Reklama

Reklama

Mąż z książki

Zwykle uważała, że poznali się w 1950 roku, ale on zawsze ją poprawiał: "Nie Halinko, 1949…". Oto historia miłości Haliny i Władysława Szpilmanów.

Z Haliną Szpilman spotkałam się w jej warszawskim mieszkaniu, kiedy niemiecki oficer Wilhelm (Wilm) Hosenfeld dostał order za uratowanie jej męża, pianisty Władysława Szpilmana.

Rozmawiałyśmy nie tyle o Hosenfeldzie, co o związku pani Haliny i starszego o dwadzieścia lat Władysława.

Jak twierdziła, poznali się przez przypadek, ale ja nie wierzę w przypadki. Bardziej w przeznaczenie. Wszystko bowiem na to wskazuje...

- Miałam siedemnaście lat, kiedy moja mama dostała na Gwiazdkę pamiętniki Szpilmana. Ja też je przeczytałam - opowiadała.

Pierwsze spotkanie. Niezbyt miłe

W tym samym roku, 1949, koleżanka namówiła ją na wspólny wyjazd do Krynicy. Zauważyła starszego, przystojnego mężczyznę, który starał się ją poznać, ale nie wiedział, jak to zrobić. Wyraźnie ją adorował. Pewnego dnia przeglądała towary na ulicznym kramie, jakich wiele w uzdrowisku. Na szyi miała krzyżyk z granatów. Nagle usłyszała, jak ów starszy mężczyzna, tuż obok niej, mówi do swojego znajomego: "Żydówki nie powinny nosić krzyżyków". Zdenerwowała się. Przecież nie była Żydówką!

Reklama

Wkrótce potem wyjechała z Krynicy. Zapomniała o tym incydencie. Ale rok później...

- Mój ojciec, Józef Grzecznarowski, chciał spędzić sierpień właśnie w Krynicy. Mnie, osiemnastolatce, wydawało się to nudne. Nie chciałam jechać, ale w końcu się zgodziłam.

Mężczyzna z książki

Zamieszkali w domu zdrojowym i poszli na obiad do restauracji. Natychmiast zauważyła tego samego starszego mężczyznę, który na swój sposób adorował ją rok wcześniej.

Ale tym razem zostali sobie oficjalnie przedstawieni. Szok. Młoda dziewczyna i starszy o dwadzieścia lat mężczyzna, którego historię znała z książki. Obawiała się jego traumy i lęków.

- Tymczasem okazał się energicznym, wręcz wesołym człowiekiem. Tego samego wieczoru opowiedział mi swoją historię… Nie czułam dzielącej nas różnicy wieku. Opowiadał o swojej samotności, o potrzebie rodziny, bliskości. Chyba coś w nim otworzyłam, skoro tak się zwierzał?

Dwa dni później poprosił ją o rękę. Pani Halina właśnie studiowała medycynę i nie w głowie było jej małżeństwo. Przerażał ją ten pośpiech...

Wakacje się skończyły, wyjechała z Krynicy. Ale Szpilman nie dawał za wygraną.

- Pisał listy, wysyłał kwiaty, nawet przyjechał kilka razy.

Fascynował ją o wiele bardziej niż rówieśnicy. Rok później, w 1950 roku, wzięli ślub. Jej matka mówiła: "No nie, to artysta, same kłopoty….". Ale ojciec popierał ten związek.

Leczył się muzyką

Zamieszkali w Warszawie, w niewielkim mieszkaniu, w którym ledwie mieściły się meble i fortepian. Ale mieszkanie tętniło życiem. Prowadzili dom otwarty. On grał na fortepianie, głównie muzykę poważną, ona zajmowała się domem i gośćmi, których było wielu.

- Znałam go jako autora piosenek, szlagierów, ale on wolał muzykę poważną. Leczył się nią.

Pracował całymi dniami. Nie potrafił gotować, no może poza jajecznicą.

- Za to genialnie parzył herbatę.

Nie rozmawiali o jego przeszłości, żyli teraźniejszością.

Choć Szpilmana dręczyły wspomnienia, starał się o nich nie mówić, wolał grać. Także przyjaciele, którzy ich odwiedzali, zamiast o wojnie, woleli rozmawiać o muzyce.

Władysław był jedynym mężczyzną jej życia. Mimo, że nie znosił wylewności ani czułości na pokaz. Nie rozmawiali o przeszłości.

Śmierć zabrała go w wieku 88 lat, w lipcu.

- Jeszcze w czerwcu byliśmy na koncercie. Ale ta śmierć była dla niego łaskawa. Jestem taka jak on, nie lubię rozpamiętywać...

Katarzyna T. Nowak

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje