Reklama

Reklama

Wypożyczam się do filmu

Mówi o sobie „aktorka niebankietowa”. Zna kilka języków, dobrze śpiewa, tańczy. Jak trzeba, zrobi salto. Na życie i karierę ma prosty plan: nie rozmieniać się na drobne. Właśnie zagrała główne role w filmach: "Idealny facet dla mojej dziewczyny" i "Różyczce". W rozmowie z „Twoim Stylem” Magdalena Boczarska opowiada o tym, dlaczego przestała grać w serialach, co pociąga ją w mężczyznach i gdzie widzi siebie za kilka lat.

Twój STYL: Jak Ty, dziewczyna z małego miasta...

-Kraków to małe miasto?

Przecież jesteś z Sandomierza.

- Z Sandomierza to jest serialowy ojciec Mateusz. Ja jestem z Krakowa, z centrum zresztą, bo mieszkałam tuż obok Pomnika Grunwaldzkiego na placu Matejki. O tym, że pochodzę z Sandomierza, dowiedziałam się z internetu. To zresztą niejedyne zamieszczone tam kłamstwo na mój temat.

Nie denerwuje cię to?

- Nie mam ambicji, by za wszelką cenę prostować bzdury, które o mnie piszą. Taka sytuacja może być nawet użyteczna. Dezinformacja to dobra metoda ochrony prywatności. Mogę pochodzić z Sandomierza, Mielca, Jastrzębiej Góry lub Warszawy, w której zresztą mieszkam od sześciu lat.

Reklama

Już się tu zadomowiłaś?

- Bywało różnie, ale od dwóch lat mam poczucie, że jestem u siebie. Oswoiłam ulice, mam ulubione miejsca, wielu przyjaciół. Kiedy wracam do Warszawy wy z podróży, szczególnie dłuższej, czuję, że wracam do domu. Choć własnego domu ciągle tu nie mam. Wynajmuję. Ale myślę, że to się zmieni. Jestem już prawie „na kupnie”... Tak się mówi po krakowsku. Przeprowadziłam się do Warszawy, bo widziałam tu większą szansę na spełnienie planów zawodowych. A Kraków kocham, bo to magiczne miasto, w którym przeżyłam pierwsze 23 lata swojego życia.

Kiedy zdawałaś do tamtejszej PWST, na pierwszy rok przyjmowano dwadzieścia osób, a ty byłaś dwudziesta pierwsza na liście...

- Tak. Mówiło się: „pierwsza pod kreską”. Dostałam się wtedy równolegle na zarządzanie kulturą na Uniwersytecie Jagiellońskim i czekałam, co przyniesie los. Na kilka dni przed rozpoczęciem roku akademickiego zawiadomiono mnie, że szkoła teatralna jednak mnie przyjmie. I w ten sposób zamiast zarządzać kulturą, w jakimś stopniu ją współtworzę. Mam nadzieję, że sobie nie pochlebiam.

Dorastałaś w nietypowym domu. Tata – muzyk rockowy z długimi włosami...

- Mam 31 lat, a w wywiadach nieustannie pyta się mnie o rodziców. Chyba powinnam przyjąć to jako komplement – muszę wyglądać poniżej swojego wieku. Pytaj o mnie. Jeśli chcesz wyciągnąć opowieść o ojcu muzyku, który źle się prowadził i rozstał z moją mamą, to nic z tego! Mam zasadę: nie powtarzam tego samego w wywiadach. Mówiłam o ojcu w tamtym roku, w tym zmieniłam repertuar.

Ale to intrygująca historia, zwłaszcza jeśli chodzi o ciebie. Podobno po rozwodzie rodziców jako szesnastolatka wyprowadziłaś się z domu i mieszkałaś całkiem sama.

- „Okrutny los nie oszczędził jej ciężkich chwil, ale wyszła z nich obronną ręką, choć nie bez blizn, ukrytych głęboko w zakamarkach duszy i serca”. To Orzeszkowa, nie chcę rozmawiać w tym stylu. Co w tym intrygującego, że jako szesnastolatka mieszkałam sama? Że jakimś cudem się nie zmarnowałam, nie rozpiłam czy nie zaćpałam, choć mogłam? Ciekawe jest tylko to, że piętnaście lat później nadal mieszkam sama. Ale Freuda bym do tego nie wołała... Wolałabym mówić o tym, czym się zajmuję.

Kiedy zaczęłaś studiować aktorstwo, widziałaś się raczej jako gwiazda ambitnego kina, teatru czy seriali?

- Zaczynałam studia w 1997 roku i jak niemal każdy marzyłam przede wszystkim o pracy w teatrze. Chciałam dostać angaż – nieważne gdzie: w Kaliszu czy Lublinie. I grać, grać, grać. Zdobycie etatu w Krakowie lub Warszawie było szczytem marzeń. Z wiekiem i doświadczeniem szczyt marzeń jednak się zmienia. Dlatego teraz wybieram tylko takie propozycje, które mnie naprawdę artystycznie pobudzają. Albo przynajmniej po ludzku cieszą. A to, czy chodzi o teatr, kino czy telewizję, ma już mniejsze znaczenie.

Jak dostałaś swoją pierwszą główną rolę?

- W szkole teatralnej przygotowaliśmy "Rajski ogródek", kompilację tekstów Tadeusza Różewicza. Nasze przedstawienie dyplomowe było na tyle udane, że zagraliśmy je sto razy. Każdy miał szansę zostać zauważony. Ja na festiwalu szkół teatralnych zdobyłam nagrodę Mikołaja Grabowskiego, a była nią główna rola w jego Teatrze Nowym w Łodzi. Zagrałam w "Kurce wodnej" Witkacego. A potem dostałam propozycję, by w Teatrze Narodowym w Warszawie wystąpić w "Merlinie" Tadeusza Słobodzianka.

Wielu polskich aktorów marzy dziś o Hollywood. Kilku dostało tam ostatnio role. Z czego zrezygnowałabyś dla wielkiej popularności?

- Popularność jest jak futro w lecie – nie dość, że wszyscy się na ciebie gapią jak na dziwoląga, to jeszcze trudno oddychać. A ja chciałabym, by moja prywatność była szanowana. By nikt nie grzebał w moich śmieciach z nadzieją, że wyciągnie coś, co ewentualnie może mnie skompromitować.

Ktoś grzebał?

- Tak, doświadczyłam tego naprawdę. I wyobraź sobie, że ten człowiek podawał się za dziennikarza z dobrej gazety! Uwierz mi, nie lubię popularności. Gdybym o nią zabiegała, już dawno przyjęłabym role w serialach, które mi się proponuje.

Ale przecież grywasz w serialach.

- Ale wycofałam się z ról, które polegały na wygłaszaniu kwestii typu: „jaka ekstrasukienka, gdzie kupiłaś?”. Dla wielu moich kolegów seriale to przede wszystkim stałe pieniądze, za które można utrzymać rodzinę na godziwym poziomie i spłacać kredyt albo dwa. Ale ja ciągle jestem wolna, nie mam dzieci i nic nie muszę. Stać mnie na wybrzydzanie.

Zdarzyło się, że telefon zadzwonił, a ty podziękowałaś?

- Tak. Po ostatnich dwóch dużych rolach filmowych w "Idealnym facecie dla mojej dziewczyny" i "Różyczce" uznałam, że serialowa popularność więcej mi zabierze, niż da. Nie odbiło mi. Po prostu nie chcę się rozmieniać i nie chodzi o to, czy rola, którą mi się proponuje, jest duża czy mała. Zagrałam drugoplanową postać w "Czasie honoru", bo mi się spodobała. Wcielić się w prostą dziewczynę z warszawskiej Pragi, więźniarkę z Pawiaka to było wyzwanie.

Ale odmawiając, narażasz się na to, że w końcu twoja komórka zamilknie.

- Moja komórka nieustannie milknie, ale to świadczy tylko o tym, że wyczerpał mi się limit na karcie. Dużo rozmawiam przez telefon. Taki nałóg. Jak ciastka, które uwielbiam.

Serio, nie boisz się ciszy wokół siebie?

- Każdy aktor chce, by pojawiały się nowe propozycje. Nie jestem wolna od tych lęków. Ale ciągle sobie powtarzam, że świat się nie kończy na aktorstwie. Na pewno sobie poradzę. Nie boję się, że jakiś producent czy reżyser nie zatrudni mnie tylko dlatego, że mu wcześniej odmówiłam. To tylko potwierdziłoby słuszność mojej decyzji, by z nim nie pracować. Stronię od ludzi z rozchwianym ego. A poza tym lubię, gdy czasami nic się nie dzieje. Takie „puste przebiegi” też mają sens. Też są po coś.

Po co?

- Kiedy przez kilka miesięcy pracowałam w Berlinie w Deuches Theater i Carrousel Theater, zobaczyłam, jak wszechstronni są niemieccy aktorzy: czytają z nut, robią salta, świetnie śpiewają, mówią perfekcyjnie po angielsku. Skąd to wszystko? Bo się nieustannie doskonalą w czasie, kiedy nie pracują. Gdy aktor gra przez cały rok, biegając między serialem, kinem i teatrem, nie ma czasu na rozwój. Więc lubię te przerwy w pracy, bo wtedy uczę się języków, czytam, oglądam filmy, uprawiam sport. I staram się być w tym wszystkim konsekwentna. Od prawie dwóch lat chodzę regularnie do klubu fitness. Mam nawet trenera i jestem w naprawdę niezłej formie.

Dla roli w "Idealnym facecie..." nauczyłaś się podobno jakiejś specjalnej sztuki walki.

- Grałam byłą komandoskę, która jest też instruktorką sztuki walki krav maga. Ponieważ nie chciałam dublerki, trenowałam tę walkę przez trzy miesiące po cztery razy w tygodniu. To zdecydowanie za mało, żeby nauczyć się tej sztuki na serio, więc wolę mówić, że się uczyłam niż nauczyłam. Ale coś tam umiem. Dostałam nawet dyplom z izraelskiego Instytutu Krav maga, który potwierdza moje umiejętności. Od tego czasu zaczęłam bardziej dbać o kondycję swojego ciała.

W "Różyczce" śmiało je pokazujesz. Występujesz w odważnych scenach erotycznych z Robertem Więckiewiczem i Andrzejem Sewerynem.

- Nie. Z Rożkiem i Warczewskim – tak nazywają się bohaterowie filmu. Rozróżnijmy te sprawy. Postać to nie ja. Wypożyczam jej moje włosy, które są specjalnie zagęszczane, farbowane i kręcone przez fryzjerów. Moje oczy, które malują makijażyści, a także moje ciało. Historia granej przeze mnie Różyczki opiera się na uczuciowym trójkącie – kobieta i dwóch mężczyzn. Nie da się jej wiarygodnie opowiedzieć, pomijając namiętność czy erotykę. Mieliśmy wiele spotkań z reżyserem i operatorem, dotyczących właśnie scen erotycznych. Rozrysowaliśmy je, opowiedzieliśmy sobie, jaki jest ich sens w filmie. Czułam się bezpiecznie. Poza tym ja tam wcale tak śmiało ciała nie pokazuję. To magia kina – światło, praca kamery, kontekst i sama gra sprawia, że ludzie „widzą” więcej, niż im naprawdę pokazaliśmy. Nie zgodziłabym się na rolę, która przekraczałaby granice mojej godności i etyki.

A gdyby zadzwonili do ciebie z „Playboya”, przyjęłabyś zaproszenie na sesję?

- Już dzwonili. Nie tylko z „Playboya”. Odmawiam. Nie mam potrzeby rozbierania się jako Magdalena Boczarska. Jeśli robię to w filmie, to jako postać: Różyczka czy Luna z "Idealnego faceta..."

Akcja "Różyczki" dzieje się na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jak zniosłaś podróż w czasy PRL-u?

- Nie tęsknię za komuną, ale do lat sześćdziesiątych mam sentyment: samochody, moda, fryzury, cały ten fantazyjny styl. Zawód aktora daje możliwość podróżowania w czasie. To jest kapitalne! Taki dancing z lat sześćdziesiątych: „orkiestra, śledzik i lufka”. A poważnie, dzięki Różyczce mogłam się na przykład znaleźć na słynnym przedstawieniu Dziadów Kazimierza Dejmka z 1968 roku, które dało początek wydarzeniom marcowym. Było to dla mnie magiczne, bo przecież debiutowałam w teatrze w Łodzi, któremu Dejmek wówczas dyrektorował. Także dla takich chwil warto uprawiać ten zawód.

Postać z "Różyczki" nie była pisana specjalnie dla ciebie w przeciwieństwie do roli Luny w "Idealnym facecie...", którą Andrzej Saramonowicz stworzył, mając ciebie na myśli.

- Owszem. Do dziewczyny zakochanej w ubeku, która jednocześnie żyje w dziwnym układzie ze znanym literatem, musiałam się dopasować. Ale postać Różyczki podobała mi się tak bardzo, że zamknęłam scenariusz po przeczytaniu piętnastu stron i nie chciałam wiedzieć, co dalej – żeby nie żałować, gdybym jednak nie wygrała castingu. Po zdjęciach próbnych dowiedziałam się, że aktorki do roli Różyczki reżyser szuka już od roku. Ja czułam, że to zadanie dla mnie. Z rolą jak z facetem – spotykasz i od razu wiesz, czy chcesz tej znajomości.

A jacy faceci ruszają ciebie?

- Z pasją, kreatywni, niedający się ujarzmić ani zaszufladkować, twardzi, lojalni, dotrzymujący słowa. No i musi być chemia między nami.

Myślisz o rodzinie?

- Teraz? Nie. W tym punkcie życia nie ma jeszcze u mnie miejsca na rodzinę. Ale wiem, że i na nią przyjdzie czas. Kiedy? Wsłuchuję się w siebie i wierzę, że nie przegapię momentu, w którym moja intuicja mnie o tym poinformuje.

Słyszałam, że wybierasz się do Etiopii, bo interesują cię dzieje Kościoła koptyjskiego?

- Historia to mój konik. Wczoraj dostałam w prezencie wyszukaną w antykwariacie książkę Życie codzienne Katarów. Mam bzika na tym punkcie. Gdy nie gram, czytam na ten temat.

Teraz nie masz urlopu, wciąż gdzieś grasz.

- Za chwilę mam premierę "Opisu obyczajów III". To trzecia odsłona kultowego już spektaklu teatralnego Mikołaja Grabowskiego. Pierwsze dwie części przeszły do historii polskiego teatru, więc jestem bardzo podekscytowana, że mogę brać udział w kolejnej. Gram też w teatrze Buffo w przedstawieniu "Boeing, Boeing", na które chodzą tłumy. Życie pokazuje mi więc, że moja strategia, by nie iść na łatwiznę, brać tylko dobre role, a czasem zagryźć zęby i przeczekać – w ostatecznym rozrachunku się opłaca.

Co teraz powinno się wydarzyć w twoim życiu, żebyś była zadowolona?

- To co mam, mnie satysfakcjonuje. Nie dywaguję na temat przyszłości, bo mam wpływ zaledwie na jej małą cząstkę. Reszta w rękach losu. Mam nadzieję, że okaże się dla mnie łaskawy.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

TS 03/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy