Reklama

Reklama

Zabójstwo Maurizia Gucciego. Czy zleciła je była żona?

Saga rodu Guccich to historia blichtru, przepychu, intryg, powstania imperium z wpływami w Europie i za Oceanem, które to zostało doprowadzone niemalże do upadku i późniejszego odrodzenia.

W 1993 roku ta modowa marka została stopniowo doprowadzona na skraj bankructwa, do czego przyczyniły się m.in. złe decyzje Maurizia Gucciego i jego zamiłowanie do ekstrawagancji. Dwa lata później Maurizio został zastrzelony w drodze do pracy. W 1998 roku jego byłą żonę, Patrizię Reggiani Martinelli, skazano na 29 lat więzienia za zorganizowanie morderstwa.

Reklama

Czy Patrizia zamordowała byłego męża, ponieważ jego wydatki wymknęły się spod kontroli? Czy zrobiła to, ponieważ jej czarujący eks zamierzał poślubić swoją kochankę, Paolę Franchi? A może w ogóle tego nie zrobiła?

Sara Gay Forden w książce "Dom Gucci. Potęga mody, szaleństwo pieniędzy, gorycz upadku" pozwala nam zajrzeć za kulisy, pokazuje ukryte namiętności, potęgę oraz słabe punkty rodzinnego imperium modowego. Poniżej prezentujemy jej fragment:

2 czerwca 1998 roku, tuż przed wpół do dziesiątej rano, drzwi na prawo od stanowiska sędziego otworzyły się gwałtownie. Pięć strażniczek więziennych w niebieskich beretach wprowadziło Patrizię Reggiani do zatłoczonej sali rozpraw w mediolańskim sądzie.

Przez tłum przeszedł szmer. Fotografowie i operatorzy kamer telewizyjnych rzucili się do przodu. Patrizia miała minę przestraszonej sarny skamieniałej w świetle reflektorów samochodu.

Jej prawnicy w obszernych czarnych togach z frędzlami i białymi marszczonymi żabotami wstali ze swoich miejsc w pierwszym rzędzie, by się z nią przywitać. Proces w sprawie zabójstwa Maurizia Gucciego trwał już od kilku dni, ale Patrizia po raz pierwszy pojawiła się w sądzie właśnie w ten szary wtorkowy poranek. Początek rozprawy wolała spędzić w swojej celi w więzieniu San Vittore. Miała do tego prawo.

Zamieniła parę słów z prawnikami - obrońcami w sprawach karnych. Białowłosy Gaetano Pecorella jeszcze przed końcem procesu został wybrany do włoskiego parlamentu. Wiecznie opalony Gianni Dedola bronił największych przemysłowców, w tym magnata telewizyjnego i byłego premiera Silvia Berlusconiego.

Adwokaci namówili klientkę, by odwiedziła sąd na długo przed dniem swoich zeznań. Miało jej to pomóc przyzwyczaić się do szczególnej atmosfery tego miejsca. Patrizia przeszła obok prokuratora Carla Nocerina oraz siedzących za nim prawników i dziennikarzy. Zajęła miejsce w ostatniej ławce. Za plecami miała zaciekawionych gapiów, którzy walczyli o najlepszy widok i wychylali się przez drewnianą barierkę oddzielającą przestrzeń dla osób biorących udział w rozprawie od miejsca dla publiczności. 

Po jej lewej stronie zasiadali dziennikarze, którzy zerkali na oskarżoną pomiędzy otaczającymi ją strażniczkami w niebieskich beretach i w swoich notatnikach opisywali każdy szczegół jej wyglądu. Zniknęła gdzieś pewna siebie gwiazda towarzystwa obwieszona drogą biżuterią. Patrizia dobiegała pięćdziesiątki, była blada i zaniedbana. Kobieta, która tego dnia przyszła do sądu, utraciła swoją niegdysiejszą pozycję.

Zawsze lubiła być w centrum uwagi, jednak to w żadnym stopniu nie przygotowało jej na sytuację, z którą musiała się teraz zmierzyć. Krótkie, ciemne, rozczochrane włosy otaczały twarz napuchniętą od leków. Utkwiła wzrok w swoich dłoniach, chcąc uniknąć ciekawskich spojrzeń. Dookoła prawego nadgarstka owinęła bladozielony różaniec, który dostała od popularnego księdza uzdrowiciela, monsignora Miligna.

Na jej lewej ręce widniał niebieski plastikowy zegarek marki Swatch. Choć szafy przy Corso Venezia pękały w szwach od markowych ubrań, na półkach piętrzyły się torebki i buty, tego ranka miała na sobie zwykłe, niebieskie, bawełniane spodnie, koszulkę polo i bawełniany sweter w biało-niebieskie paski zarzucony na ramiona.

Jak zawsze przewrażliwiona na punkcie swojego wzrostu, włożyła do tego białe skórzane klapki ze spiczastymi noskami na dwunastocentymetrowych obcasach. Nosiła buty w rozmiarze trzydzieści pięć.

Przed budynkiem sądu tłoczyły się wozy transmisyjne gotowe relacjonować proces na żywo. Fasadę obłożoną białym marmurem ozdabiała biegnąca w poprzek inskrypcja: "ivstitia". Olbrzymi budynek został zaprojektowany przez Marcella Piacentiniego, głównego mediolańskiego architekta za czasów reżimu Mussoliniego. Kościoły, ogrody oraz dwa klasztory zostały zrównane z ziemią, by wznieść sąd, który zajął cały kwartał we wschodniej części miasta.

Każdego dnia pojawiał się tam tłum ludzi, którzy parkowali na ulicy rowery, skutery i samochody, a następnie betonowymi schodami wdzierali się do budynku, by zająć się mroczniejszą stroną życia. Wewnątrz ciągnęły się kilometry korytarzy otaczające główny hol, którego wysokie kolumny sięgały parę pięter w górę. Kręte przejścia tworzyły kafkowski labirynt łączący sześćdziesiąt pięć sal rozpraw i tysiąc dwieście gabinetów.

Tuż za sądem znajdowała się bazylika Santa Maria della Pace, w której dwadzieścia sześć lat wcześniej pobrali się Maurizio i Patrizia. Wiele tygodni przed rozprawą we włoskiej prasie i telewizji pojawiły się relacje dotyczące zbliżającej się konfrontacji Czarnej Wdowy - jak nazywano Patrizię - i Czarnej Wiedźmy - jak ochrzczono Pinę mimo jej zapewnień, że nie posiada żadnych tajemnych mocy.

W marcu, dwa miesiące przed rozpoczęciem procesu, Pina zakończyła swoje piętnastomiesięczne milczenie i złożyła zeznania. Powiedziała, że Patrizia przekazała jej przez inną więźniarkę tajną wiadomość, w której zobowiązała się "wybrukować jej celę złotem", jeśli weźmie na siebie winę za zamordowanie Maurizia.

Urażona i zła Pina kazała Patrizii iść do diabła - a swojemu prawnikowi poleciła skontaktować się z Nocerinem. - Jestem starą kobietą. Spędzę tu dużo czasu! Na co mi w więzieniu dwa miliardy lirów ? - wściekała się Pina, która w marcu skończyła pięćdziesiąt dwa lata. (...)

Pina, która bała się, że Patrizia zrzuci całą winę na nią, przerwała milczenie i opowiedziała całą paskudną historię Nocerinowi, wskazując Patrizię jako pomysłodawczynię zabójstwa. Zeznanie Piny potwierdziło to, czego Ninni dowiedział się od Savioniego.

Nocerino był w siódmym niebie. Mimo że stracił dwa lata na prześwietlanie interesów Maurizia, w maju 1998 roku, gdy rozpoczął się proces, miał w ręce ogrom dowodów przeciwko Patrizii - mieściły się one w czterdziestu trzech wypchanych pudłach. Obrońcy musieli wydać sporą sumę na skserowanie ich zawartości, a urzędnicy sądowi metalowymi wózkami wwozili pudła na salę rozpraw.

Poza zeznaniami Piny i Savioniego Nocerino zgromadził tysiące stron zapisów rozmów telefonicznych, w tym rozmów Patrizii oraz współoskarżonych, a także oświadczeń znajomych, służących, wróżek i innych, którzy znali Guccich.

Jesienią 1997 roku detektywi zrobili nawet nalot na celę Patrizii, gdzie znaleźli wyciąg z konta bankowego w Monte Carlo, które nazwała "Lotus B". Dokument zawierał wypłaty odpowiadające sumom, które - według ich własnych zeznań - dostali Pina i Savioni. Na marginesie koło rzędów cyfr Patrizia napisała "P" - jak Pina.

Nocerino był nawet w posiadaniu oprawnionych w skórę dzienników Patrizii, które policja skonfiskowała podczas aresztowania. Mimo to kobieta nie przyznała się do winy - i to go martwiło.

Fragment książki "Sary Gay Forden "Dom Gucci. Potęga mody, szaleństwo pieniędzy, gorycz upadku", Wydawnictwo Marginesy.


Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje