Reklama

Reklama

Gdy płoną policzki

Cichy towarzysz. Odzywa się czasem albo męczy codziennie. Wstyd. Polki znajdują wiele powodów, by się wstydzić. Badania potwierdzają, że jesteśmy najbardziej krytycznymi wobec siebie Europejkami. Każda na nas wypisałaby długą listę. Rzeczy zawinionych i takich, na które nie mamy wpływu. Drobnych, jak obgryzione paznokcie, i poważnych, jak ojciec w SB. Porozmawiajmy bez skrępowania o chwilach, gdy na policzkach pojawia się rumieniec wstydu

Dobra metka na kompleksy

Pola, menedżerka, warszawianka, mąż dziennikarz, syn w liceum, córka w przedszkolu. Gdy Pola się czegoś wstydzi, czuje, jak żyłki w policzkach napełniają się krwią. Rumieniec gotowy. Wygląda teraz jak idiotka, 44 lata, a czerwieni się przed nauczycielką.

- Na wywiadówce wstydzę się za syna. Polski, historia OK, Sebastian jest humanistą. Ale zawsze dochodzi do chemii i wiadomo, że jest w klasie jedyna "pała" na semestr. Mimo "anonimowości" nauczycielka patrzy na mnie i wszyscy wiedzą, że mam syna matoła - opowiada Pola. - Wściekam się i mam ochotę stłuc dzieciaka. Ale tak naprawdę czuję się winna, że za mało czasu poświęcam synowi, powinnam pamiętać o datach klasówek. Nie pamiętam. Za to też mi wstyd. Po wywiadówkach Pola niestety odreagowuje stres na mężu.

Wściec się wprost na Sebastiana byłoby niepedagogicznie, zbyt szybkie wyładowanie oczyszcza atmosferę "za bardzo", dziecko czuje się rozliczone. Pola dusi więc złość i z reguły jest niemiła dla męża. Po awanturze weźmie prysznic, będzie chciała go przeprosić. Wiadomo jak. Ale i tu jest kłopot. - Strasznie się wstydzę, bo od kilku lat udaję orgazm. Nie każdy, ale tak średnio: trzy na pięć są oszukane. W imię czego? Czasem chcę zrobić przyjemność mężowi, a czasem chodzi o to, żeby seks skończył się szybciej, bo chce mi się spać albo następnego dnia wyjeżdżam służbowo i muszę wcześniej wstać.

Reklama

Pola jedzie w delegację. Na dnie torby układa rzeczy gorsze, na wierzchu bluzkę z markowym logo składa tak, żeby napis wyszyty na piersi był widoczny. Obok układa pikowaną kosmetyczkę, którą kupiła za 16 złotych. Dobrze udaje "chanelkę". - Nie mam fajnych ciuchów, nie stać mnie. A koleżanki mają. Czasem na lotnisku celnik każe otworzyć bagaż, więc dbam, żeby widok był przyzwoity - opowiada Pola. Chciałaby mieć pełną szafę.

- Interesuję się modą, wiem, co się nosi. Czasem w szmateksie kupuję używany ciuch, gdy widzę, że ma dobrą metkę. Płacę kilkanaście złotych, odpruwam metkę, przyszywam do szalika albo sweterka, takie nabieranie na poprawę humoru. Ale to oszukaństwo i wstyd mi, że kłamię, aby się popisać - mówi. 

Pieniądze są dla Poli także tematem wstydliwym. A właściwie ich brak. Gdy otwiera skrzynkę pocztową, rozgląda się, czy na klatce nie ma sąsiadów. I sprawdza pocztę codziennie, żeby się nie gromadziła. - Kiedy zaglądasz do skrzynki po dłuższej przerwie, listy wypadają na podłogę. Raz tak się stało, a na wierzchu była koperta z wielką literą "M" - to monit z banku. Akurat przechodził sąsiad, schylił się, żeby pomóc, a ja myślałam, że spalę się ze wstydu - opowiada Pola. Ona i Jędrek spłacają dwa kredyty gotówkowe i jeden hipoteczny.

- Wstydzę się, że zalegamy z ratą. Czasami ludzie z banku dzwonią do pracy, zdarza się, że odbieram telefon na biurku i koleżanki słyszą, o czym rozmawiam. Jeśli się w porę zorientuję, udaję, że dzwoni pani z przedszkola córki. Rozmawiam z nią tak, jakbym zwlekała z ostatnią opłatą. Potem mi wstyd, że kręciłam. Teraz też będzie problem, bo zamiast do banku wysłałam zadatek za urlop narciarski.

Przed wyjazdem do Austrii (znalazła tanie kwatery) Pola kupi słownik polsko-angielski. - Krępuje mnie, że nie umiem się dogadać. W ogólniaku uczyłam się niemieckiego, lektorka na studiach zaliczała mi angielski na ładne oczy. No i jak pierwszy raz pojechaliśmy na narty za granicę (Jędrek dostał nagrodę z pracy), to facet w wypożyczalni pytał mnie o rozmiar buta i wzrost, a ja mu spanikowana mówiłam, że "blue", czyli, że chcę niebieskie narty pożyczyć. Masa ludzi dookoła, a ja znowu czerwona. Teraz uczę się trochę angielskiego na własną rękę, kupiłam płytkę do samochodu.

A kiedy w pracy przyjeżdża anglojęzyczny klient, biorę dzień opieki nad dzieckiem albo udaję, że mam zapalenie gardła i nie mogę mówić. Wstyd, bo w CV skłamałam, że znam angielski w stopniu podstawowym. W CV ma też wpis: "umiejętności miękkie na poziomie wysokim". - Czyli np. asertywność, odwaga w kontaktach - tłumaczy. - To nie do końca tak, bo nie potrafię reagować w trudnych sytuacjach - przyznaje.

Kiedyś na ulicy spotkała matkę wyżywającą się na dziecku. Szarpała je, a Pola przeszła obok, choć chciałaby chwycić tę kobietę za klapy płaszcza - tak przecież nie wolno! Chce nad tym popracować. Na razie ćwiczy na skwerze przed domem. Idzie z córką na spacer, staje przy pani, której pies robi kupę na trawnik, i czeka, co będzie. Gdy pani nie posprząta, Pola mówi głośno do dziecka, żeby ona słyszała: "Co teraz powinien zrobić właściciel pieska? Posprzątać, a nie tak sobie pójść, jak ta pani...".

To na początek. - Chcę dojść do poziomu, kiedy powiem: "Proszę posprzątać po swoim psie, to pani obowiązek" - opowiada Pola. - Może kiedyś zareaguję, gdy za ścianą mąż będzie bił żonę. Muszę szkolić umiejętności "miękkie". na nowy rok.

Lista Poli

1. Popracować z Sebastianem nad chemią. Odkryłam, że nie pamiętam nazw pierwiastków, wyciągnęłam układ Mendelejewa, już wkułam 72 symbole. Znalazłam stronę poczujchemie.pl, genialna, poleciłam ją synowi.
2. Podszkolić angielski. W lutym mam wyjazd do Belgii, postanowiłam zapisać się na kurs, jeśli wytrwam miesiąc, kupię sobie nagrodę - torebkę od Batyckiej, taką z bursztynkiem na kieszeni.
3. Spłacać kredyt bez poślizgów. To będzie najtrudniejsze, ale może warto spisywać i podliczać wydatki. Choć przez trzy miesiące spróbuję żyć z ołówkiem w ręku, jeśli wytrwam, kupię synowi gitarę, o której marzy.

Byle nie wyjść na konserwę

Julia z Pabianic, singielka, pracuje w towarzystwie ubezpieczeniowym. "Co piąta kobieta w Polsce nie chce mieć dziecka, wyobrażasz sobie? Wariatki jakieś!", koleżanka Julii kręci głową. Ona mruczy: "Ciekawe...". - A powinnam powiedzieć: Ja też nie chcę, czy wszyscy muszą chcieć? Wstydzę się. Ale nie tego, że nie planuję wielkiej rodziny, tylko że nie umiem bronić swojego zdania - mówi Julia.

Jest katoliczką. Potępia aborcję, ma mieszane uczucia co do in vitro. Kiedy w biurze zaczyna się o tym dyskusja, zazwyczaj trwa w nieskończoność, uciekam na balkon zapalić, chociaż nie lubię. Wiem, to straszne, ale nie znoszę wchodzić w ideologiczne spory i tłumaczę się sama przed sobą, że to nie z tchórzostwa, tylko dla oszczędności czasu. Tak naprawdę jednak wstydzę się wyjść na konserwę. Najgorszy potem jest kac moralny. Na pociechę jem czekoladę, piję redbulla i jest lepiej. Póki nie trzeba iść na imprezę. Wtedy zaczyna się dramat.

Julia wstydzi się, że jest gruba. - Rozmiar 42, za dużo. Mama tęga, tata był wysoki i dobrze zbudowany. Mówię sobie: takie geny. Mam kilka sklepów z ciuchami, gdzie w przymierzalni jest lustro wyszczuplające, tam chodzę po sukienki. Wracam do domu, przeglądam się i w ryk. Dałam 300 złotych za kieckę, która robi ze mnie baleron. W szafie trzymam największą w Polsce środkowej kolekcję szali. Opatulam się w zwoje i udaję, że jestem szczupłą laską, która zmarzła. Nie tańczę, bo musiałabym się z nich wysupłać.

Kiedy na weselu podchodzi do mnie facet i prosi do tańca, mówię: "Mam żałobę". Julia ma 34 lata i jest singielką. - W moim dziale pracuje siedem kobiet, cztery są mężatkami, a dwie po rozwodzie. Tylko ja "panienka" - mówi Julia. Co czuje? - Wersja oficjalna: tak wybrałam, lub - jak się upiję - nie jestem pewna swojej tożsamości płciowej. To ludzi szokuje i ucina dyskusję. Tak naprawdę wstydzę się, że nie udało mi się znaleźć mężczyzny na życie. Miałam dwóch narzeczonych, jeden wyjechał za granicę i zaginął, drugi doszedł do wniosku, że różnią nas poglądy i temperament. Jakoś przez rok mu to nie przeszkadzało, szczególnie gdy płaciłam za jego benzynę.


Czego jeszcze wstydzą się Polki? Samotności, cellulitu, małych piersi! Czytaj na następnej stronie.

Pani Szczuka zabiłaby mnie za ten pogląd, ale myślę, że jestem nieudaną kobietą. Nie wiem, jak zatrzymać mężczyznę. Nie jestem perfekcyjną panią domu, mam bałagan w szafie i stary ser na talerzyku obok kompa. Dostałam od mamy książkę kucharską pod choinkę, a nie umiem usmażyć omletu. Wstyd. Faceci lubią omlety na śniadanie i lubią, jak pachnie w domu "kopem ultra" - wzdycha Julia. 

Ale się rozpogadza: - Byłam na warsztatach rozwojowych. Jedna rzecz mi się przydała, japońska strategia kaizen, czyli małych kroków w drodze do dużego celu. Od jakiegoś czasu robię racuchy. Zaprosiłam raz kolegę, taki kumpel, żaden adorator, dostał racucha. "Julka, odpadam, boski smak!", orzekł. I tego się trzymam, drobnymi kroczkami naprzód.

Zalogowałam się na portalu matrymonialnym, dałam prawdziwe zdjęcie, zobaczymy, co będzie. Chwilowo w sypialni Julki mieszka rudy terier Elvis. Za tydzień jedzie do adopcji, tłumaczy Julia. Jest wolontariuszką w stowarzyszeniu ratującym niechciane psy. - Najchętniej miałabym schronisko pod miastem - opowiada. Co więc robi w korporacji? - Męczę się. Nienawidzę biura, sztywnych godzin pracy, wewnętrznego intranetu i radochy, że w piątek mamy dzień bez uniformów -

Julia wstydzi się swojego konformizmu. - Jestem wściekła, kiedy szefowa mówi: zrób to na szesnastą, a ja ściubię papierki, żeby zdążyć na piętnastą trzydzieści i popisać się, że jestem lepsza niż koleżanki. Typowy ze mnie "duit", szary pracownik na końcu łańcucha pokarmowego. Wstyd mi więc przed sobą, że nie potrafię się z tego wyrwać. I przed mamą, która powtarza: "Rób to, co kochasz". I co? Stoję w miejscu - Julia kręci głową.

Jej mama dobiega siedemdziesiątki. - Trzyma się super. Chodzi z kijami, do teatru potrafi się odstrzelić jak gwiazda. Na razie jest ok , ale martwię się, co będzie dalej. Tata nie żyje, niedawno w szafce mamy znalazłam krople na serce. Jestem jedynaczką, na mnie spadnie obowiązek opieki. A skąd ja wiem, co będzie się działo w moim życiu? Może jednak wyjdę za mąż, wyjadę? Czasem myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby... oddanie mamy do domu spokojnej starości. Przecież nie planuję dzieci, mogłabym się poświęcić. Nie lubię tych myśli.

Jednak przychodzą. I mi wstyd - mówi Julia. Uśmiecha się. - Jakoś się poukłada. Grzech narzekać, mam pracę, jestem zdrowa, kupiłam sobie prezent na urodziny, sześć sezonów Doktora House’a. Urodziny mam w lutym. Nie jestem skora do bilansów, ale raz na rok, niech będzie na urodziny, wymyślam plan naprawczy. Coby tu zrobić, żeby spojrzeć na siebie z większą miłością? 

Plan Julii:

1. Szukać mężczyzny, na spokojnie. Jak się nie znajdzie, jego strata. Przyjaciółka zaszła w ciążę, kiedy przestała się zamartwiać, że nie może mieć dzieci... Może mój książę czeka tuż za rogiem?
2. Doskonalić racuchy. Wyrzucić z kuchni książki od mamy, iść swoją drogą. Może nawet napisać własną książkę kucharską dla kulinarnych antytalentów? To jakiś inny sposób na zarobienie pieniędzy: książka, potem druga, cała półka książek! Stop, kaizen: małymi krokami.
3. Dzwonić częściej do mamy.
4. Myśleć pozytywnie.

Wstydzić się rodziców?

Weronika, 29 lat, pedagog, z mężem i synem mieszka w okolicach Tarnowa. Weronika kupiła sukienkę ślubną. A właściwie kupił ją jej przyszły mąż, ojciec dziecka. - Sama już nie wiem, jak o nim mówić, no chyba mąż, skoro od czterech lat jesteśmy razem i mamy syna w przedszkolu - śmieje się. Ślub wezmą wiosną. Weronika nie musi mieć papieru, ale mama nalegała.

- Wstydzę się, że jestem uzależniona od jej zdania. Ja swoje - ona, że musi być inaczej: lepiej, żebyśmy kupili mieszkanie, nie dom, bo to za daleko od centrum; przedszkole dla Maksa prywatne, bo w publicznym za duże grupy i źle karmią. I zawsze jej ulegam. Marek mówi: "Dziewczyno, zbuntuj się". A ja tylko udaję, że nową fryzurę wybrałam sama, a to mama stwierdziła, że w "paziu mi dobrze", choć ja chciałam włosy do ramion. Jej mama mieszka w innym mieście, ale blisko, godzina drogi. - U rodziców bywam jednak rzadko, na święta i na 1 listopada, na grobach dziadków. Niedawno odkryłam, że te groby są mi... obojętne. Straszne, prawda?

Przyjaciółki ostatnio zafiksowały się na zrobieniu drzew genealogicznych, grzebią w archiwach. A ja niby czasem wspominam zmarłych z rodziny, jednak nie ciągnie mnie do korzeni.Może gdy Maks zacznie pytać o przodków, jakoś się w tej sprawie uruchomię?

Sukienka ślubna Weroniki kosztowała trzy tysiące. - Cała moja pensja. Ale to Marek wyjął kartę, więcej zarabia, płaci za mnie. Wstydzę się, że tak to wygląda. Mam dwa fakultety, on tylko technikum elektryczne. Tylko że jest przebojowy, jego firma zgarnia większość zleceń w mieście. Ja idę na wino z przyjaciółką i nie mogę zapłacić za nas obie, bo mnie nie stać. A przyjaciółkę - tak. Kiedy zostawia napiwek kelnerowi, w duchu myślę: dycha za podanie wina, sałatki? Ja grosza bym nie zostawiła. Głupio, że taka ze mnie sknera. I że mój dyplom wyższej uczelni, który ojciec oprawił w ramki, wart jest tyle co nic.

Tata Weroniki był kiedyś ważny. Gdy była mała, dostawała mówiące lalki i fajne ciuchy. W '89 stracił mandat radnego i dobre samopoczucie. - W garażu ma do dziś plakat z hasłem "Żeby Polska rosła w siłę...". Zapadłabym się pod ziemię, gdyby któryś z moich znajomych to zobaczył. Ojciec Marka był w opozycji, czasami zapraszają go do gimnazjum, żeby opowiadał, jak było. Idzie z gitarą, śpiewa Obławę Kaczmarskiego. Mój tata snuje się po domu, zrzędząc na kolejne rządy, a jak wypije dwa kieliszki, zaczyna wywody, że "w komunie przynajmniej wszyscy mieli pracę". Nie zapraszam go więc na imprezy, na których są moi przyjaciele. I już się boję, jak zachowa się na weselu. Wesele musi być, tak zdecydowała mama.

Weronika martwi się też, jak będzie wyglądała w obcisłej sukience. - Wczoraj widziałam się bokiem w lustrze w windzie. Pilnuję, żeby stawać tyłem, ale się zagadałam przez telefon i bach, widzę odstający brzuch. Chandra gotowa. Mam dwie fałdy luźnej skóry. Śpię w wysokich majtkach, bo wstydzę się przed mężem. Kupuję takie z koronką na górze, żeby było choć trochę sexy. Wiem że, powinnam uprawiać sport. Sąsiadki z piętra biegają, a ja jestem leniem. Usprawiedliwiam się brakiem czasu, ale Marek też ma obowiązki, a znajduje czas na siłownię.

Marek pracuje za dużo, jednak ona nie robi awantur, że wraca późno. Bo to on utrzymuje dom i nie ma po co zaogniać sytuacji. Jednego Weronika nie lubi: pierwszej godziny po powrocie Marka z firmy. - Stały scenariusz: prysznic, drink, coś na ząb, drink, chwila zabawy z Maksiem i znów do barku. Trzy drinki w godzinę? Zaczęłam liczyć butelki whisky, jest ich w miesiącu coraz więcej. Nie mam dość siły, by powiedzieć Markowi: jesteś na prostej do uzależnienia, i mi wstyd. Chyba wolę udawać, że nic się nie dzieje.

Ale czasem się zastanawiam: a jeśli on potrzebuje pomocy? Wstydzę się, że łatwiej mi tłumaczyć sobie: Marek jest zestresowany, musi się zresetować, niż przyznać: mój mąż ma 34 lata i grozi mu alkoholizm - mówi Weronika. Stała się ostatnio nerwowa, zauważa to. - Jedna zła rzecz się wydarzyła, trudno mi o tym mówić. Bo to już nie jest wstyd, ale megawstyd. Miesiąc temu byłam sama z Maksiem. Szykowałam kolację, on bawił się u siebie. Było cicho, weszłam zobaczyć, co się dzieje. Maks rysował po ścianie świecową kredką. Wpadłam w szał. Pociągnęłam syna za włosy tak, że upadł na podłogę. Płakał, bolało go i był rozżalony. Nigdy wcześniej go nie uderzyłam - relacjonuje Weronika.

- Synek nie poskarżył się ojcu, a ja nie wyobrażam sobie, co będzie, jeśli się wygada. Spalę się ze wstydu - mówi Weronika. I zdobywa się na uśmiech. - Teraz, kiedy za chwilę mam być panną młodą, myślę tak: mam 30 lat, zdrowe dziecko, fajnego mężczyznę, rodziców, muszę to docenić na początku "nowej drogi życia". Nawet mi przyszło do głowy, żeby w ostatnim "panieńskim" wpisie na blogu, który prowadzę, umieścić wskazówki dla samej siebie.

Nowa droga Weroniki:

1. Rodzice - są jacy są, trzeba ich kochać, a nie się wstydzić. Gdy ojciec na weselu zacznie śpiewać po rusku piosenki Pugaczowej, porwę go do tańca albo zapcham tortem.
2. Mąż - kocham go i chcę się o niego troszczyć. A nie za jakiś czas wstydzić przed dzieckiem, że tato zasnął pijany. Szykuję się na poważną rozmowę.
3. Maksio - nigdy więcej przemocy. Nie mam nic cenniejszego niż synek. Ten wstyd, który noszę w sobie, niech zostanie. Mam nauczkę.

Wstydzą się za męża, bo za bardzo przytył... Czytaj na następnej stronie.

A jednak jestem rasistką

Mira, 40 lat, właścicielka firmy, mąż inżynier, mieszkają pod Poznaniem. - "Żaden wstyd, nie przejmuj się", słyszę od piętnastu lat. I nie daję się przekonać. Nie mogę mieć dziecka, dla mnie to największy wstyd w życiu - mówi Mira. Leczyła się ona, badał się mąż Robert. Nic to nie dało. - Wada wrodzona albo komplikacje po odrze, można znaleźć usprawiedliwienie.

Jestem wolontariuszką, wypłacam pracownikom nagrody za efekty, udzielam się. Ale i tak się wstydzę, że na imprezach integracyjnych w firmie pojawiam się z pieskiem, a nie z dzieckiem - tłumaczy. Mira jest ładna, wygląda młodo. Chodziła na terapię, dowiedziała się, że nie powinna mieć wyrzutów sumienia. In vitro? Raczej nie wchodzi w grę, bo Mira wróciła do Kościoła. Po dwudziestu latach.

- Noszę głęboko zakopany jeden wstyd - opowiada. To wydarzenie sprzed 25 lat. Siódma klasa, idzie zaliczyć egzamin przed bierzmowaniem. Są w salce we dwoje - ona i ksiądz. On najpierw zamyka drzwi, a potem podchodzi i kładzie dłoń na jej piersi, rozpina guzik bluzki: "Chyba ci za gorąco, prawda?". Molestowanie w czystej formie. Milczałam, bo byłam głupia. Dziś dziewczyny wiedzą, co zrobić, wtedy niezręcznie było powiedzieć rodzicom: ksiądz się do mnie dobierał. Przestałam chodzić na religię. Mamie wyjaśniłam, że jestem punkiem. Nawet zrobiłam sobie irokeza. Nie wiem, czego wstydzę się bardziej, tamtej bezsilności czy faktu, że stchórzyłam, uciekłam z Kościoła - mówi Mira.

Pięć lat temu spotkała Łukasza. Mądry, przystojny, uczył ją na kursie prawa jazdy. Powiedział: "Ksiądz to nie Kościół. Wróć, jeśli to było ważne". Tak zakręcił, że poszła w Wielkanoc na mszę. Łukasz oprócz siły przekonywania miał niebieskie oczy i szerokie ramiona. Pewnego dnia podczas jazd zaparkowali pod jego domem. Spała z nim dwa razy. - Zdradziłam męża, to była "bomba chemiczna" - wspomina. - Na szczęście Łukasz wyjechał do Londynu. Mnie pozostał wstyd.

Mira jest właścicielką firmy kosmetycznej, zatrudnia 17 kobiet. Cztery lata temu prowadziła rozmowę o pracę. Ciemnoskóra dziewczyna, fryzjerka, miała nienaganne maniery i dobre CV. Nigdzie nie zagrzewała miejsca. - Spytałam wprost: skąd tak częsta zmiana pracy? Odpowiedziała: "Może dlatego, że jestem czarna?". Pomyślałam: cholerny rasizm, ja będę inna. Obiecałam dziewczynie pracę, ale w nocy nie mogłam spać: A jeśli przez to ubędzie mi klientek? W biznesie nie ma sentymentów. Kazałam asystentce oddzwonić do dziewczyny i wytłumaczyć, że muszę zatrudnić córkę kuzynki. Do dziś się tego wstydzę i mam nadzieję, że nigdy tej dziewczyny nie spotkam - opowiada Mira.

Przed świętami i w maju, na urodziny firmy, dorzuca pracownikom średnio kilkaset złotych do pensji. Ile? To zależy od jej uznania. - Na wstrętnej rzeczy się złapałam - opowiada. - Pani X ma dom, dziecko, męża, który przyjeżdża po nią do pracy? Ok, poradzi sobie bez premii - nie wpisuję jej na listę nagród. Jakbym mściła się za to, że jej się ułożyło. I to ja, która dwa razy byłam na Kongresie Kobiet. Tego się wstydzę: czuję solidarność, ale tylko wtedy, gdy my, "siostry", mówimy, że cellulit jest wstrętny.

Mira wstydzi się cellulitu. I tego że ma małe piersi. - Gdy jestem w Warszawie, idę do brafitterki, kupuję biustonosze z wypełnieniem, powiększają optycznie biust o dwa rozmiary, z B na D, nawet E. Stereotypy są głupie, ale i tak uważam, że kobieta powinna mieć biust i pupę. Myślałam o operacji plastycznej, ale w wieku 40 lat robić sobie implanty? Wstydziłabym się, że Robert pomyślałby: na siłę się odmładza. I chyba głupio by mi było przed pracownicami - zastanawia się.

Po cichu przyznaje, że kręci ją widok dużych piersi. - Raz na jakiś czas wchodzę na stronę z filmikami porno. Podobają mi się kobiety o bujnych kształtach uprawiające seks z dobrze zbudowanymi mężczyznami. I jeszcze parę innych rzeczy, o których krępuję się mówić. Nie rozmawiam o tym z mężem, z nikim. Wstydzę się sama przed sobą, że "to" mnie ciągnie. Rozgrzeszam się: mam temperament o piętnaście lat młodszy niż metryka, tak twierdzą seksuolodzy. A z Robertem constans, poprawny seks góra dwa razy w tygodniu.

- Wstydzę się, kiedy moje wyobrażenie o mnie samej rozmija się z rzeczywistością. Myślę: jestem miła, dobra, szlachetna. A tu nagle sytuacja jak z tą nieszczęsną fryzjerką. Nie żebym była złą kobietą, ale mogłabym nad paroma rzeczami popracować. Od pół roku zatrudniam manikiurzystkę na wózku. Koleżanki z branży miały wątpliwości: "to ci może zaszkodzić, nie każdy dobrze się czuje w obecności kaleki". Postanowiłam zaryzykować. I jest w porządku, a nawet lepiej, płacę mniejszy podatek, zatrudniając niepełnosprawnego. Wróć - mityguje się Mira - wstyd tak myśleć!

Nowy rok Miry

Nie robię spisu postanowień, już parę razy próbowałam i byłam zła, kiedy po kilku miesiącach okazały się pobożnymi życzeniami. Mam jeden pomysł. Zauważyłam, że kiedy robię makijaż, skupiam się na detalach: powieka górna, dolna, cień, kreska. Rzadko patrzę sobie w oczy wprost. Chyba za mało siebie lubię, akceptuję. To chcę zmienić.

Nie do końca babcia

Bożena mieszka na Śląsku, korektorka w wydawnictwie, 54 lata, mężatka, dwoje dzieci, 3-letnia wnuczka. Zamek dla kucyków kupiony w Biedronce, zabawny i... tani. Będzie dla Karolinki pod choinkę. Z wnuczką Bożena widuje się w weekend, kiedy córka i zięć przychodzą na obiad. - Kluski robię raz-dwa, pieczeń, modra kapusta, nic takiego, nie mam czasu na wymyślanie - opowiada. W sobotę chodzi z koleżankami na basen, a potem jadą do Katowic do cukierni. W niedzielę Bożena robi porządki, prasuje koszule mężowi. Wieczorem jest zmęczona.

- Za mało czasu poświęcam wnuczce. Córka chciała, żebym po pracy odbierała małą z przedszkola i brała do siebie. Najpierw się zgodziłam, ale przemyślałam: to ponad moje siły. Odmówiłam i teraz mi wstyd. Bo co sobie pomyśleli córka i zięć? - mówi. Czasu wolnego ma sporo i na co go poświęca? Porządki, zakupy, czytanie, spacery z psem. Mogłaby to "ścisnąć", częściej brać Karolinkę. Tym bardziej że czuje się samotna. Spotyka się czasem ze znajomymi, ale męża raczej nie zabiera.

- Leszek jest domatorem. A poza tym... jakoś się nie znajduje w towarzystwie - tłumaczy Bożena. Po chwili: - Dobrze, powiem. Wstydzę się za niego. Zapuścił się, swetry opinają mu się na brzuchu, brodę ma jak Rumcajs, kupiłam mu na imieniny drogą wodę toaletową, nie używa. Mąż Izy, mojej przyjaciółki, ma tyle samo lat, a gra w siatkę, jeździ na rowerze, jest szczuplutki. Mój woli sport w telewizji. I nie ma ambicji. Nie wie, kto dostał w tym roku Nike i jaki film wygrał w Gdyni. Twierdzi, że mam przewrócone w głowie, bo marzę o sukience od Ewy Minge. Widziałam piękną w kolorowym piśmie. Mówi, że jestem za stara i że nas na coś takiego nie stać. To ohydne, że tak myśli. Sukienkę na sylwestra kupiłam w sklepie z chińskimi ciuchami.

Bożena ma też problem, że nie odłożyła nic na czarną godzinę. - Pracuję 30 lat, powinnam mieć oszczędności. Leszek to samo. Jest laborantem, nigdy nie był bez pracy. Ale przez lata odmawialiśmy sobie wyjazdów za granicę. Było mi wstyd, że w szkole nasze dzieciaki opowiadały o wakacjach u babci na Podlasiu, a ich koledzy jechali w lepsze miejsca. Pokazywali zdjęcia z Egiptu, a moje z bagien nad Biebrzą. Bo u nas wciąż był remont albo naprawa samochodu. Syn chciał studiować w prywatnej uczelni w Krakowie, nie było za co. Wstydzę się, że nie mogłam zapewnić dzieciakom lepszego życia - mówi Bożena.

Teraz poszły na swoje i nieźle sobie poradziły. Córka ma biuro rachunkowe, syn w Niemczech naprawia komputery. Bożena kupiła ostatnio regał z Ikei i lampę młodej śląskiej projektantki. - Zawsze mnie ciągnęło do ładnych rzeczy. Teraz to się nazywa "dizajn". Kiedyś była taka spółdzielnia "Ład", robili piękne meble. Nigdy nie kupiłam. Wstyd mi, że moje mieszkanie nie jest tak ładne jak przyjaciółek, w końcu mam gust. Gust tak, ale krzeseł giętych nie - uśmiecha się Bożena. Nie zapraszała gości, ale ma plan: zrobi imprezę na 30. rocznicę ślubu. Zmieni tapety na pastelowe, Leszek wyburzy ścianę. Czas działać.

Jest jeden wstyd, którego nie da się zakopać. Czternaście lat temu Leszek uderzył Bożenę w twarz. Bo się buntowała, nieważne przed czym. Jakieś pół roku później zły, że żona nie puszcza go na spotkanie z kolegami, złapał ją za bluzę i rzucił na ścianę w przedpokoju. - Największe upokorzenie mojego życia. Nie umiałam albo nie chciałam nic z tym zrobić. Wmówiłam sobie, że każdemu facetowi puszczają nerwy, nie będę się z tego powód rozwodziła. Znosiłam przemoc. Jeszcze parę popchnięć, jeden cios, ale książką, nie ręką, w głowę. Potem przeprosiny, rok, trzy lata nic i znowu. On się kajał, ja milczałam. Byle dzieci nie widziały. A potem zrobiło się między nami zimno.

Wstydzę się, że dałam się upokorzyć. Bo z czasem zaczęłam myśleć, że może jestem niedobra, mało wyrozumiała, zablokowana. Zastawiam się, czy nie jest za późno na poprawę. Ale Leszek ostatnio stał się milszy. Może kiedy przerobimy mieszkanie, uczcimy rocznicę, coś drgnie między nami? Przecież nie jestem jeszcze stara, jeszcze nie umieram, a moje małżeństwo - już tak. I wstydzę się tego - opowiada Bożena.

Postanowiła, że kupi mężowi w prezencie gwiazdkowym modną koszulę. Może w karnawale wybiorą się na bal? - Wystroję się, pójdę do fryzjera, odsłonię dekolt. Wciąż mam dobrą figurę, tylko ostatnio nosiłam się na sportowo. Wstydzę się swojej kobiecości, a mam talię i ładny duży biust, koleżanki mi zazdroszczą. Chowam go w wielkich bluzach. Skupiłam się na dzieciach, domu, o sobie zapomniałam. Teraz wychodzę do ludzi. Dlatego ten basen, kawiarnia. Zajęłam się trochę sobą, to chyba żaden wstyd. A może?

W nowym roku Bożena planuje:

1. Kupić narożnik do salonu. I dużo poduszek. Żeby się zrobiło przytulniej. Ale mężowi na kanapie leżeć nie pozwoli. Od wiosny zaczną jeździć na rowerach.
2. Środa będzie dla wnuczki. Bożena tego dnia ma wolne, zabierze Karolinkę z przedszkola i będzie się z nią bawić, czytać książki. Ale to z miłości, nie z powodu wyrzutów sumienia.
3. Chce więcej rozmawiać z dziećmi i mówić im częściej, że jest z nich dumna. Bo są zaradne i samodzielne.
4. Uwierzyć w siebie. Nie wstydzić się za wszystko, nie przepraszać. Wypiąć pierś do przodu.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój Styl 1/2013

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje