Reklama

Reklama

Żyją w ciągłej obawie o odkrycie własnych niekompetencji - tak działa syndrom oszusta

Brak wiary we własne osiągnięcia, pomimo zewnętrznych dowodów wysokich kompetencji i umiejętności, ciągłe przekonanie o niezasługiwaniu na osiągnięty ciężką pracą sukces – tak objawia się syndrom oszusta, nazywany też impostoryzmem. Długo wydawało się, że cierpią na niego głównie kobiety na wysokich stanowiskach, ostatnie badania wskazują jednak, że dotyka on na różnych etapach życia nawet 70% społeczeństwa, z tym, że mężczyźni rzadziej ujawniają swoje myśli na ten temat.

Skąd biorą się takie myśli, jak walczyć z tkwiącymi w nas przekonaniami i zwalczać te, które nie pozwalają się rozwijać? Co zrobić, gdy impostoryzm odbiera nam zdolność czerpania zadowolenia z tego, co dobrze nam wychodzi? Przeczytaj fragment książki dr Amy Cuddy "Wstań. Skuteczny sposób, by zyskać pewność siebie i stawić czoło wyzwaniom".

Czytaj także: Jesteś kobietą? Masz gorzej

***

NIE ZASŁUGUJĘ, ŻEBY TU BYĆ

Gdy pod koniec lat sześćdziesiątych Pauline Rose Clance pisała doktorat z psychologii klinicznej, zaczęły ją nękać obawy, że nie jest dość dobra, żeby jej się udało. "Wszyscy są mądrzejsi ode mnie. Tym razem mi się poszczęściło, ale następnym nie dam rady. W ogóle nie powinno mnie tu być". Nie mogła spać, czuła strach zarówno przed każdą oceną okresową, każdym testem i wystąpieniem, jak i po nich. Wiedziała, że przyjaciele mają już dość jej mówienia o gnębiących ją obawach. W dodatku chyba nikt inny nie czuł niczego podobnego. "Na pewno przyjęli mnie tu przez pomyłkę. Niedługo ktoś to zauważy". "Naprawdę tak uważałam - wyjaśniła mi Pauline. - I wcale nie kryłam strachu. Myślałam, że po prostu muszę nauczyć się z tym żyć, że właśnie taka jestem". 

Reklama

W dzieciństwie Pauline nawet nie przypuszczała, że pójdzie do college’u. "Wychowywałam się w Appalachach. Chodziłam do małych szkółek, a potem do liceum, i skończyłam w sumie tylko jedenaście klas, bo nie było wtedy dwunastej. W domu nie mieliśmy własnych książek, ale tata zawsze chciał, żebyśmy przynosili je z biblioteki. Rodzice byli ciekawi świata. Miałam nauczycieli, którzy naprawdę się mną interesowali - dawali mi sygnały, że mogłabym iść do college’u - ale moje wykształcenie pozostawiało wiele do życzenia, więc miałam co do tego wątpliwości. Licealny doradca zawodowy powiedział mi, że będę zbierała trójki i powinnam się z tym pogodzić. Zaznaczył, żebym nie liczyła na piątki. Żebym nie była dla siebie zbyt surowa. Poszłam jednak do college’u, lecz z nastawieniem, że będę przeciętną uczennicą. Ale nie byłam. Tak naprawdę szło mi bardzo dobrze. Podczas sprawdzianów miałam pewne obawy. Czy zdołam utrzymać ten poziom? Czy dam radę? Był to jednak dość mały college, więc czułam, że jestem w stanie zapanować nad tymi wątpliwościami". 

Obawy dogoniły Pauline pod koniec szkoły. Chciała pójść na znany, prestiżowy uniwersytet, ale tamtejszy wydział psychologii oznajmił bez ogródek, że jako kobieta musiałaby być mniej więcej trzy razy lepsza niż mężczyźni. Osoba prowadząca rekrutację powiedziała jej, że właśnie szukają sekretarki. W końcu trafiła na Uniwersytet Kentucky, na którym komisja rekrutująca doktorantów do programu psychologii klinicznej, gdzie panowała spora rywalizacja, przyjęła więcej osób, niż zamierzała zatrzymać. "Powiedziano nam wprost: »Rozejrzyjcie się. Wielu z was nie da rady«". Mimo uzyskania dobrych wyników na egzaminach wstępnych Pauline nadal czuła się zagrożona, była pewna, że to ona będzie następnym pechowcem, którego stamtąd wyrzucą. 

Szczegóły historii Pauline należą wyłącznie do niej, ale ogólne wrażenie, że znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu - że inni dali się nabrać i uważają nas za bardziej kompetentnych i utalentowanych, niż w rzeczywistości jesteśmy - wcale nie jest rzadkie. Doświadcza go większość z nas, przynajmniej w pewnym stopniu. Nie jest to zwyczajna trema, to raczej głębokie i czasami paraliżujące przekonanie że dostaliśmy coś, na co nie zasłużyliśmy, czego nie jesteśmy godni i że prędzej czy później zostaniemy zdemaskowani. Psychologowie nazywają to syndromem uzurpatora, syndromem impostora, obawami uzurpatora albo impostoryzmem. Jeśli osiągnięcie stanu obecności wymaga od nas całkowitego zsynchronizowania się ze swoimi najszczerszymi uczuciami, przekonaniami, zdolnościami i wartościami, to z pewnością nie możemy być obecni, gdy czujemy się jak oszuści. Wypadamy wtedy fałszywie, jesteśmy roztrzęsieni, zupełnie nieprzekonujący. A wrażenie, że jesteśmy oszustami - podobnie jak obecność - wzmacnia się samo. 

Impostoryzm zmusza nas do ciągłego zastanawiania się i wątpienia. Sprawia, że skupiamy się na tym, jak według nas oceniają nas inni ludzie (zafiksowani w ten sposób, zwykle mylimy się w ocenie), a potem jeszcze bardziej skupiamy się na tym, w jaki sposób te oceny mogą skazić nasze interakcje. Jesteśmy rozdarci - boimy się, że jesteśmy nieprzygotowani, obsesyjnie myślimy o tym, co powinniśmy robić, analizujemy w myślach to, co powiedzieliśmy pięć sekund wcześniej, przejmujemy się tym, co ludzie o nas pomyślą i co to będzie dla nas oznaczać. Impostoryzm kradnie nam moc i tłamsi naszą obecność. Jeśli sami nie wierzymy, że powinniśmy tu być, to jak mamy do tego przekonać innych ludzi? Obecność i impostoryzm to dwie strony jednego medalu - a tym medalem jesteśmy my sami.

GDY CZUJEMY SIĘ JAK OSZUŚCI

Mimo nękających ją wątpliwości Pauline udało się dotrwać do końca studiów doktoranckich. Co więcej, poradziła sobie dość dobrze i po uzyskaniu dyplomu przyjęła propozycję pracy w Oberlin College, bardzo dobrej prywatnej uczelni humanistycznej w Ohio. W Oberlin Pauline dzieliła swój czas po połowie na nauczanie na Wydziale Psychologii i pracę w ośrodku terapeutycznym. "Prowadząc terapię - wspomina - widziałam ludzi, którzy poszli do najlepszych szkół, często prywatnych, mieli gruntownie wykształconych rodziców, doskonałe wyniki w standaryzowanych testach, świetne oceny i listy polecające. A mimo to przychodzili i mówili: »Boję się, że obleję ten egzamin«, »Z jakiegoś powodu komisja rekrutacyjna się pomyliła«, »Wszystko dlatego, że nauczyciel angielskiego napisał mi taki fantastyczny list polecający«, »Jestem pomyłką Oberlin«. Deprecjonowali wszystko, co zrobili". 

Pauline opisała jedno szczególnie zapadające w pamięć spotkanie ze studentką o imieniu Lisa, która zamierzała przejść na indywidualny tok studiów dla najlepszych studentów, ale dopadły ją wątpliwości. "Nie zdecyduję się na to", oznajmiła w końcu. Pauline była zaskoczona. Lisa to bardzo dobra studentka. Dlaczego zmieniała zdanie? Pauline chciała się dowiedzieć, czego Lisa się boi. "Na pewno odkryją, że tak naprawdę nie zasługuję, żeby tu być", odrzekła Lisa. Te obawy zabrzmiały w uszach Pauline znajomo, ale wiedziała, że Lisa jest świetną studentką. Jak to możliwe, że tak się czuła? Wydawało się jasne, że z jakiegoś powodu dziewczyna ma zaburzony obraz siebie. Pauline zauważyła nawet, że to poczucie dominuje wśród kobiet osiągających wysokie wyniki: mimo osiągnięć boją się, że oszukują ludzi. Uważają, że mają dobre wyniki nie dzięki własnym zdolnościom, lecz dzięki szczęściu albo "umiejętnościom interpersonalnym". Każda z tych doskonałych studentek czuła, że nie zasługuje, żeby być tam, gdzie jest. I każda myślała, że jest w tym poczuciu odosobniona. 

Pauline zastanawiała się, czy ten szczególny rodzaj lęku mogą odczuwać także inni ludzie. A może cierpiała z jego powodu tylko ona i grupka studentek, które poznała w czasie pracy? Postanowiła poszukać odpowiedzi na to pytanie na drodze naukowej. Pauline i jej współpracownica Suzanne Imes zaczęły systematycznie analizować coś, co nazwały zjawiskiem uzurpatora (ZU), definiując je jako "wewnętrzne doświadczenie dopuszczania się intelektualnego oszustwa", wywołujące wśród kobiet strach przed ujawnieniem tego, co uważają one za swoje prawdziwe umiejętności (lub ich brak).

Zdobywczyni Oscara i absolwentka Harvardu Natalie Portman powiedziała podczas swojego wystąpienia na Harvard Class Day w 2015 roku: "Dzisiaj czuję się bardzo podobnie jak w 1999 roku, gdy zjawiłam się w kampusie Harvardu jako studentka pierwszego roku. Miałam wrażenie, że zaszła jakaś pomyłka, że nie jestem dość inteligentna, żeby znaleźć się w tym towarzystwie, i że ilekroć otworzę usta, będę musiała udowadniać, że nie jestem tylko głupią aktorką" . Pauline z pomocą matematyczki Nancy Zumoff stworzyła skalę pomiaru stopnia, w jakim dana osoba czuje się w ten właśnie sposób. Uczestniczki badań mają za zadanie ocenić prawdziwość wielu stwierdzeń, takich jak:

  • Boję się, że ważni dla mnie ludzie odkryją, że nie jestem tak zdolna, jak im się wydawało.
  • Czasami czuję albo uważam, że sukces, jaki osiągnęłam w życiu albo w pracy, to skutek jakiegoś błędu.
  • Gdy coś mi się uda i moje osiągnięcia spotkają się z uznaniem, mam wątpliwości, czy zdołam powtórzyć ten sukces.
  • Często porównuję swoje umiejętności z umiejętnościami ludzi wokół i myślę, że chyba są inteligentniejsi ode mnie.
  • Jeśli za swoje osiągnięcia otrzymuję wiele pochwał i wyrazów uznania, zwykle umniejszam wartość swoich dokonań.

W 1978 roku Pauline i Suzanne opublikowały pierwszy artykuł naukowy na temat zjawiska uzurpatora (ZU). Przedstawiły w nim ogólną koncepcję ZU, skupiając się na doświadczeniach kobiet, które zdawały się cierpieć z jego powodu, i omówiły ewentualne sposoby leczenia. Traktowały wówczas ZU jako problem z zakresu zdrowia psychicznego, nerwicę "wyjątkowo rozpowszechnioną i głęboką w wybranej próbie kobiet osiągających znaczne sukcesy". W tym pierwszym badaniu uczestniczyło 178 kobiet osiągających sukcesy, w tym studentki college’u i doktorantki oraz przedstawicielki szerokiej gamy zawodów, między innymi prawniczki, lekarki i naukowcy. Większość była biała, pochodziła z klas średniej i wyższej oraz miała od dwudziestu do czterdziestu pięciu lat. W artykule Clance i Imes czytamy:

"Mimo wyjątkowych osiągnięć naukowych i zawodowych kobiety doświadczające zjawiska uzurpatora uparcie wierzą, że tak naprawdę wcale nie są inteligentne i oszukały wszystkich, którzy sądzą inaczej. Liczne osiągnięcia, które ktoś inny uznałby za mocne i obiektywne dowody ich wyższości intelektualnej, najwyraźniej nie mają wpływu na to przekonanie."

TO O WIELE CZĘSTSZE, NIŻ NAM SIĘ WYDAWAŁO...

Początkowo Pauline i wiele innych osób badających impostoryzm uważało, że wspomnianego stanu doświadczają wyłącznie kobiety sukcesu. "Skoro oczekiwania społeczne i zinternalizowana samoocena kobiet nie sprzyjają ich sukcesom - argumentowały - nic dziwnego, że uczestniczki naszego badania czują potrzebę szukania innego uzasadnienia swoich osiągnięć niż własna inteligencja". Wkrótce jednak Pauline zaczęła się zastanawiać, czy ZU nie jest przypadkiem bardziej powszechne. "Po moich wystąpieniach - powiedziała podczas naszej rozmowy - przychodzili do mnie mężczyźni mówiący: »Wie pani, ja też się tak czuję«. Już w 1985 roku byłam pewna, że oni również doświadczają takich stanów. A w ramach praktyki klinicznej pracuję z mężczyznami, którzy doznają ich w nieznośnym stopniu".

W ostatnich latach nastąpił gwałtowny wzrost powszechnego zainteresowania impostoryzmem. W świecie biznesu mówią o nim głośno tacy liderzy jak Sheryl Sandberg i pisze się o nim w takich magazynach jak "Slate" czy "Fast Company". Przeważnie dzieje się to jednak w kontekście samodoskonalenia kobiet: co mogą zrobić, żeby spełnić swoje największe ambicje? Jakie czynniki oprócz dobrze udokumentowanego seksizmu mogą je ograniczać? Ja też uważałam, że to problem kobiet. Po tym jak moje wystąpienie na TED-zie znalazło się w internecie, zaczęłam jednak dostawać mejle dotyczące impostoryzmu i mnóstwo z nich pochodziło od mężczyzn. Spośród tysięcy mejli, które otrzymałam, mniej więcej połowę tych dotyczących wrażenia bycia oszustem napisali mężczyźni.

Pauline i inni badacze wkrótce też to zauważyli: kobiety i mężczyźni doświadczają impostoryzmu w równej mierze. Dlaczego zatem początkowo wydawało się, że to problem tylko kobiet? Po pierwsze, niektórzy ludzie mają kłopot z dostrzeżeniem go u siebie. Pauline i Suzanne zauważyły to już na początku. Z innych badań wynikał podobny wniosek. Być może mężczyźni biorący udział w badaniach po prostu nie rozpoznawali swoich uczuć tak wyraźnie jak kobiety. Istniała jednak bardziej niepokojąca i prawdopodobna ewentualność. "Prowadząc prywatną praktykę, rzadko słyszałam, by mężczyźni o tym mówili - wyjaśniła Pauline. - Gdy jednak ankieta była anonimowa, mężczyźni wyrażali to w takim samym stopniu jak kobiety". Nie rozmawiali na ten temat z przyjaciółmi ani z członkami rodziny i nie zabiegali o wsparcie emocjonalne, dlatego że za bardzo się wstydzili. Mężczyźni odchodzący od stereotypu silnego i asertywnego człowieka - innymi słowy, ci, którzy są w stanie wyrazić zwątpienie w siebie - ryzykują, że doświadczą czegoś, co psychologowie nazywają "efektem odwetu": kary za niespełnienie oczekiwań społecznych często przyjmującej formę nękania, a nawet ostracyzmu. (Efekt odwetu nie dotyczy wyłącznie mężczyzn - może spotkać każdego, kto odchodzi od kulturowo przypisanych stereotypów rasowych, płciowych oraz różnych innych "kategorii" społecznych, do których należy. Na przykład kobiety często doświadczają efektu odwetu w miejscu pracy, gdy są "zbyt męskie").

Choć mężczyźni doświadczają impostoryzmu w takim samym stopniu jak kobiety, może być on dla nich większym brzemieniem, dlatego że nie wolno im się do tego przyznać. Noszą ten ciężar w milczeniu, w tajemnicy i cierpią. Impostoryzm dotyczy zatem zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Czy ogranicza się do określonych grup demograficznych - zawodowych, rasowych, kulturalnych? Po przełomowej pracy Pauline i Suzanne badania prowadzone przez kilka dziesięcioleci pozwoliły uzyskać jasną odpowiedź na to pytanie. Naukowcy zaobserwowali impostoryzm w dziesiątkach grup demograficznych, w tym (lecz nie tylko) wśród nauczycieli, księgowych, lekarzy, asystentów lekarzy, pielęgniarek, studentów: kierunków technicznych, stomatologii, medycyny, pielęgniarstwa, farmacji, prawa, ludzi zaczynających korzystać z internetu, Afroamerykanów, Koreańczyków, Japończyków, Kanadyjczyków, nastolatków z zaburzeniami, "normalnych" nastolatków, preadolescentów, ludzi starszych, dorosłych dzieci alkoholików, dorosłych dzieci ludzi sukcesu, ludzi z zaburzeniami odżywiania, ludzi bez zaburzeń odżywiania, ludzi, którzy niedawno doznali porażki, ludzi, którzy niedawno osiągnęli sukces... i tak dalej.

W 1985 roku Pauline i jej współpracownica Gail Matthews opublikowały wyniki ankiety przeprowadzonej wśród pacjentów klinicznych, zwracając uwagę na to, że około 70 procent spośród czterdziestu jeden mężczyzn i kobiet doświadczało impostoryzmu. Doświadcza go także co najmniej dwie trzecie studentów Harvard Business School - a ponad 60 procent z nich to mężczyźni. Pod koniec naszego spotkania Pauline powiedziała: "Jeszcze jedno: gdybym mogła zacząć od nowa, nazwałabym do doświadczeniem uzurpatora, bo to nie jest syndrom, kompleks ani choroba psychiczna. To coś, czego doświadczają prawie wszyscy".

Biorąc pod uwagę powszechność tego zjawiska, nie sposób wskazać jego przyczyny w każdym indywidualnym przypadku. Sięgając do żargonu nauk społecznych, powiedzielibyśmy, że wydaje się ono naddeterminowane, co oznacza, że istnieje tak wiele możliwych zmiennych, iż nikt nie jest w stanie stwierdzić, która z nich jest przyczyną jego wystąpienia. Z impostoryzmem wiązano na przykład doświadczenia z wczesnego dzieciństwa, ale także dynamikę życia rodzinnego, oczekiwania społeczne, uprzedzenia, osobowość oraz doświadczenia gromadzone w szkole i miejscu pracy. Nie oznacza to, że jedni ludzie nie są bardziej podatni na impostoryzm od drugich.

 Odkryto, że pewne cechy i doświadczenia idą w parze z doświadczeniem uzurpatora. Wśród osób cierpiących z powodu impostoryzmu obserwuje się wysoki poziom perfekcjonizmu i tremy oraz niską samoakceptację i niskie poczucie kontroli nad własnym otoczeniem. Z syndromem uzurpatora wiązano też wysoki neurotyzm oraz niską samoocenę i introwersję. Jednym z czynników najczęściej występujących w związku z impostoryzmem jest jednak strach przed porażką, w wielu badaniach wskazywany jako główna przyczyna problemu. Kto najbardziej boi się porażki? Ludzie, którzy coś osiągnęli i którzy z oczywistych względów nie są oszustami. Pewnego dnia dostałam mejla od mężczyzny o imieniu David będącego rektorem uniwersytetu: "Cierpię na syndrom uzurpatora od czasów college’u.

Jakby świat ciągle mi powtarzał, że jestem "dziewięćdziesiątką", mimo że ja wiedziałem, że jestem tylko "pięćdziesiątką". Na przykład nad moim biurkiem w gabinecie wisi mnóstwo dyplomów za różne osiągnięcia. I ilekroć dostawałem następny, myślałem: O cholera! Teraz uznają, że jestem "dziewięćdziesiątką dwójką"! Strasznie się wkurzą, gdy odkryją, że jestem tylko "pięćdziesiątką". Nagrody wcale nie poprawiały mojej samooceny, one po prostu zwiększały rozdźwięk między tym, co myśleli "oni", a tym, jak się czułem." Jak to możliwe? Czy konkretne sukcesy Davida - zdobywanie nagród za różne osiągnięcia, wysokich stopni naukowych, atrakcyjnej pracy - nie powinny były go "wyleczyć" z impostoryzmu? Czy w pewnym momencie nasze wyjątkowe osiągnięcia nie powinny nas uodpornić na to doznanie?

 Jak to możliwe, że tacy ludzie jak Denzel Washington, Tina Fey, Maya Angelou i Mahatma Gandhi cierpieli z powodu obaw uzurpatora? Neil Gaiman to autor licznych bestsellerowych powieści, komiksów i opowiadań, między innymi Sandmana, Koraliny, Chłopaków Anansiego, Amerykańskich bogów i Oceanu na końcu drogi, a także kilkunastu scenariuszy filmowych i telewizyjnych. Zdobył ważne nagrody literackie i jako pierwszy autor otrzymał jednocześnie Newbery Medal i Carnegie Medal za jedno dzieło (Księga cmentarna). Właściwie według wszystkich zawodowych miar, jakie można sobie wyobrazić, Neil odniósł spektakularny sukces. Mimo to, jak wiadomo, zmagał się z poczuciem, że jest oszustem. Wikipedia wymienia go jako jedną z sześciu sławnych osób, które publicznie mówiły o swojej walce z syndromem uzurpatora. Jego historia to najlepszy argument świadczący o tym, że nikt nie jest uodporniony na impostoryzm. Spytałam, czy nie zechciałby ze mną o tym porozmawiać, a on wspaniałomyślnie się zgodził.

Neil Gaiman na łagodne, zaokrąglone brwi, smutne oczy, gęstwinę kręconych brązowo-siwych włosów i ten rodzaj głosu z miękkim brytyjskim akcentem, jakiego chciałoby się słuchać przed zaśnięciem. Nawet w zwyczajnej rozmowie jest gawędziarzem - nie w tym sensie, że zmyśla różne historie, lecz w tym, że snuje swoje wspomnienia, nadając im formę opowieści. Gdy milknie, człowiek nie czuje się niezręcznie, i nie wydaje się to wyreżyserowane - ma się pewność, że Neila obchodzi to, co mówi. Gdy z tobą rozmawia, jest obecny. Neil powiedział: "[Przed wydaniem dwóch pierwszych książek] cały czas udawałem, bo dawano mi pieniądze, żebym pisał książki, i nie było żadnej gwarancji, że oddam coś, co nada się do publikacji. Naprawdę nie miałem pojęcia, co robię [...]. Gdyby w ciągu tego pierwszego półtora roku ktoś do mnie podszedł i powiedział: »Jest pan oszustem«, odrzekłbym: »Tak, bez wątpienia«". Potem nagle stał się często wydawanym autorem budzącym zainteresowanie (święty Graal wszystkich pisarzy) i zaczął zarabiać wystarczająco dużo, żeby utrzymać się z pisania. Wkrótce trafił na listy bestsellerów i zdobył ważne nagrody literackie. Zapraszano go na darmowe projekcje jako krytyka filmowego, płacono mu za to, co chciał robić, i nie musiał wstawać rano z poczuciem, że trzeba iść do pracy. Wydawało mu się to wszystko bardzo dziwne i niezwykłe.

 Zauważyłam, że - jak przystało na "uzurpatora", którym się nazywał - Neil miał kłopot nawet z opisem doświadczeń związanych z zarabianiem pieniędzy, zdobywaniem uznania i zbieraniem pochwał. Mówił pospiesznie, śmiał się z zakłopotaniem. Pierwsze dziesięć lat swoich sukcesów opisał następująco: "Miałem taką powracającą fantazję, że nagle rozlega się pukanie do drzwi, otwieram, a na progu stoi jakiś człowiek w garniturze - nie drogim, po prostu takim, po którym widać, że ten mężczyzna ma stałą pracę. Ten ktoś ma podkładkę z klipsem, a na niej kartkę i gdy otwieram drzwi, mówi: "Dzień dobry, przepraszam, przyszedłem w sprawie służbowej. Nazywa się pan Neil Gaiman?". Potwierdzam. "No cóż, podobno jest pan pisarzem, nie musi pan wstawać codziennie rano i po prostu pisze pan, ile się panu podoba". Potakuję. "I podobno lubi pan pisać. W dodatku dostaje pan wszystkie książki, które pana interesują i nie musi pan za nie płacić. I jeszcze filmy: podobno po prostu pan sobie na nie chodzi. Jeśli chce pan któryś obejrzeć, dzwoni pan do dystrybutora". Znowu potwierdzam. "A ludziom podoba się to, co pan robi, i płacą panu za to, żeby po prostu pan pisał". Mówię, że rzeczywiście tak jest. "No cóż, obawiam się, że słusznie pana wytypowaliśmy. Przejrzeliśmy pana. I chyba niestety będzie pan musiał poszukać sobie porządnej pracy". W tym momencie mojej fantazji zawsze odczuwam rezygnację i mówię: "W porządku", a potem idę kupić tani garnitur i zaczynam się starać o prawdziwą pracę. Bo skoro cię przejrzeli, nie ma sensu się spierać: przejrzeli cię. No więc takie myśli krążyły mi po głowie."

Impostoryzm odbiera nam zdolność czerpania zadowolenia z tego, co dobrze nam wychodzi, zwłaszcza gdy jesteśmy za to wynagradzani. Mniej więcej trzy lata temu, gdy odwoziłam swojego wówczas dziewięcioletniego syna Jonaha do szkoły, przeprowadziliśmy następującą rozmowę (zapisałam ją, jak wielu rodziców, gdy dzieci mówią coś szczególnie mądrego):

Jonah: Jesteś największą szczęściarą na świecie.
Ja: Dlaczego tak uważasz?
Jonah: Bo płacą ci za to samo, co byś robiła, gdyby ci nie płacili.
Ja: Czyli za co?
Jonah: Za analizowanie, dlaczego ludzie robią to, co robią, a potem wykorzystywanie tej wiedzy, żeby pomagać innym.

Moja pierwsza myśl - pamiętam ją tak dobrze nie dlatego, że ją zapisałam, ale dlatego, że była taka instynktowna - brzmiała tak: "Oho! On ma rację. Nie ma szans, żebym długo tak pociągnęła. Niebawem mnie przejrzą". Ta myśl mnie przeraziła. Neil czuł, że człowiek z podkładką przyszedł odebrać mu tożsamość - to odczucie było tym silniejsze, że Neil lubił to, co robił. Myślimy: "Coś tu jest nie tak, bo przecież nie mogę czerpać przyjemności z tego, co robię, i jednocześnie dostawać za to wynagrodzenie". Reagując na tę sytuację, dyskredytujemy albo to, co robimy - przecież tak naprawdę to nic wielkiego - albo przyczyny, dla których jesteśmy w stanie to robić: jesteśmy oszustami, którzy jakimś cudem umknęli radarowi, ale tak naprawdę nie zasługują na swój szczęśliwy los.

Nie tylko umniejszamy swoje sukcesy, lecz także wyolbrzymiamy porażki. Jedno rozczarowanie starcza nam za dowód na poparcie przekonania, że jesteśmy oszustami. Zakładamy, że jeden słaby wynik testu odzwierciedla nasz ogólny brak inteligencji i umiejętności. Przesadnie generalizujemy, bo chwytamy się wszystkiego, co wzmacnia naszą tajemną wiedzę o naszej znikomej wartości. Jeśli nam się powiedzie, mieliśmy szczęście. Jeśli nie, jesteśmy niekompetentni. To trudna droga przez życie. Oto okrutna ironia losu: osiągnięcia wcale nie tłumią obawy, że jesteśmy uzurpatorami. Wręcz przeciwnie, sukces tylko je pogłębia. Nie umiemy pogodzić wzniosłego wyobrażenia, jakie mają o nas inni, ze swoją skrywaną wiedzą, że na nie nie zasługujemy. Światowy sukces zbliża nas do ludzi, którzy będą nas traktowali wedle standardów, jakich naszym zdaniem nie potrafimy spełnić, a zatem ujawni nasze prawdziwe, słabe i niekompetentne ja. Osiągnięcia wiążą się z nowymi sytuacjami i szansami, które jedynie powiększają obawy, że jesteśmy uzurpatorami, bo każda taka sytuacja jest dla nas kolejnym sprawdzianem.

(...)

Nie da się zrozumieć, jak należy pisać powieść. Po prostu uczysz się, jak pisać powieść, którą akurat piszesz. Może właśnie tak brzmi najważniejsza prawda o impostoryzmie. Większość z nas prawdopodobnie nigdy nie pozbędzie się wszystkich obaw związanych z poczuciem bycia oszustem. Będziemy tylko stawiali mu czoło na bieżąco, raz za razem. I nie mogę obiecać, że nauczenie się czegoś o obecności zapewni wam godną mistrza zen zdolność bycia w "wiecznej teraźniejszości". Nie mogę też powiedzieć, że wkrótce na zawsze pozbędziecie się wszystkich swoich obaw uzurpatora. Nowe sytuacje mogą przywoływać dawny strach, przyszłe poczucie niedopasowania może obudzić dawno zapomnianą niepewność. Ale im bardziej jesteśmy świadomi swoich lęków, tym lepiej je komunikujemy, a im lepiej rozumiemy, jak działają, tym łatwiej będzie nam je odeprzeć, gdy znowu się pojawią. To coś w rodzaju gry "walnij kreta młotkiem", którą mamy szansę wygrać.

***

Książka dr Amy Cuddy "Wstań. Skuteczny sposób, by zyskać pewność siebie i stawić czoło wyzwaniom", ukazała sie nakładem wydawnictwa Znak Literanova, 2022

Czytaj także:

To wydarzy się między 2022 a 2026 rokiem. Naukowcy ostrzegają!

"OK boomer! Czy ty w ogóle coś rozumiesz?" 

Katarzyna Zdanowicz w szczerych rozmowach. Podcast "Zdanowicz. Pomiędzy wersami"  

***

Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama