Reklama

Reklama

Prawdziwej miłości małżeństwo nie zaszkodzi

Nie wiemy, ile lat jesteśmy małżeństwem. Pewnie ze trzydzieści, ale żadne z nas nie pamięta daty ślubu.

Maria

Zanim się poznaliśmy, bardzo dużo słyszałam o Wojtku. Był przyjacielem moich przyjaciół: Andrzeja Dąbrowskiego i jego poprzedniej żony Małgosi. Robiliśmy w radiu bardzo popularną audycję „Ilustrowany tygodnik rozrywkowy”. Co jakiś czas słyszałam o panu Karolaku, że to taki świetny facet, taki zdolny muzyk jazzowy, inteligentny, dowcipny, aż zaczął mnie interesować.

W tym czasie byłam świeżo po rozwodzie z pierwszym mężem i przyrzekłam sobie, że nigdy więcej za mąż nie wyjdę. Dąbrowscy mnie wcale z Wojtkiem nie swatali, tym bardziej że był żonaty. W październiku były imieniny Małgosi. Weszłam do ich mieszkania, kłębił się tam, jak zawsze, tłum znajomych, a na parapecie w kuchni siedział przystojny facet w dżinsowym ubraniu z długimi kręconymi włosami – Wojciech Karolak. Rzeczywiście bardzo fajnie nam się gadało. Był tylko przejazdem w Polsce, na co dzień mieszkał w Szwecji, grał w zespole Michała Urbaniaka, był rozchwytywanym muzykiem. Spotkaliśmy się jeszcze parę razy w radiu. Zrobiliśmy razem piosenkę „Kochać można byle jak” dla Andrzeja Dąbrowskiego, potem Wojtek zabrał ze stołu przeznaczony dla kogoś innego tekst „Wyszłam za mąż, zaraz wracam” i skomponował do niego muzykę dla Ewy Bem.

Reklama

I tak od spraw zawodowych zaczęła się nasza znajomość. Po jakimś czasie okazało się, że są z żoną w separacji, tak niezależnie ode mnie. Był w moim typie: wysoki, fajnie ubrany, inteligentny, z poczuciem humoru. I utalentowany, bo uważam, że mężczyzna powinien być w czymś naprawdę dobry i lepiej, żeby nie był to boks. Imponował mi.

Ale nawet przez głowę mi nie przechodziły sprawy męsko-damskie. Nie mówiąc już o małżeństwie. Nie jestem entuzjastką tej instytucji. Przy okazji swojego związku wymyśliłam takie powiedzonko, że prawdziwej miłości nie zaszkodzi nawet małżeństwo. Z drugiej strony też nie pomoże. Wojtek natomiast okazał się tradycjonalistą. Nie wyobrażał sobie bycia razem nie w związku małżeńskim. Nie oświadczył mi się w żaden spektakularny sposób, po prostu namawiał mnie na ślub. W końcu pomyślałam: „Co mi szkodzi”. I tak się pobraliśmy.

Nigdy nie byłam romantyczką. Uważam, że najważniejsze to lubić się i szanować. Gdy się poznaliśmy, oboje byliśmy dojrzali, po przejściach. Te nieudane pierwsze małżeństwa dobrze nam zrobiły, pewnych błędów już nie popełniliśmy. Ja na przykład, jak większość kobiet, chciałam pierwszego męża zmienić. W drugim małżeństwie wiedziałam już, że tak się nie da i trzeba partnera kochać mimo wszystko, a jak nie, to się pożegnać.

Mój mąż jest artystą bujającym w obłokach. Wie, że trzeba płacić za mieszkanie, ale mu to jakoś umyka. Jest szalenie niezorganizowany. Najbardziej chciałby spać w dzień, a robić wszystko nocą. Więc wstaje o szesnastej, jeśli nie ma zaplanowanej jakiejś pracy, to wypije cztery herbaty, red bulla, w tym czasie zamkną już wszystkie sklepy, szewca, krawca. I jego to straszne wkurza, bo nic nie może załatwić. Początkowo mnie to denerwowało, sama pracuję, i to dosyć dużo, i jak każda kobieta chciałabym polegać na mężu. A tu się przekonałam, że w takich sprawach w ogóle nie mogę na niego liczyć. Denerwowałam się, po czym doszłam do wniosku, że nie dam rady tego zmienić, więc muszę polubić. On natomiast chciałby zmieniać rzeczywistość.

Wkurza go to, co dzieje się w polityce, siedzi i godzinami gada o tych sprawach. Już się nauczyłam tego nie słuchać. On sobie mówi, a ja myślę o pracy, od czasu do czasu kiwnę głową. Mąż często wyjeżdża w trasy koncertowe. Kiedyś przyjaciele zagadywali: "Wojtek pojechał na trzy miesiące, wpadnij do nas, co tak będziesz siedzieć sama". A ja byłam szczęśliwa i często się wymigiwałam od takich spotkań. Myślę, że nasze małżeństwo przetrwało tak długo również dlatego, że się mijamy.

Nigdy nie spaliśmy w jednym łóżku. Owszem, są sytuacje, w których człowiek znajdzie się w łóżku z drugą osobą, ale nie po to, by spać. Zawsze lubiłam przestrzeń, także w mieszkaniu. Mąż przeciwnie. Jak się sprowadziliśmy do obecnego, które ma 102 metry, myślałam, że w końcu będzie luz. Dziś jest tak zagracone, że się ruszyć nie można. Kiedyś spotykaliśmy się głównie przy oglądaniu telewizji. Od kiedy są komputery, mój mąż siedzi przed monitorem non stop: bawi się nim,

obrabia zdjęcia, ściąga filmiki. Może tak przesiedzieć całą noc. Ja często psuję coś w swoim komputerze. Wojtka denerwuje, że moja klawiatura jest cała w popiele i sierści psa. On ma czyściutko i nie pozwala mi dotknąć swoich komputerów, a ma ich trzy czy cztery.

Za to oboje uwielbiamy zwierzęta. Z tą różnicą, że ja z naszym psem rozmawiam, a on nie za bardzo. Gdy wyjeżdżam, zawsze go proszę: "Pogadaj z psem". Potem wracam i pytam: "Rozmawialiście?". Niezmiennie odpowiada: "Nie mamy wspólnych tematów". To naprawdę bardzo fajny facet, choć zupełnie niepraktyczny. Wyjechał kiedyś w trasę za granicę na prawie rok, a ja zostałam bez pieniędzy. Inni muzycy przysyłali żonom kasę, ja na nią nawet nie czekałam, wiedziałam, że wszystko przepuści na indiańskie maski i podobne rzeczy. Wiele kobiet tego by nie zniosło, mnie to nie przeszkadza.

On też nie ma pretensji, że nie przeżyje ze mną żadnych przygód kulinarnych, bo nie umiem i nie chcę gotować. W domu jemy głównie parówki lub gotowe dania. Wojtek sam zresztą wpadł na to, że jak chce w trasie zjeść ciepły posiłek, wystarczy, że włoży parówkę pod kran z gorącą wodą. A jak już się zaprę i zrobię jakiś obiad, to pytam: "No i co?". "Niepodobne do niczego", odpowiada, ale zjada wszystko. Zakupy też robię ja, bo mój mąż jest hurtownikiem. Mówię mu: kup dwie wody niegazowane, to on przynosi dwadzieścia. Trzydzieści deko szynki? On od razu 2 kg. Jak kupuje sobie dżinsy i trafi na dobre, to bierze od razu trzy pary. Właściwie nigdy nie myślę o nas jak o małżeństwie.

Wojtek jest człowiekiem, z którym jestem i nie żałuję swojego wyboru. Gdybym go nie spotkała, pewnie byłabym sama, bo nie wyobrażam sobie życia z nikim innym.

-----

Maria Czubaszek - ur. 8 sierpnia 1939 roku w Warszawie. Poetka, pisarka, satyryk, autorka tekstów piosenek (m.in. "Rycz mała, rycz", "Wyszłam za mąż zaraz wracam"), scenarzystka (m.in. seriali "Brzydula", "Na Wspólnej"). Jest stałym gościem poranków w TVN24, gdzie opowiada o życiu polskich celebrytów. W 2009 roku uhonorowana przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego złotym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Dla PANI co miesiąc pisze "Po cichu".

Wojciech

Moja cudownie szalona żona ma zmysł nieograniczonej abstrakcji, ale nie ma wyobraźni przestrzennej. Wie na przykład, że Bogatynia i Paryż są daleko, ale które jest dalej (i dlaczego?) to dla niej kwestia otwarta. Czasem siedząc w swoim pokoju, opowiada mi jakąś historię albo długo coś tłumaczy, nie biorąc pod uwagę, że nasze mieszkanie to ciąg pokoi, w których bywają przymknięte drzwi, czasem zaszczeka pies albo głośno gra telewizor, więc ja siedząc u siebie, nawet nie słyszę, że w ogóle coś do mnie mówi. Ona z kolei jest przekonana, że wszystko ustaliliśmy, i powołuje się potem na to, a ja nie mam pojęcia, o co chodzi, bo nawet nie wiedziałem, że była jakaś rozmowa. Uważam, że to urocze, prawda?

Pamiętam nasze poznanie, był rok 74. Wcześniej zachwycałem się jej słuchowiskami radiowymi i wyobrażałem ją sobie jako wielką kościstą kobietę w sandałach na bosych stopach, jak idzie z plecakiem w góry. Gdy ją zobaczyłem, okazało się, że nie ma plecaka ani sandałów i nie wybiera się na żadne wędrówki. Ulżyło mi. Ona dla odmiany wymyśliła sobie, że jestem typowym muzykiem, który dużo podróżuje i wszędzie ma narzeczoną. Próbowałem wbić do tej upartej głowy, jak bardzo się myli, ale wiedziała swoje. Nawet kopnęła mnie ze złości, łamiąc dwa żebra.

Po jednej z kłótni wyszedłem, trzaskając drzwiami, potem kupiłem dwie butelki wódki, chociaż nie piłem alkoholu przez półtora roku. Przerwałem abstynencję ze złości, ale z dużą przyjemnością, bo uwielbiałem pić. Pierwsze pół litra wypiłem w domu, sam. Z drugą półlitrówką pojechałem do niej. A ona, widząc mnie w drzwiach, powiedziała po prostu: „No, nareszcie możemy się razem napić”. Widzę do dziś, jak siedzi, nonszalancko macha nogą, a ja na nią patrzę i myślę: „To jest to”.

Dość szybko zorientowałem się, że jest dla mnie idealna. Jej to zajęło więcej czasu. Marysia była po rozwodzie, miała świetnie zorganizowane życie, które jej trochę zdemolowałem. Pamiętam te wojownicze deklaracje, że ona nikogo nie potrzebuje, z nikim nie musi być związana i ceni swoją niezależność. Przekonał ją do mnie dopiero czas. Bo lata mijały, a ja się od niej nie odczepiałem. Chyba zaczęła się do mnie przyzwyczajać. Mniej więcej po trzech latach wzięliśmy ślub. Dokładnej daty oboje nie pamiętamy. Nigdy nie mieliśmy potrzeby celebrowania rocznic czy świąt.

Szalenie mi imponuje swoim gigantycznym talentem. Poza tym ma niebywale silny charakter. Lubię ludzi z takim temperamentem i tak żywymi jak jej reakcjami. Moją obsesją od wczesnej młodości było, żeby, broń Boże, nie mieć dziecka. Ona miała to samo. Kolejnym ważnym punktem, który nas łączy, jest lojalność w stosunku do ludzi. Czym się różnimy? Nie ma między nami porozumienia w sprawie muzyki, bo Marysia jest kompletnie głucha. Dzięki temu mogę przed nią odgrywać rolę utalentowanego artysty. Różni nas sposób reagowania na dziejące się wokoło zło. Jestem cholerykiem, więc mówiąc o czymś, co mnie drażni, dostaję furii, a ona mnie raptem dobija pragmatyzmem o temperaturze letniej wody. Mówi, że nie ma sensu denerwować się czymś, na co nie ma się wpływu. To nielogiczne, bo mnie irytuje właśnie to poczucie bezsilności. Kto ma rację? Ja. Kto jest mądrzejszy? Ona.

Marysia jest fenomenalnie odporna na niewyspanie. Ja mogę nie jeść przez trzy dni i nie czuję głodu, ale jeśli się nie wyśpię, jestem ciężko chory. Kiedy tylko się da, przesypiam dzień, a potem siedzę przy komputerze do 9-10 rano. Ona budzi się tuż przed 5, więc zanim pójdę spać, mamy dużo czasu na rozmowy. Między 7 a 9 wieczorem ona zasiada przed telewizorem. Przez moment coś ogląda i zasypia. Potem budzi się między 3 a 4 rano i mówi, że musi rozprostować nogi. Przenosi się na łóżko, ale nie zasypia. Gdy zaglądam do niej po godzinie, najczęściej stuka coś na komputerze.

Potrafimy rozmawiać ze sobą godzinami. Na ogół katalizatorem jest coś, co widzimy w telewizji. Komentujemy, z komentarzy robią się dygresje itd. Lubię rozmowy o niczym, a Marysia jest w tym wspaniała, choć twierdzi, że nie lubi dzielenia włosa na czworo. Bardzo się lubimy kłócić. Nie dla sportu, zawsze znajdziemy jakiś ważny powód w zależności od nastroju. Na co dzień jestem spokojny, ale po przekroczeniu pewnej granicy eksploduję. Ona ma podobnie. Ale potem wystarczy ruszyć palcem, byśmy znów zaczęli normalnie rozmawiać.

Jeśli sprawy zajdą za daleko, dysponuję świetnymi rekwizytami do rozpracowywania jej złych nastrojów. Pierwszym była nakręcana małpka. Jak się ją puściło po podłodze, jechała i uderzała talerzami, a Marysia pękała ze śmiechu. Jednak któregoś dnia małpka znikła. Żeby mi nie było za łatwo. Wtedy kupiłem dużego goryla z gitarą hawajską na bateryjki. Po doświadczeniu z małpką wyjmuję go i od razu chowam w wiadomym sobie miejscu. Jeśli chodzi o konwencjonalne metody kończenia kłótni, też nie jesteśmy najgorsi. Lubimy przeprosić, powiedzieć, że przesadziliśmy. U nas nie ma tak, że trochę się przeprosimy, a trochę jesteśmy obrażeni. To jest gwarancja porozumienia i z wiekiem nam się to pogłębia.

Przez cały czas trwania naszego małżeństwa mieliśmy tylko jeden poważny problem: moje picie. Ona próbowała z tym walczyć na różne sposoby, ale uleganie pijącemu jest tylko przedłużaniem choroby. Wysłuchałem setek jej mądrych przemówień i gróźb, ale przestałem pić dopiero wtedy, kiedy dotarło do mnie, że skończyła się jej wytrzymałość, że naprawdę gotowa mi wyskoczyć przez okno. Natychmiast wytrzeźwiałem, bez żadnych medycznych wspomagaczy i od ponad dziesięciu lat nie mamy już tego problemu. Zrobiłem to przede wszystkim dla niej, z miłości. Uzmysłowiłem sobie konsekwencje, głównie to, że zostałbym sam. A tego sobie nie wyobrażam.

Jesteśmy bardzo dobrym związkiem, dobrze się czujemy ze sobą, kochamy się. Wszystko mi się w niej podoba. Jest piekielnie wdzięczna, diabelnie inteligentna, uwielbiam to jej przewrotne widzenie świata. Nic bym w niej nie zmienił, tak mi jest dobrze.

------

Wojciech Karolak - ur. 26 maja 1939 roku w Warszawie. Muzyk jazzowy, kompozytor (napisał muzykę do filmów "Konopielka" Witolda Leszczyńskiego, "Filip z konopi" Józefa Gębskiego i piosenek, m.in. "Każdy as bierze raz"), pianista, uznawany za jednego z najlepszych wirtuozów organów Hammonda w Europie, saksofonista. Ma w swoim dorobku kilka płyt, współpracował m.in. z Andrzejem Dąbrowskim, Michałem Urbaniakiem. Laureat Złotego Fryderyka 2010 za całokształt twórczości.

Katarzyna Olkowicz

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje