Reklama

Reklama

Uwaga przyjaciółka!

Czy przyjaźń dwóch kobiet może być bezinteresowna? Na dobre i na złe? Na ile można ufać przyjaciółce? Czego od niej oczekiwać? "Moja przyjaciółka odsunęła się, gdy w życiu spotkało mnie szczęście" - mówi Renata. "Gdyby nie Weronika, moje małżeństwo by się nie rozpadło" - twierdzi Anna. Dziś obie uważają, że przyjaźnić się trzeba ostrożnie i lepiej nie żądać zbyt wiele.

Droga Basiu, żałuję, że w życiu nie jest tak łatwo jak na Facebooku. Tam wystarczyło kliknięcie i usunęłam cię z grupy przyjaciół. Nie muszę już czytać twoich irytujących postów w stylu: "Mój kot wyjada karmę psu", "Kocham swojego nowego iPada!". Myślisz, że 300 osób, które dołączyłaś do grona znajomych, naprawdę to interesuje?

Nie muszę już oglądać twoich zdjęć z imprez, na których udajesz szczęśliwą, choć, co wiedzą tylko nieliczni, właśnie rozpada się twoje małżeństwo. To dlatego postanowiłaś uwodzić mojego męża? Życie to nie jest portal społecznościowy, dlatego trudno mi cię tak po prostu wykasować. Zapomnieć o dwunastu latach, kiedy byłyśmy nierozłączne. Ten sam kierunek studiów, przez lata wynajmowane wspólnie dwa pokoje.

Reklama

Pamiętasz, jak wiozłaś mnie w nocy do Koszalina, bo nagle zachorował tata? Zarwałaś noc, choć za dwa dni miałaś trudny egzamin. Albo jak uparłaś się na suknię ślubną podobną do tej księżniczki Amidali z Gwiezdnych wojen? Po miesiącach poszukiwań znalazłam niemal identyczną. W Berlinie. Pojechałam po nią pociągiem. Mogłyśmy na siebie liczyć, trzymałyśmy sztamę. Więc co się zmieniło? I kiedy?

Zawsze byłaś "tą lepszą". Zamożni rodzice zabierali cię jesienią na Karaiby, skąd przywoziłaś mi sukienki. Ale latem jeździłaś z naszą paczką do Juraty, do drewnianych domków bez kanalizacji, bo mówiłaś, że wakacje mają sens, kiedy spędzasz je ze mną. W miłości miałaś sporo szczęścia. Marek, Paweł, Piotr, Janusz - nigdy nie byłaś sama. Ja - prawie zawsze beznadziejnie zakochana. Czy ci zazdrościłam lepszego życia? Chyba nie, nie pamiętam.

Byłaś dla mnie punktem odniesienia, wzorem, że można dostawać, czego się pragnie. Flirtu, kokieterii uczyłam się od ciebie. Wysłuchiwanie. Taka przez lata była moja rola. Miałyśmy rytuał: dzwoniłaś do mnie przed wyjściem do pracy. Jadłyśmy śniadanie, każda u siebie, i gadałyśmy. To znaczy mówiłaś głównie ty. O tym, co dziś powiesz Ance z biura, jak wczoraj zdenerwował cię tata, co włożysz na randkę z Norbertem. Często się powtarzałaś, potrafiłaś czwarty raz wracać do tej samej historii. Dziś zastanawiam się, skąd miałam tyle cierpliwości? Zabijałam nudę? Potrzebowałam odwrócić uwagę od siebie? Raz, gdy gadałyśmy przez telefon późno w nocy, w trakcie twojej opowieści zasnęłam. Śmiałam się z tego rano, a ty miałaś pretensje. Ale przepadałam za tobą! Byłaś mi bliska. Podobna wrażliwość, gust, wiedziałam, że gdy powiem: "Znów ryczałam na Arizona Dream", to mnie zrozumiesz. Byłam ci też wdzięczna.

Po studiach zaczęłaś pracę w dużej agencji reklamowej - etat, wysoka pensja, szybki awans. Ja wybrałam fotografię, byłam wolnym strzelcem, który kombinuje, jak przetrwać do kolejnej chałtury. Robiłaś wszystko, żeby mi pomóc: załatwiałaś zlecenia, polecałaś, komu mogłaś. Dzięki tobie zaczęłam nieźle radzić sobie na rynku. A ty, rówieśniczka, mówiłaś: "Jesteś dla mnie jak siostra, trochę nieporadna, młodsza".

Czerwone szpilki Pollini najdroższe w moim życiu. Podobne spodobały ci się kiedyś w sklepie. Kupiłam je w zeszłym roku. Miałyśmy się spotkać po dłuższej przerwie, włożyłam je, żeby cię nimi wkurzyć. Głupie? Być może. Siedziałyśmy w knajpie, a ty patrzyłaś na nie ukradkiem, nic nie powiedziałaś. To doskonały obraz naszej dzisiejszej relacji: nieszczerość plus irytacja.

Czemu tak się popsuło? Bo zaczęłam odnosić sukcesy? Bo przestałam być tą "młodszą, neurotyczną, nieporadną"? Bo coraz rzadziej potrzebowałam już twoich rad? Bagatelizowałam, gdy mówiłaś: "Za często zapraszasz teściową do domu, trzymaj ją na dystans". Polubiłaś mojego narzeczonego Pawła. Cieszyłaś się, że pracuje w twojej branży. Miałaś nadzieję, że w wielu sprawach ci pomoże. Ale czasem czułam, że patrząc na nas, szczęśliwych, nie jesteś zachwycona. "Ach, ta wasza pierwsza faza zakochania" - komentowałaś. Pawłowi mówiłaś: "Naciesz się tym stanem, bo wkrótce ci przejdzie". Kiedy wysłałam ci MMS z pierścionkiem zaręczynowym, odpisałaś dwa dni później: "Tanzanit? Niebieski kamień na zaręczyny? To nie przynosi pecha? Myślałam, że z tej okazji daje się brylanty".

Nie pomogłaś mi wybrać sukni ślubnej. "Wybacz, jestem zapracowana" - kłamałaś. Gdy opowiadałam ci, jaki ma tren, przerwałaś. Kiedy powiedziałam, że kupiliśmy z Pawłem dom, udawałaś, że straciłaś zasięg. Dwa tygodnie nie miałyśmy kontaktu. Z jednej strony tęskniłam, ale z drugiej - poczułam ulgę. Nie pamiętam, która pierwsza zadzwoniła znowu. To wyszło naturalnie, zaczęłyśmy jak kiedyś rozmawiać codziennie. O tobie. Ty, "idealna", miałaś problemy w związku, mówiłaś, że się kłócicie z mężem i że raczej nie będziecie mieć dzieci. Wysłuchiwałam twoich utyskiwań do późnej nocy i denerwowałam się na Pawła, który mówił: "Powinnaś wziąć ślub z nią, a nie ze mną! Nawet w łóżku odpisujesz jej na SMS-y!". "Nie rozumiesz?! Ona ma problem!" - krzyczałam.

Nie opowiadałam ci o swoim szczęściu, bo uważałam to za niestosowne. Nie opowiadałam, jaką wybraliśmy muzykę na wesele i gdzie jedziemy w podróż poślubną. Nie pytałaś. Najważniejsze były twoje problemy: "Mąż zapomniał o moich urodzinach! Widzisz?! Trzy lata po ślubie wszystko się sypie", mówiłaś. Rację miał Paweł. Odebrałaś mi sporo radości z przygotowań do ślubu, bo wieczorami słuchałam ciebie zdołowana.

"Wyprowadzam się od Marka, czy mogę na tydzień zatrzymać się u was?" - poprosiłaś rok później. Zgodziłam się, choć mój mąż nie był zachwycony. Paradowałaś wieczorem po domu w satynowym kusym szlafroku i klapkach na obcasie. Ty, która uwielbiałaś flanelowe piżamy w kratę! Wyglądałaś dobrze, a ja czułam się jak w scenie z "Mody na sukces": twoje zachowanie było na poziomie tego tasiemca. Śmialiśmy się z ciebie z Pawłem po cichu. Udało ci się jednak zakłócić mój spokój. Nawet nie tym, że kiedy u nas byłaś, gotowałaś tajskie jedzenie, za którym Paweł przepada. Nie swoim monologiem, który wygłosiłaś wieczorem w naszym salonie, gapiąc się na mojego męża: "Nie jesteśmy z Markiem dopasowani seksualnie, jest ciągle zmęczony, a ja mam duży temperament i mogłabym się kochać codziennie".

Wiedziałaś, że nie zgodziłam się, żeby Paweł zrobił licencję pilota, bo bałam się o niego. Wiedziałaś też, że pilnuję, aby co wieczór nie nalewał sobie whisky, bo miał słabość do alkoholu. Mimo to podsłuchałam, gdy namawiałaś go, żeby "nalał wam obojgu czegoś mocniejszego". A potem mówiłaś: "Miałam znajomą, która odebrała mężowi marzenia; on chciał latać na paralotni, ona pokrzyżowała mu plany, przez nią wpadł w depresję, nie są już razem". Przepraszałaś następnego dnia, bo "palnęłaś coś bez zastanowienia". Ale od tego czasu musiałam słuchać męża, który się wściekał: "Nie możesz zabronić mi latać!".


Zaczęłam cię unikać, przyjaciółko. Gdy namawiałaś na spotkanie, mówiłam, że jestem zajęta. Ale czasem brakowało mi ciebie. Kilka razy w tygodniu łapałam się na tym, że odruchowo chcę wybrać twój numer. Spotkałyśmy się wreszcie. Same. Rzuciłaś mi się na szyję. Przepraszałaś, że byłaś mało empatyczna, wybaczyłam ci, oczywiście. Od czego jest przyjaciółka? Mówiłaś, że wróciłaś do Marka, myślałam, że będziesz szczęśliwsza, więc bardziej życzliwa. Ale kiedy zaszłam w ciążę, bałam ci się o tym powiedzieć. Gdy już wiedziałaś, pogratulowałaś i od tego czasu o dzieciach mówiłaś chłodniej niż kiedyś: "Mogłabym zdecydować się na in vitro, wtedy obie byłybyśmy matkami, ale wiesz, macierzyństwo przygniata, psuje związek, ogranicza, nie wiem, czy chcę się w to pakować".

W moim stanie nie mogłam sobie pozwolić na stres i złe emocje. Już nie byłaś najważniejsza ty, tylko moje dziecko. Nie potrafiłam ci powiedzieć, jak się czuję podczas tych rozmów, więc cię zbywałam, udawałam, że wsiadam do windy i tracę zasięg, nie oddzwaniałam, aż się obraziłaś. Przez ponad połowę ciąży prawie nie miałam z tobą kontaktu.

Odezwałaś się tuż przed porodem: "Och, kochana, a co u was? Zapomnijmy o fochach, tak się stęskniłam za przyjaciółką!". Mówiłaś, że jedziecie na dwa tygodnie do Prowansji i że masz ubranka dla mojego syna! "W czym ci, kochana, pomóc?!" - pytałaś. Czułam, że o coś mnie poprosisz. Nie myliłam się, po trzech tygodniach podlizywania się poprosiłaś, żebyśmy pożyczyli wam 20 tysięcy - rozkręcaliście biznes. Wpłaciłam ci na konto 12, bo tyle mogłam. "Czemu to robisz?"  - zapytał Paweł. "Przez sentyment, wdzięczność za to, co przeżyłyśmy. Bo to była moja przyjaciółka" - powiedziałam. Po raz pierwszy w twoim kontekście użyłam czasu przeszłego.

Dziś, gdy dzwonisz, pytasz kontrolnie: "A u was nadal taka sielanka? Och, to świetnie". Zdarza ci się powiedzieć: "Twój Jasio skończył rok i jeszcze nie mówi »mama«? Córka siostry w tym wieku znała kilkanaście wyrazów!". Opowiadasz, że jednak rozwodzisz się z mężem, bo spotykasz się z fantastycznym facetem. Ale ja od Ilony i Kaśki, singielek, którym się zwierzasz, wiem, że nikogo nie masz. Widzisz, jak niedyskretne są przyjaciółki.

Żałuję, że nie jesteś ze mną szczera, że chciałaś przyjaźnić się tylko z tą częścią mnie, która była słaba. Szkoda, że tak się oddaliłaś, bo myślę, że razem byłoby nam łatwiej. Ale rozumiem, że szukasz teraz wokół siebie osób, które przytakną: "Tak, faceci są beznadziejni. Tak, my z mężem też rzadko rozmawiamy". Ja nie mogę, bo jestem szczęśliwa.

Weroniko, moja depresja to nie twoja wina, choć psycholog zasugerował, że relacja z tobą mnie w niej utrzymywała. Że celowo dołowałaś mnie tym swoim: "Dzwonił? Nie? Patrz, nie interesuje się dzieckiem?! Zemścij się! Zmień synowi nazwisko na swoje!". Uwielbiałaś analizować moje życie w kontekście złych wydarzeń, przypominałaś o nich codziennie. Może byłabym nadal z mężem, gdyby nie ty i twoje rady? Gdyby nie fakt, że często przyjaźń przedkładałam nad mój związek. Trudno było od ciebie uciec - ta sama firma, jedno biurko, od sześciu lat widywałyśmy się niemal codziennie.

Relacja z tobą? Silna, intensywna, trochę toksyczna. Nie spotykałam się z facetem, jeśli go nie zaakceptowałaś. Zerwałam z Jerzym, dentystą, bo zażądał: albo ja, albo Weronika. "Żaden facet nas nie rozdzieli", wznosiłaś toast tequilą. Wspólnie opłakiwałyśmy koniec każdej miłości - imprezy w mieście, dołujące spektakle w teatrze Rozmaitości. I plany, że kiedyś o naszych rozterkach napiszemy scenariusz serialu, lepszy od "Seksu w wielkim mieście".

Nigdy nie przepadałaś za Grześkiem. Uważałaś, że doradca klienta w banku to bezbarwny nudziarz, a twoją przyjaciółkę stać na kogoś bardziej nietuzinkowego. "Anka, miałaś romans z profesorem i z malarzem, więc o czym z nim rozmawiasz?" - pytałaś. Nie rozumiałaś, kiedy tłumaczyłam: "Mam dosyć facetów, którzy nie dają mi niczego, poza tym, co mogę znaleźć w książkach". A może bałaś się, że tym razem to coś poważnego? Obawiałaś się, że mnie stracisz? Swoją niechęć do Grześka zamanifestowałaś na naszym ślubie - byłaś moją świadkową ubraną na czarno. Uważałam, żeby jako żona nie zaniedbać naszych relacji, nie stać się jedną z tych kobiet, z których się śmiałaś: "Miały ambicje, fajne życie, dopóki nie spotkały »jego«". Dlatego ulegałam, gdy mówiłaś: "Wyjdźmy gdzieś wieczorem same. Przestań się koncentrować na facecie, mnie znasz dłużej niż jego! Ja będę zawsze. On? Nie wiadomo...". Potrafiłaś się wściekać: "Jak to? Grzesiek idzie z nami do kina?!".

Pamiętasz, jak rok po ślubie jechaliśmy we czworo na narty? Ja, Grzesiek, ty i twój syn. Nie chciałam, żebyś przez nasz związek poczuła się odrzucona, samotna. Więc bardzo często byłaś z nami. Nocami przy winie analizowałyśmy moje małżeństwo, emocje, sprzedawałam ci swoją intymność. A ty, rozwódka, singielka, z miną doświadczonej terapeutki, siliłaś się na rady: "Jako silna kobieta nie znosisz straty, więc możesz mieć pokusę pielęgnowania związku za wszelką cenę". Słuchałam cię uważnie. Zbyt wiele spraw analizowałam z tobą, a nie z mężem. "Przecież nigdy nie powiedziałam: »On nie jest ciebie wart«", broniłaś się niedawno. To prawda, nigdy tak nie powiedziałaś, ale spuszczałaś głowę i chrząkałaś, gdy słyszałaś jak Grzesiek niezbyt płynnie rozmawia po angielsku. Cynicznie się uśmiechałaś, gdy na kolacji zamówił do steku czerwone wino...półsłodkie.

Myślałam, że jesteś mi najbliższa, bo mogę ci się wyżalić, a ty zawsze wysłuchasz. Dziś wiem, że to za mało - przyjaciółka może być złym doradcą. "Grzesiek zaczął do późna siedzieć w pracy" - zwierzyłam ci się. Pamiętasz, co powiedziałaś? "Ups... to bardzo podejrzane". Mnie, neurotyczce, która we wszystkim węszyła spisek! A ty jeszcze podsycałaś moje wątpliwości. "Nie odbiera? Kobieto, jest piątek, godzina 20! Nie bądź głupia, zacznij go sprawdzać!".

Nie bagatelizowałam słów rozwódki, która przyłapała męża na zdradzie. Więc sprawdzałam: jego kieszenie, śmietnik, historię połączeń w komórce, ale niczego podejrzanego nie znalazłam. Przyszłyście do mnie z Ewą, naszą wspólną znajomą, i opowiedziałyście, że prawie wszyscy wasi żonaci koledzy mają kogoś na boku. Śmiałyście się: "Oni w telefonie wpisują numery kochanki jako »sushi catering« albo »salon audi«. Z nerwów trzęsły mi się ręce. Dostawałam paranoi, którą nazywałaś intuicją. Te twoje motta: "Przeczucia nie mylą". Rady: "Niech będzie o ciebie zazdrosny, niech się płaszczy" - mówiłaś, namawiając na urlop w Grecji. Pojechałam po awanturze z Grześkiem. Pamiętam wieczór na Korfu, kiedy za twoją namową nie odbierałam telefonu od faceta, którego kochałam, a ty mówiłaś: "Dobrze robisz, trzeba go ustawić".

Co ze mnie za idiotka, że cię tak słuchałam?! Myliłaś się, Grzesiek nigdy mnie nie zdradził, za to ja swoją podejrzliwością i pretensjami zatrułam nasz związek. "Nie robiłam niczego w złej wierze", tłumaczyłaś mi później. Oczywiście, po prostu nie byłaś zbyt mądra. Bardzo mnie wspierałaś, kiedy urodziłam syna. Uczyłaś, jak go usypiać, masować brzuszek. Żeby mnie wyręczyć, zabierałaś pranie do siebie i przynosiłaś wyprasowane śpiochy. Byłaś jak siostra, której nie miałam, jak mama, która nie żyła. Tylko Grzesiek zaczął się ode mnie odsuwać, mówił: "Ja tu nie jestem potrzebny". Krzyczałam, że nic nie rozumie, że jest egoistą. Nie widziałam, że mną manipulujesz nawet wtedy, gdy przez sześć miesięcy na urlopie macierzyńskim, niemal codziennie opowiadałaś, co się dzieje w firmie.

"Na twoje miejsce przyjęli ambitną harpię, nie będzie łatwo ci wrócić" - mówiłaś. Czas z dzieckiem wypełnił mi więc lęk o pracę. Jak się później okazało, niepotrzebnie. Wszystko wyolbrzymiłaś. Ale te wszystkie lęki i histerie sprawiły, że posypało się moje małżeństwo. Rozpaczałam. Na szczęście nie byłam sama, bo zaraz po tym, jak rozstałam się z Grześkiem, wynajęłaś mieszkanie w tej samej dzielnicy, żebyśmy były bliżej. Na depresję lekarz przepisał mi tabletki, odradzałaś: "Nie bierz świństw, jesteś silna, poradzimy sobie razem".

Pół roku później zniknęłaś - zakochałaś się w sąsiedzie, właścicielu czteroosobowej firmy instalującej klimatyzatory. "Umysł ścisły technik" - mówiłaś, a my z Ewą pękałyśmy ze śmiechu. Był od ciebie sporo niższy, z wyglądu przeciętny. Myślałyśmy, że szybko ci przejdzie, znudzisz się kimś tak mało wyjątkowym, kto ostatni raz w teatrze był w latach 90., gdy grali Metro, i z pewnością, tak jak Grzesiek, słabo znał angielski. Ale ty byłaś podekscytowana tym, jak on cię traktuje, kocha. Opowiadałaś, że przed twoim przyjściem z pracy obsypuje podłogę w salonie kwiatami. Wzruszyłam się, bo przypomniałam sobie, kim był Grzesiek, jak mnie kochał i jak tego nie doceniałam. Ale ty nie powieliłaś mojego błędu, pielęgnowałaś swój związek. Przestałyśmy być nierozłączne.

"Kłopoty przyjaciółki są najważniejsze, gdy ma się dwadzieścia parę lat, ale ja jestem przed czterdziestką, najważniejsze jest dla mnie teraz moje życie" - powiedziałaś przed Bożym Narodzeniem. Wyjechaliście na święta na narty, ja spędzałam Wigilię w domu, z dzieckiem. Nie miałam pretensji, po prostu zobaczyłam, jaka byłam głupia.

Jakiś czas temu znów zaczęłaś szukać kontaktu. "Umówmy się na kawę, strasznie tęsknię" - pisałaś w SMS-ach. Gdy się zgodziłam, zaproponowałaś, byśmy zaprosiły też moją kuzynkę, która kilka miesięcy temu wyszła za mąż. Potrzebowałaś jej rad, planowałaś ślub ze swoim technikiem. Niedawno dowiedziałam się, że o szczegółach mojego związku z Grześkiem wiedzą prawie wszyscy w pracy. Widocznie koniec przyjaźni jest dla ciebie równoznaczny z końcem przyzwoitości. Trudno, nie chcę zatruwać sobie życia pretensjami. Wiele się od ciebie nauczyłam. Już wiem, że część przyjaźni zawieramy na pewien etap życia i nie ma co rozpaczać, gdy się skończą.

Dziś, gdy mam poważny problem, nie szukam rozwiązania u koleżanek, tylko idę do terapeuty. Zresztą rad i wsparcia można oczekiwać od ludzi spełnionych, szczęśliwych, bo jest szansa, że oni będą nam dobrze życzyć. Niedawno przeczytałam, że z wiekiem zmniejsza się liczba przyjaciół, bo z braku czasu bardziej stawiamy na jakość relacji. Więc to chyba nic dziwnego, że już do ciebie prawie nie dzwonię.

Natalia Kuc


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje