Reklama

Reklama

Zbuntowana prymuska

Kiedyś – nieśmiały odludek marzący o pracy w szpitalu. Dziś – młoda aktorka w drodze na szczyt. Najbardziej bezpruderyjna spośród bohaterek serialu "Klub Szalonych Dziewic". Mówi o sobie „kochliwa singielka”. Ćwiczy jogę, czyta filozofów i robi makrobiotyczne uczty dla przyjaciół na... jednopalnikowej kuchni. Monika Buchowiec u progu kariery!

W serialu nosi aparat na zębach i gra śmiałe sceny erotyczne. Rude włosy, kocie oczy. Jej bohaterka Joanna, zbuntowana przeciw konwenansom prawniczka, odmawia noszenia nudnych kostiumików, na rozprawy przyjeżdża na rowerze. Specjalistka od rozwodów, która cynicznie podchodzi do stałych związków, lubi jednonocne przygody i jest przekonana, że w życiu może wszystko. Prywatnie Monika wygląda na stonowaną, skromną.

– Jestem introwertyczką – uprzedza – słabo wychodzi mi przechwalanie się. Na stole w wegetariańskiej restauracji kładzie książkę Raviego Shankara, indyjskiego nauczyciela duchowego. Między stronami bilet komunikacji miejskiej za 2 zł 80 groszy. Na spotkanie przyjechała metrem. – Lubię wtopić się w anonimowy tłum – wyznaje. Choć sama właśnie przestała być anonimowa.

Reklama

Twój Styl: Gotowa na popularność?

Monika Buchowiec:- Jeszcze mnie nie dotyczy. Gdy wychodzę z Anią Dereszowską z planu, to ona zatrzymuje się, żeby rozdać autografy. Ja jestem nierozpoznawalna. Ostatnio opuszczając studio TVN, zostałam poproszona o zdjęcie: – „Mateusz, stań z panią! – powiedział ojciec do syna. – Ale kto to jest ta pani? – spytało dziecko. – Nie gadaj, tylko stawaj!”. Speszyłam się.

Z tą anonimowością to przesadziłaś. Pojawiasz się przecież w portalach o gwiazdach.

- Na razie w internecie największą sensację wzbudziła moja plama pod pachą. „Niech Buchowiec sobie kupi dezodorant”, tyle mojej sławy na Pudelku. Przez dotychczasowe role w "Egzaminie z życia", "Mistrzu i Małgorzacie" przylgnęła do mnie opinia kobiety tajemniczej, wampa, a ja jestem wciąż nieśmiałą dziewczyną z Podlasia.

Jak wycofana Monika odnajduje się w show-biznesie?

- Jest fajnie. Wokół normalni, życzliwi ludzie. Ania Dereszowska – tytan pracy, jest najcieplejszą kobietą na świecie. Z Anią Przybylską czuję się jak z siostrą. Nic się nie zmieniła, odkąd wyjechała z Gdańska. Dystansuję się za to od „gwiazdorstwa”. Mam wiele przyjaciółek, dbam o nie jak o rodzinę.

Nauczyłaś je robić serialowy drink „szalona dziewica”?

- Nie piję ostatnio alkoholu. Zresztą nigdy nie byłam dziką balangowiczką. Wolałam zadymione salki, gdzie ktoś grał na pianinie, niż modne kluby. W Łodzi, gdzie mieszkam, od czasów studiów przesiadujemy ze znajomymi w Cafe Foto 102. Zdarzają się nam emocjonujące dyskusje: o teatrze, depresjach, miłościach, problemach egzystencjalnych. Do tego obowiązkowo wino i papierosy. Chociaż ja akurat nie palę.

Myślisz, że trzeba zrobić z siebie pajaca, żeby zaistnieć w show-biznesie?

- Myślę, że czasem naprawdę niewiele trzeba zrobić, żeby zaistnieć. Kwestia pajacowania jest dyskusyjna. Uwielbiam show Szymona Majewskiego, choć ktoś może nazwać go pajacem. Za to programy w stylu Jak oni śpiewają czy Taniec na lodzie to nie jest dla mnie pomysł na autopromocję.

Zabrakło cię obok koleżanek z serialu na kanapie u Kuby Wojewódzkiego. Kontestujesz jego program?

- Kuba miesza ludzi z błotem. Mnie to żenuje. Nie chciałam promować takiej rozrywki. Były naciski, ale TVN uszanował mój unik.

Rola w serialu. „KSD” może się okazać Twoją trampoliną do dalszej kariery. Wierzysz, że tak będzie?

- Zobaczymy. Na razie uczę się. Przyglądam się, jak pracują inne aktorki. Ale nie mam złudzeń, to nie jest moje życiowe spełnienie. Koleżanki z serialu poza tym, że są świetnymi aktorkami, jednocześnie spełniają się jako matki, partnerki. Mnie jak dotąd ciężko pogodzić te dwa światy. Najważniejszy jest wciąż teatr. Mam tam prawdziwy komfort pracy – to idealne miejsce dla aktorów introwertyków. I na wszystko jest czas.

Bo praca na planie serialu to wieczny chaos i pośpiech, mnóstwo ludzi. Chwilami ten zgiełk jest dla mnie naprawdę dużym wyzwaniem. Ale chciałam grać w serialu. Walczyłam o tę rolę. Na kolejne castingi zapraszano mnie 17 razy. Kiedy usłyszałam: „Masz rolę Joanny”, czułam, jakbym załapała się do hollywoodzkiej produkcji. A to po prostu nasza, swojska historia o kobietach.

... z której wynika, że dla kobiety najważniejsze to mieć u boku mężczyznę. Czy to nie powielanie stereotypu?

- Ale ja się z tym zgadzam! Tak właśnie jest. Kobieta czuje się prawdziwie spełniona, kochając. W pustym domu nigdy nie będzie w pełni szczęśliwa.

Same sobie nie wystarczamy?

- Nie wierzę w pełną niezależność kobiet. Próbujemy być tak silne, że zaraz nie będzie się z kim wiązać - przygnieciemy mężczyzn. Pewnie rozsierdzę feministki, ale to my najlepiej umiemy rodzić i wychowywać dzieci. Walczmy więc o prawa kobiet tam, gdzie naprawdę są one nierespektowane: w Indiach, Chinach. Ja chcę wnieść do związku ciepło, harmonię i opiekuńczość. To nie wyklucza spełniania własnych ambicji. Zresztą pozornie słabsze i tak rozdajemy karty, bo choć mężczyzna mówi: "zróbmy to tak", najczęściej ostatecznie decyzje podejmuje kobieta.

Manipulujesz mężczyznami?

- Nie. Dogaduję się z nimi. Zawsze. Kochałam kilka razy. Zazwyczaj w związkach to ja byłam "parowozem" - matką i ojcem. Opiekowałam się, dawałam wsparcie, decydowałam. Ale przy charyzmatycznych, silnych partnerach stawałam się dzieckiem prowadzonym za rękę.

A teraz?

- Nie muszę być zakochana, żeby być szczęśliwa. Niedawno zakończył się mój związek. Szukam indywidualistów. W młodości był heavy metalowiec, punkowiec. Potem aktor. Pociągają mnie mężczyźni z wyrazistą indywidualnością.

Podobno nie lubisz dostawać kwiatów?

- Jestem antyromantyczna. Widząc bukiet, nie myślę o czułym geście, tylko o tym, że ktoś te kwiaty ściął. I że one uschną… Zamiast stereotypowych pochlebstw wolę komplement w stylu: "jesteś taka normalna". Albo najpiękniejszy, jaki kiedykolwiek usłyszałam: "Jesteś czarownicą".

Ale wierzysz w romantyczną miłość?

- Wyznaję niepopularną teorię: miłość można wypracować - zobacz przez tyle wieków małżeństwa były planowane i ludzie w nich trwali. Wierzę, że nawet bez szału hormonów mogę pokochać mężczyznę, stworzyć dojrzały układ, w którym będziemy się słuchać, uczyć od siebie, pozwalać sobie na pasje.

Masz 28 lat. Odkładasz macierzyństwo na później?

- Mam siłę i odwagę, żeby wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka. Jestem gotowa być mamą - ale nie zostanę nią, uznając przypadkowego mężczyznę za odpowiedniego kandydata. Najpierw związek, w który uwierzę. Potem rodzina.

Taka jak w domu w Siemiatyczach?

- Na pewno pełna, bezpieczna, ciepła. Rodzice stworzyli mi sielski i bardzo "ułożony" dom. To był inny świat. Małe miasteczko, wokół lasy, większość czasu spędzałam u dziadków na wsi.

Czym zajmowali się twoi rodzice?

- Mama kierowała lokalną fabryką, tata nadal jest w Agencji Modernizacji i Rozwoju Rolnictwa. Dom był dla nich miejscem oddechu, liczył się bardziej niż podróże, ciekawość innych. W domu ważna też była duchowość. Wychowałam się w wierze prawosławnej. Nadal chodzę do cerkwi.

Chcesz żyć inaczej niż rodzice?

- Jestem typem poszukującej aktywistki. Mój dom jest bardzo otwarty. Dziś rano na ćwiczenia jogi wpadło kilka osób. Pewnie kilka wpadnie też wieczorem. Uwielbiam gotować dla znajomych. Na jednopalnikowej kuchence w moim małym mieszkaniu w Łodzi potrafię zrobić kilkudaniową kolację. Gadamy do nocy.

Zawsze byłaś taka towarzyska?

- Nie, kiedyś byłam odludkiem. Kujonem, uwielbiałam się uczyć. Nie spełniałam się jako królowa podwórka. Byłam brzydka - nie tylko w swojej ocenie. Ruda, z piegami i własnym światem. Nie nadążałam za modnymi koleżankami, które czerpały styl z pisma "Bravo".

Twoja przyjaciółka wspomina, że biłaś się z chłopakami.

- Buntowałam się, kiedy wyśmiewali kogoś słabszego. Czasami stawałam w obronie jakiegoś dziecka. Gryzłam, kopałam, drapałam, aż odpuszczali. A potem nakładałam słuchawki, włączałam Kurta Cobaina i malowałam.

Chciałaś być malarką?

- Miałam sztalugi, ale śpiewałam też przed lustrem i pisałam wiersze. Głównie były to ody do Kurta Cobaina. Moje wypociny wydano nawet w Siemiatyckich Zeszytach Literackich, które redagowała pani z pobliskiej biblioteki. Pamiętam też swoje marzenia z tamtej epoki: wyobrażałam sobie, jak otoczona mikrofonami udzielam wywiadów. Byłam w tych wizjach sławna. Poważnie planowałam jednak, że zostanę lekarzem sądowym.

To jak trafiłaś do szkoły aktorskiej?

- Wyjechałam z domu do liceum w Białymstoku. Polonistka teatromanka namówiła mnie na kółko recytatorskie. Potem był teatr amatorski Klaps i pierwsza rola - dżdżownicy. Wciąż myślałam o medycynie i wciąż słyszałam "powinnaś grać". Nie czułam się dobra w tym, co robię. Chyba poszłam do szkoły aktorskiej, żeby przełamać stereotyp o sobie - nieśmiałej, wycofanej introwertyczce. Pojechałam na konsultacje przedegzaminacyjne do Warszawy. Powiało chłodem, złą energią. "Tu mnie nie chcą", pomyślałam i wyszłam skulona z sali. W Łodzi po recytowanym przeze mnie fragmencie prozy z Chłopów w komisji zapadła cisza. Poczułam się zaproszona. Zdałam bez problemów. Pierwszą moją rolą, po której pomyślałam "ten zawód jest dla mnie", była postać Prosiaczka w Kubusiu Puchatku.

Podobno należysz do jakiejś społeczności religijnej?

- Tak. Do grupy Art of Living założonej przez przewodnika Sri Sri Ravi Shankara. Ćwiczę też Sri Sri Jogę. Fajnie, że dziś możemy poznawać inne ścieżki duchowe i nikt nie jest za to palony na stosie.

Co ci to daje?

- Ogromny spokój, poznanie siebie. Medytacja, dieta, techniki oddechowe to też niesamowite dopalacze. Spokój nie oznacza bierności, wyciszony umysł pozwala podejmować inteligentne decyzje. Chcę być dynamiczna i odprężona. Aktorzy często mają problemy egzystencjalne, kłopoty z ego, ja też długo walczyłam z wewnętrznym niepokojem, brakiem poczucia bezpieczeństwa w sobie. Wiecznie byłam niezadowolona. Wydawało mi się, że ludzie nie liczą się ze mną. Jakbym chodziła po oblodzonej drodze. Ten dygot pomagał w pracy, ale zostawał we mnie również po roli. Wpadałam w depresję, doły, czułam, że nie panuję nad ogarniającą mnie chandrą.

Teraz jest lepiej?

- Walczę z moimi słabościami, np. brakiem tolerancji. Drażnią mnie gaduły skupione na sobie. Nie znoszę ludzi narzekających na swoje życie, którzy nic z nim nie robią. Dla mnie to taka toksyczna bierność.

Ty coś robisz, żeby świat był lepszy?

- Z grupą przyjaciół w Łodzi chcemy propagować na piknikach zdrowy tryb życia, namawiać do wegetarianizmu. Przekonywać ludzi z różnych środowisk, także tych uboższych do tego, że nawet bez środków finansowych można być szczęśliwym. Na przykład robiąc coś dla innych.

Nie kręcą cię pieniądze?

- Im więcej zarabiam, tym skromniej żyję. Nie gonię za modą. Moja szafa jest fusion - trochę hipisowska, trochę z lat 80. i 60. Legginsy, apaszki na włosy. Z przyjaciółką w liceum eksperymentowałyśmy z ciuchami z second-handów. Czasem robię to nadal, np. spodnie dzwony z trójkątami wszytymi po bokach nogawek, do tego skórzane płaszcze i mocny makijaż.

Za honorarium z serialu mogłabyś kupić sobie apartament.

- Wcale tak dobrze nie zarabiam. Od czterech lat żyję w mieszkaniu kwaterunkowym. Pokój to jednocześnie salon, sypialnia i kuchnia. W sumie kilkanaście metrów. Dotąd brakowało mi pieniędzy na konkretny remont. Wolałam pojechać do Indii, niż kupić nową lodówkę. Może teraz uda mi się zainwestować w kuchnię i salon. Zorganizuję też kurs kuchni wegetariańskiej. Odkąd gotuję według zasad ajurwedy, mam piękną cerę, nie choruję. I nie wydaję, bo to tania dieta - fasola mung, soczewica, warzywa, kasze.

Może chociaż samochód?

- Rozleniwia. Lubię ciągnąć po chodniku walizkę choćby po to, żeby się zmęczyć. Jeżdżąc tramwajem, przyglądam się ludziom. Patrzę na pary, mamy z córkami. Uprawiam taką zabawę w zgadywanie: "jakie mają życie?".

Teraz ludzie będą przyglądać się tobie.

- Niestety to możliwe, koniec zabawy.

A co chciałabyś przeczytać za czterdzieści lat w encyklopedii pod hasłem "Monika Buchowiec"?

Może: inicjatorka... Restauratorka... Założycielka... Zasłużona dla... innych.

Marta Bednarska

TS 05/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy