej znać. A ona tylko: "Przepraszam, idę na górę wykąpać dziecko". Rano jak zwykle poszła do pracy, widział tylko, że wzięła relanium.

To on nie mógł spać, jeść, pracować. Żal mieszał się ze złością. "Zapomnij o tym", mówiła. Ale nie potrafił. Więc robił jej awantury o łyżkę położoną na blacie w kuchni, zepsuty jogurt w lodówce, brudną łazienkę. Bo "o tym" po prostu nie umiał rozmawiać. Musiałby ją znienawidzić, zostawić, a przecież mieli Polę.

Nawet nie pomogło, gdy przeczytał jej kolejny SMS do przyjaciółki: "Wiem, że jest na mnie zły, może rzeczywiście postąpiłam jak egoistka, może żałuję, ale ważna jest przyszłość, a nie przeszłość. Po prostu nie byłam gotowa".

Nienawidził tych jej koleżanek i pustych argumentów: "Brzuch to sprawa kobiety". Nie chciał tego rozumieć, bo ona nie rozumiała jego. Nie sypiał z nią, brzydził się. A ona jak mantrę powtarzała: "Moje ciało". Nie wybaczył jej do dziś. Czuje się oszukany, znieważony. Jasne, żyć trzeba dalej, więc żyją jak normalna para. Znów z nią sypia, często przytula, a ona powtarza: "Słuchaj, Pola ma już cztery lata, może zrobimy sobie drugie dziecko?".

Lesława Jaworowska: - Aborcja zawsze zmienia relacje między kobietą a mężczyzną, jest rodzajem przemocy wobec siebie, swojego ciała. Nawet jeśli ludzie dalej są razem, oddalają się. Wielu psychologów uważa, że syndrom poaborcyjny dotyczy również mężczyzn i objawia się podobnie jak u kobiet: uczuciem winy, depresją, obniżeniem poczucia własnej wartości, problemami z zaufaniem drugiej osobie i wchodzeniem w kolejny związek.

Ewa Woydyłło, psycholog: - Uważam, że medialna promocja tak zwanego syndromu poaborcyjnego odniosła sukces i wpływa na zdrowie psychiczne kobiet. Do tego presja ideologii. A tak naprawdę najczęściej cierpią kobiety, które nie były pewne swojej decyzji lub w jakiś sposób je do niej przymuszono. Badania duńskie wykazały, że większość Skandynawek nie żałuje dokonanego zabiegu. Tylko że tam aborcja dopuszczona jest przez prawo, a zanim kobieta się na nią zdecyduje, otoczona jest profesjonalną opieką.

Kamil, który nie kochał

Już nawet nie pamięta, gdzie poznał tę, której na chwilę tak zapragnął. Bo to była tylko chwila. Kryzys z żoną, problemy w pracy. Miał poukładane życie. Tamta była ładna, seksowna i bardzo chętna. I co ważne, nie stawiała warunków. Jego kumple też prowadzili takie podwójne życie - młodsze kochanki bez zobowiązań.

Gdy zadzwoniła, żeby powiedzieć mu o dziecku, myślał, że chce się przyznać, że ma HIV albo jakąś chorobę weneryczną - tak smutno brzmiałjej głos w telefonie. Ze wstrętem spytał: "Jesteś chora?". "Jestem w ciąży", usłyszał. Nie wierzył jej, myślał, że to szantaż. Szczególnie że właśnie miał jechać z żoną na wakacje. Więc przywoziła mu do biura testy i przysięgała, że nie kłamie.

"Jesteś nienormalna", bronił się. Nienawidził jej, kazał pokazywać sobie wyniki USG. Codziennie do niej przyjeżdżał, widział, jak płacze. "Pragnę tego dziecka, ono ma już rączki, nóżki", mówiła. "Nigdy się z tobą nie ożenię. Nie chcę cię, nie rozumiesz, do cholery?!", krzyczał. A potem obiecywał: "Zostanę z tobą, tylko usuń, ja już mam dwoje dzieci".

Rzucała się na niego, biła. Powiedział, że da jej pieniądze, pomoże przez to przejść. "Urodzę, ty świnio, zadzwonię do twojej żony", groziła. Nie potrafi powiedzieć dzisiaj, skąd znalazło się w nim tyle okrucieństwa. Wyjechał na wakacje. Przysłała tylko jeden SMS: "Proszę, przyjedź, wzięłam proszki". Nie odpisał. Następnego dnia dostał wiadomość od jej przyjaciółki: "Jest w szpitalu na Kasprzaka, prawie się wykrwawiła. Przyjedź. Dziś będą jej usuwać resztki płodu". Też nie odpisał. Bo żona, Wyspy Kanaryjskie i dwójka bawiących się na plaży dzieci. Nigdy więcej się do niego nie odezwała.

Kamil dziś: - Bałem się, że dziecko zniszczy mi życie. Ale mam poczucie winy. I nie chodzi mi o ciążę, nie jestem katolikiem, dla mnie aborcja to nie problem, a dziecko musi być owocem miłości obu stron. Chodzi o to, że tak bardzo kogoś zraniłem. Często o niej myślę, przez znajomych dowiaduję się, co u niej, śledzę jej wpisy na Facebooku. Może jednak coś w tym jest, że ludzi, którzy mogli mieć dziecko, łączy nierozerwalna więź.

- Ona często mi się śni. Jej błagalne listy, prośby, bym z nią był. Nigdy jednak nie odważyłem się zadzwonić. Wiesz, kiedy mnie poprosiłaś, nie chciałem o tym opowiadać, żaden facet nie chce. Ale potem pomyślałem, że może ona to przeczyta, rozpozna naszą historię i zrozumie też mnie. Może właśnie tak uda mi się powiedzieć: "Przepraszam".

PS W Polsce prawo pozwala usunąć ciążę w trzech przypadkach: gdy jest ona zagrożeniem dla zdrowia albo życia matki, jest wynikiem gwałtu albo kazirodztwa albo gdy występuje prawdopodobieństwo ciężkiego lub nieodwracalnego upośledzenia płodu.

Katarzyna Troszczyńska

PANI 07/2011

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy