Reklama

Reklama

Trochę osobna

We wszystkim szukam równowagi, ale paradoksalnie im więcej pracuję, tym więcej mam energii dla swoich dzieci. Choć rzadko się wysypiam i nieraz padam ze zmęczenia, to potrzebuję obu tych sfer życia.

Sukces "Katynia" Andrzeja Wajdy sprawił, że reżyserzy zasypywali ją propozycjami ról w dramatach wojennych. Ale Maja Ostaszewska unika zaszufladkowania. Nie chce być znana tylko z grania "cierpiących Polek" w filmach i mrocznych postaci w sztukach Krzysztofa Warlikowskiego, dlatego teraz możemy oglądać ją w wersji komediowej.

W serialu TVN "Przepis na życie" występuje z Piotrem Adamczykiem. Kiedyś już tworzyli serialową parę w "Na dobre i na złe". Prywatnie są zaprzyjaźnieni, więc nie zdziwiło mnie, gdy na miejsce naszego spotkania aktorka wybrała należącą do niego restaurację. Czytając menu, starannie omijałyśmy wzrokiem dania z mięsem. Obie jesteśmy wegetariankami. A tu niespodzianka. Podjeżdża stół na kółkach, a na nim specjalność zakładu - świeży tatar. W ruch idą noże, kucharz spektakularnie przerzuca górę surowego mięsa. Po chwili pełnej zaskoczenia ciszy aktorka wybucha śmiechem. Takiej jej nie znałam. Okazuje się, że mocną stroną Mai Ostaszewskiej jest poczucie humoru!

Reklama

Lubię czuć się niezależna. Wcześnie wyprowadziłam się z rodzinnego domu. Wynajmowałam z grupą przyjaciół wielkie, potwornie zimne mieszkanie przy krakowskich Plantach. Zachłystywałam się wolnością, cudowną atmosferą luzu. Były długie rozmowy, palenie trawki i popijawy do rana. Do szkoły teatralnej dostałam się za drugim razem.

Na początku czułam się bardzo rozczarowana. Z teatrem i jego wybitnymi twórcami obcowałam od najwcześniejszych lat, miałam wielkie wyobrażenia i oczekiwania. Tymczasem pierwszy rok studiów to elementarna praca od podstaw. Byłam krytyczna i chyba momentami arogancka. Jedna z wykładowczyń zgłosiła nawet pomysł, żeby mnie usunąć z uczelni, bo jestem "zbyt dojrzała emocjonalnie". Na szczęście zostałam.

Odżyłam, gdy pieczę nad nami przejęły wybitne osobowości teatru, takie jak Anna Dymna i Jan Peszek. Dyplom robiłam u Krystiana Lupy. Skończyłam szkołę z uczuciem wielkiej wdzięczności dla moich nauczycieli.

Zawsze byłam trochę osobna, miałam swoje tajemnice, swoje sprawy. Nie wyobrażam sobie siebie w zamkniętych grupach teatralnych, takich jak na przykład Gardzienice. Dusiłabym się. Na szczęście jestem aktorką, która ma szanse występować w różnych zespołach. Po urodzeniu drugiego dziecka zagrałam gościnnie w TR Warszawa pierwszoplanową rolę w "Wiarołomnych" Ingmara Bergmana w reżyserii Artura Urbańskiego. Nie schodziłam ze sceny przez trzy i pół godziny, właściwie dźwigałam na swoich barkach cały ten spektakl. Potem doszło do spotkania po latach z moim nauczycielem i mistrzem Krystianem Lupą, w spektaklu "Persona. Ciało Simone" w Teatrze Dramatycznym, gdzie wcieliłam się w Simone Weil.

Cudowną odskocznią od tego, co dzieje się na scenie, są dla mnie filmy. 30 maja będzie miał premierę najnowszy obraz z moim udziałem - "Uwikłanie" w reżyserii Jacka Bromskiego. Ten inteligentny thriller psychologiczny rozpoczyna scena z wyjazdu grupy terapeutycznej na ustawienia hellingerowskie (terapia systemowa, metoda porządkowania splątanych i zerwanych więzi rodzinnych). Na początku dochodzi do morderstwa, wszyscy są podejrzani. Wcielam się w panią prokurator, która usiłuje rozwiązać zagadkę, a przy okazji sama wikła się w trudne relacje. Choć tak naprawdę główną rolę zarówno w terapii, jak i w filmie gra przeszłość, która okazuje się przerażająca.

Czy sama zdecydowałabym się wziąć udział w ustawieniach? Chyba nie. Przeczytałam kilka książek twórcy tej metody, niemieckiego psychoterapeuty Berta Hellingera, i to mi na razie wystarczy. Niestety nie mam szans na bycie osobą anonimową, co w przypadku terapii grupowej albo podczas pobytu w szpitalu bywa dokuczliwe. To ciemna strona popularności.

Narodziny pierwszego dziecka były dla mnie rewolucją. Miałam potrzebę wycofania się z intensywnej pracy i ograniczenia życia towarzyskiego. Chciałam wyciszyć się i w pełni doświadczyć macierzyństwa. Dziś Franek ma trzy i pół roku. Na świat przyszła też jego młodsza siostra Janinka. Druga ciąża okazała się zagrożona. Lekarze kazali mi leżeć przez kilka miesięcy. Dla mnie, osoby pełnej energii, to była prawdziwa próba charakteru. Ale wiedziałam już, jakim cudem jest dziecko i że warto znieść wszelkie tortury. Pojawieniu się córeczki towarzyszyły wielkie szczęście i jednocześnie niepokój. Była wcześniakiem i miała problemy z samodzielnym jedzeniem.

Dziś dzieci wypełniają nie tylko większą część mojego czasu, ale i myśli, serca i uwagi. Mimo to po blisko czterech latach spędzonych w domu poczułam silną potrzebę powrotu do zawodu. Funkcjonowanie w satysfakcjonujący sposób w tych dwóch światach nie jest łatwe, ale możliwe. Kiedy spełniam się w pracy, mam w sobie więcej zapału do zabaw z dziećmi. Potrzebuję obu tych sfer życia i jest mi z tym dobrze, choć rzadko się wysypiam i nieraz padam ze zmęczenia.

Magda Rozmarynowska

Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu PANI

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje