Reklama

Reklama

Bałam się, że nie zdążę

Pierwsze dziecko po czterdziestce?! To żart! – uważały Mariola, Wanda, Marta i Grażyna, gdy były dwudziestolatkami. Ale właśnie tak się stało. Kariera, czekanie na miłość, choroba, podróże – do późnego macierzyństwa dochodziły różnymi drogami. Potem się bały: Czy dam radę? Czy dziecko urodzi się zdrowe? Jak będzie wyglądało moje życie? Niepotrzebnie. Znalazły w sobie pokłady miłości, siły, cierpliwości, o jakie się nie podejrzewały. Dziś mówią: Późne macierzyństwo smakuje wspaniale.

Park w Żyrardowie pod Warszawą. „Śliczne te pani wnuki!”, słyszy Mariola. Właśnie wyszła z córką i synem na spacer. Adaś ma pięć lat, Ola sześć. Mariola dobiega pięćdziesiątki. – Gdy pierwszy raz usłyszałam te słowa, zabolało – wyznaje.

Mariola. Nie jestem babcią, tylko matką

Kilka razy wzięto ją za babcię własnych dzieci, zanim nauczyła się reagować naturalnie, bez wstydu: – „Jakie tam wnuki! Aż tak staro wyglądam? To moje dzieci”. Najczęściej ludzie, jąkając się, przepraszają – śmieje się Mariola i dodaje: – Liftingu nie przewiduję. Regularne badania, bieganie, warzywa na parze to moje sposoby na odmładzanie się dla dzieci. Chyba nie potrafiłabym ich kochać tak mocno, gdy byłam dwudziestolatką.

Reklama

Dziesięć lat temu Mariola ma pieniądze, pracę w Warszawie, stanowisko w banku. I cztery siostry bez pieniędzy i kariery, za to z dziećmi. Gdy któregoś wieczoru wraca do pustego domu, przypomina sobie siebie sprzed lat. Ona i on właśnie kończą studia. Jadą na stypendium do Harvardu. Ona snuje plany: ślub, doktorat, dwoje dzieci. Najlepiej córka i syn. Ale wszystko bierze w łeb. On wiąże się z bogatą Brytyjką. Dziś już nieważne, co to było – miłość czy wyrachowanie.

Mariola chce zapomnieć. Zapomina w pracy. Świetnie zarabia. – W niecałe trzy lata spłaciłam kredyt na mieszkanie. Byłam w euforii. Moje siostry gnieździły się u teściów z malutkimi dziećmi – opowiada.

Sygnał z wnętrza

„Ciociu, kocham cię najbardziej na świecie!”, chrześniak tuli się do Marioli. To Kuba, synek najmłodszej siostry. – Wcześniej nie przeżywałam w ten sposób podobnych sytuacji. Tamtego dnia coś we mnie drgnęło. Nagle pojawiły się łzy w oczach. Poczułam się, jakbym miała syna – wspomina Mariola. Najdroższy rower, playstation, laptop – zaczyna rozpieszczać Kubę prezentami. Zakłada fundusz, co miesiąc wpłaca kilkaset złotych, „bo przecież Kuba pójdzie kiedyś na studia”.

Dzwoni siostra: „Przystopuj z prezentami. Kuba wypomina mi, że nie daję mu tak fajnych gadżetów jak ciocia Mariola. I nie dzwoń do niego co chwila. Nie zapominaj, że to ja jestem jego matką!”. Po tej rozmowie Mariola nie może zasnąć. Zbliża się do czterdziestki i postanawia: „muszę coś zrobić”.

– Na początek zmieniłam pracę. Na lepiej płatną – opowiada. Ale radość z nowego stanowiska nie trwała długo. I co, to już wszystko? Ten bank, ten gabinet, wysokie premie... Nocami analizuje przeszłość: „Gdzie popełniłam błąd?”. Może nie powinna być taka krytyczna wobec adoratorów? Może mąż nie musi być ideałem absolutnym?

Miłość na pogrzebie

„Tato mi zmarł. Mariola, pomożesz zorganizować pogrzeb?”, prosi ją koleżanka z pracy. – Zgodziłam się – wspomina Mariola. – Wyjęłam elegancką czarną suknię z szafy i poszłam na pogrzeb. Stojąc w kaplicy, nie wiedziała jeszcze, że właśnie zwrócił na nią uwagę sąsiad koleżanki. – To w ogóle nie był ktoś w moim typie. Żaden tam naukowiec, tylko budowlaniec – mówi Mariola z rozbawieniem. Do niedawna uważała, że facet bez doktoratu nie jest dla niej partnerem do rozmowy.

Ale on naprawdę był pod jej wrażeniem. Błagał koleżankę, by zaaranżowała spotkanie. Mariola idzie na nie z grzeczności. Na kolejne z nudów („lepsze to niż wieczór w pustym domu”). Już wie, że on przez lata opiekował się swoimi dziadkami, a teraz wozi chorego sąsiada na rehabilitację. I że chciałby mieć dzieci: „Żałuję, że życie potoczyło się inaczej...”. „Ciekawe – myśli Mariola. – Chyba oboje czujemy to samo”. Kilka miesięcy później on wyjmuje z pudełeczka pierścionek. Prosi ją o rękę. – „A jeśli powiem nie? – żartuje ona. – To będzie największa porażka mojego życia”, słyszy jego głos, w którym nie ma cienia ironii. Mariola prosi o kilka miesięcy. W końcu mówi sobie: „Nie odrzucę takiej miłości. I ostatniej szansy... na dzieci”.

Po miesiącu spotkań czuje, że sama się zakochuje. Ekscytują ją wspólne plany, które zaczynają snuć: ślub, dzieci. „Tylko czy jeszcze nie jest za późno?”, zastanawia się Mariola. Zanim ustalili datę wesela, okazało się, że jest w ciąży. Ginekolog potwierdził. Konieczne będą badania genetyczne. „Proszę zrozumieć, w pani wieku...”. – Nie słuchałam – mówi Mariola ze wzruszeniem. – Byłam pewna, że będzie zdrowe. Bóg dał ciążę, da też zdrowe dziecko, powtarzałam sobie w myślach. Ale z badań nie zrezygnowała. Modliła się do św. Judy Tadeusza i do św. Brygidy, patronów spraw beznadziejnych.

Po ośmiu tygodniach wiadomość: „Wynik prawidłowy. Będzie syn!”. Podczas usg miesiąc przed porodem jest zaskoczona, bo słyszy: – „Urodzi pani córkę. – Jak to?! – Ktoś musiał źle opisać wynik amniopunkcji” – tłumaczy lekarz. Rodzi się Ola. Mariola prosi o cesarkę, mówi: „Zapłacę, błagam. To moje pierwsze i ostatnie dziecko!”.

– Wpadłam w panikę, że Ola urodzi się podduszona, z porażeniem mózgowym – wspomina. „Poród będzie naturalny”, decyduje lekarz. Mariola krzyczy: „Sprowadźcie ordynatora!”. W końcu ma cesarkę. „Po takim zabiegu nie może pani zajść w ciążę przynajmniej przez dwa lata”, ostrzega lekarz. Ale pół roku po porodzie Mariola znów jest w ciąży. Świadomie. – Walczyłam z czasem. Poczułam, że moje marzenie: dwoje dzieci, może się spełnić. Mąż też chciał mieć jeszcze jedno dziecko. Tym razem Mariola odmówiła badań prenatalnych, „bo to ryzyko poronienia”.

– Zdrowe, chore, postanowiłam, że i tak urodzę – wyznaje. – I wszystko poszło dobrze. Dzięki dzieciom dostałam drugie życie. Teraz tylko one się liczą. Po macierzyńskim Mariola rzuciła pracę w banku. Koleżanki pukały się w czoło, gdy powiedziała, że zostanie nauczycielką. „A mnie zależy teraz na czasie dla dzieci, nie na pieniądzach”, tłumaczy. Właśnie robi studia podyplomowe na anglistyce. Za kilka miesięcy będzie mogła uczyć angielskiego w liceach całej Europy. Co jeszcze się zmieniło?

Skończyły się problemy z kręgosłupem, odkąd zaczęła z córką i synem jeździć na rolkach i rowerze. W szufladzie w kuchni Mariola trzyma artykuł wycięty z amerykańskiego pisma medycznego: „Dzieci urodzone przez czterdziestokilkuletnie matki w testach na inteligencję wypadają lepiej od rówieśników”. Adaś ma zdolności do języków, więc zaczęła uczyć go greki. Ola – słuch absolutny, kupili z mężem pianino. – „Tyle miejsca zajmuje w pokoju, zagracacie sobie mieszkanie – powiedziała im sąsiadka. – Prędzej wyrzucę wszystkie meble, ale pianino zostanie”, odpowiedziała.

Kilka dni temu fundusz, który założyła dla chrześniaka, przepisała na Olę. „Przepraszam cię, ale nie wiedziałam, że będę miała dzieci – wytłumaczyła siostrze. – No i nie wiem, ile będę żyła. Chciałabym je zabezpieczyć”. Pół rodziny się obraziło. Mariola się śmieje: – Chyba trochę mi zazdroszczą. Kobiety w mojej rodzinie zawsze się pocieszały: „Nie mamy kariery, wakacji na Krecie jak Mariola, ale mamy dzieci. Na starość nie zostaniemy same”. I teraz się okazało, że rzutem na taśmę zgarnęłam wszystko!

Wanda. Lekarz wiedział za mało...

– „Cześć, wiesz... chyba łapie mnie deprecha – głos Maćka w słuchawce zastaje Wandę w trakcie sprzątania. – To wpadaj, pogadamy”, mówi, wygarniając ostatnie koty spod sofy. Maciek, najlepszy kumpel z roku. Na imprezach w akademiku spali w jednym łóżku. Tylko spali. – Aż do tego dnia – śmieje się Wanda. Mieli po 30 lat, gdy zostali parą. Uznali, że na takie sprawy jak dziecko mają „dużo czasu”. Najpierw kariera, dom. Wszystko układa się zgodnie z planem.

Wanda zostaje naczelną kobiecego miesięcznika. Dom? W końcu w roku 2000 budują ten wymarzony, z pokojem dla dziecka. Przychodzi dzień, gdy Wanda mówi: – „Maciek, ja chyba… – Jesteś w ciąży?!” – Maciek wyskakuje z łóżka i pędzi do apteki. Test pokazuje dwie kreski. Farciarze, starania o dziecko trwały raptem dwa tygodnie. Brzucha nie widać, a Wanda już kupuje ciążowe sukienki. Ma 37 lat. Czuje się świetnie, żadnych mdłości. I czuje, że to dziewczynka. Ania. Dwunasty tydzień. Wanda i Maciek idą na usg. Rutynowe.

– „Coś nie tak? – pyta Wanda, bo lekarz dziwnie blednie. – Serce dziecka przestało bić” – słyszy. W to, co się stało, uwierzy dopiero, gdy w szpitalu lekarz zrobi jej zastrzyk i wywoła „poród”. – „Dlaczego ja? – Miała pani pecha. To mogło zdarzyć się każdemu” – mówi lekarz spokojnym głosem. – Odtąd wszędzie widziałam kobiety w ciąży. I dzieci. Wózki przyciągały mój wzrok. Wciąż słyszałam płacz noworodka. Wyłapywałam tylko to. Myślałam: to mogła być moja Ania – wspomina Wanda. O tym, co się stało, wie tylko ona, Maciek i mama. W redakcji nikt. Wanda zwołuje zebranie, planują lipcowy numer. „Są wakacje! To gazeta na plażę. Ma być radośnie!”, Wanda robi burzę mózgów. Nikt się nie domyśla, co przeżywa. Ale przecież mamy jeszcze szansę na dziecko, pocieszają się z mężem.

Wanda zachodzi w kolejną ciążę po dwóch latach. Znów czuje: to dziewczynka. Ania. 12. tydzień, za dwa tygodnie czterdziestka Wandy. Ma być impreza, jakiej jeszcze nie było. Jest co świętować. Sześćdziesiątce przyjaciół wręczyli już zaproszenia. Dwa tygodnie przed imprezą idzie na usg. Rutynowe. I znowu jest w szoku. Serce jej córki przestało bić. Wanda nie odwołuje urodzin. – Mogłam umrzeć razem ze swoją Anią. Albo kurczowo uczepić się życia – wspomina. „Ratujmy, co się da”, śpiewa Budka Suflera. Maciek tuli w tańcu Wandę. To „ich” piosenka. „Jestem szczęśliwa – Wanda szepcze jak mantrę. – Mam męża, miłość, pracę. Każdy niesie jakiś krzyż. Rak, samotność, bezrobocie. Ja mam ten”.

Po pracy Wanda zaszywa się w domu. Jej mama i Maciek na siłę ją z niego wyciągają. Wyprawa po buty, po chleb, do fryzjera, ona snuje się z nimi jak robot. – „Nie myśleliście o adopcji – zagaduje mama po kilku miesiącach. – Nie – słyszy. – Mamo, ja jeszcze mam nadzieję” – mówi. I widzi, jak mama unika jej wzroku. „A po co pani czekała z ciążą do tego wieku? Tak to się kończy”, mówi ginekolog, warszawska sława.

Kolejny: „Co jest przyczyną? Nie wiem. Ale wiem, że nie mam tu nic do roboty. Proszę przyjść, jak będzie pani w ciąży”. – Cynizm lekarzy był niewyobrażalny – wspomina Wanda. Jej mąż w całej Polsce szuka kolejnych profesorów. „Choroba Hashimoto. Nie pomogłoby pani nawet dziesięć in vitro. Organizm odrzuca dziecko jak obce ciało – słyszy diagnozę jednego z najlepszych w Polsce immunologów. – Proszę pani, proszę nie płakać! To nie jest wyrok! W Ameryce kobiety z tą chorobą rodzą piękne, zdrowe dzieci! Podamy lek, który dostają pacjenci po przeszczepach. Tylko... tylko najpierw musi pani zajść w ciążę”. Pół roku później na wakacjach robi test ciążowy: dwie kreski!

Tym razem jest pod okiem właściwych lekarzy, ginekologa i immunologa, i wszystko idzie dobrze. Michał rodzi się szóstego kwietnia. Cztery dni wcześniej umiera papież. „Jak to jest w takiej chwili dać nowe życie?”. Po szpitalu chodzi ekipa z telewizji, dziennikarz podtyka Wandzie mikrofon pod twarz. Ściśnięte gardło. Mąż Wandy przed chwilą przeciął pępowinę i pierwszy trzymał na rękach ich syna. – Nie było w życiu piękniejszego momentu – mówi. – Tam wtedy, w szpitalu, bardzo się bałam. Pytałam Maćka: „Ma rączki? Nóżki?” – wspomina Wanda. Gdy pierwszy raz weszli z synkiem do domu, poczuła, że już teraz chciałaby rodzić następne dziecko. „Oddycha”, w pierwszych tygodniach zdarza się jej podstawiać lusterko pod nos śpiącego Michałka. Gdy syn ma kolkę, ona boi się, że to porażenie mózgowe, bo Michałek dziwnie pręży ciało. Osiem miesięcy macierzyńskiego to reset.

– Nie mogłam żyć bez pracy, ale bałam się zostawić synka z opiekunką. Nie tulić, nie widzieć przez kilkanaście godzin?! Ratuje ją telefon z konkurencyjnego wydawnictwa. Wanda zostaje naczelną „Świata Kobiety”. Dobra, ciekawa zawodowo propozycja? Nowe wyzwanie? Fajnie. Na szczęście w tej redakcji nikt nie siedzi dłużej, niż naprawdę potrzeba, nikt nie zwołuje zebrań o godz. 20.

Na wychowawczy idzie Maciek. Pracuje w domu i opiekuje się synkiem. Bardzo pomaga też mama Wandy, aż Michał skończy trzy lata i pójdzie do przedszkola. Odbierają go na zmianę. Gdy wypada dyżur Wandy, redakcja wie: – Ważne sprawy do godz. 17. O 17.30 muszę odebrać synka z przedszkola. „Uda ci się, spróbujemy jeszcze raz”, mówi, gdy piętnasty raz runęła wieża z klocków. Kiedy Michał powtórzył po niej: „Uda mi się. Spróbuję jeszcze raz”, poczuła dumę. – Cierpliwością mogłabym obdarzyć kilka młodych matek – wyznaje. W ogrodzie stoi trampolina. – Nie chcę, by mniej się ruszał, bo ja nie mam siły bawić się w berka przez godzinę – tłumaczy.

Gdy któregoś dnia usłyszała w przedszkolu: „Michał, babcia po ciebie przyszła!”, farbuje siwe włosy. Kilka miesięcy temu umarła mama Wandy. Nagle, na jej oczach. Miała dopiero 66 lat. – Odtąd się boję, czasem panicznie. Ale wiem, że nie mogę tym strachem zarazić syna – mówi. Kiedy Michał chce kroić gruszkę, patrzy czujnie, ale nie zabrania mu, tylko ostrzega: „Uważaj, bo się skaleczysz”. – „Co myśmy kiedyś robili wieczorami? – zastanawia się Maciek. – Marnowaliśmy czas” – mówi Wanda. Na premiery, koncerty, wino w knajpie. Tamte rytuały zastąpiły nowe: kąpiel, usypianie Michała. I czytanie do snu. Sąsiadka proponuje: „Zostanę z nim. Ruszcie się z domu”. Wciąż odmawiają. Przestali bywać u znajomych, bo Michał się u nich nudzi, w ich domach zamiast dzieci w jego wieku są dwudziestolatki. – Zapraszamy przyjaciół do nas – opowiada Wanda.

I jeszcze coś się zmieniło. Koniec z winem do kolacji. A gdy są przyjaciele, Wanda i Maciek zawsze piją na zmianę. Jednego dnia ona, innego on. – Mieszkamy na obrzeżach miasta. Gdyby coś się stało Michałkowi, ktoś będzie mógł natychmiast zawieźć go do szpitala. Ostatnie wakacje spędzili w pobliżu stadniny. „Mama też pojeździ!”, krzyczał Michał z grzbietu konia. – Boję się. Nie wsiadłam. Ale po powrocie do Warszawy zrozumiałam, że powinnam. Dla syna. Żeby widział, że mama da radę – opowiada. Wyobraża sobie, jak tego lata będzie z Michałem jechać konno po plaży. I tylko żałuje, że wcześniej nie spotkała tamtych mądrych lekarzy. Bo wtedy razem z nimi jechałaby też Ania.

Marta. Co ty tak ciągle o tym dziecku?!

Rejonowa przychodnia pod Poznaniem. Marta trafia tu po studiach. Pensja – tysiąc złotych. Przedstawicielki medyczne rozdają jej ulotki. Dobre kostiumy, perfumy. Martę stać na krem w Rossmannie i domowe farbowanie włosów. Ale nie na dziecko. W trzydzieste urodziny wręcza szefowi wypowiedzenie i ląduje w firmie farmaceutycznej. Zakochuje się w koledze z działu. Pół roku później kupują apartament.

– „Chciałabym takiego dzidziusia – Marta w skrzynce na listy znajduje katalog dla młodych mam. Dziewczynka w różowych śpioszkach śmieje się z okładki. – Źle nam? – krzywi się Wojtek. – Może na początek kupmy psa?”. – Pojawił się labrador – wspomina Marta. – Udawałam, że się cieszę. Wkrótce Wojtek się oświadczył. Po ślubie mama Marty żartowała: „Wy, młodzi, to dziś tylko w pracy i w pracy. Doczekam się jakichś wnuków?”. W ich firmie nikt nie miał dzieci. – W przychodni rejonowej pielęgniarki zaczynały dzień od rozmowy, jakie śniadanie spakowały dzieciom do szkoły – wspomina Marta. – W firmie rozmawiało się o wynikach sprzedaży i sprzęcie do nurkowania. Czterdziestkę Marta obchodzi na moście Karola w Pradze. – Te wszystkie Egipty, Kenie, Meksyki już dawno zwiedziliśmy. Praga wydawała się taka romantyczna – wspomina tamten dzień.

– „Chcę mieć dziecko. To ostatni moment – powiedziała Wojtkowi wtedy w hotelu. – Ostatni?! Jesteś piękna, zdrowa. A jeśli nawet, to od czego jest in vitro?! Daj mi jeszcze rok. Kocham cię”, usłyszała.

Fajnie było...

Miesiąc później. Wojtek ma wprowadzić na rynek nowe tabletki antykoncepcyjne. Jedzie na szkolenie, trzy dni w SPA na Mazurach. „Odgrywaliśmy scenki, jak wkręcić lekarzy w te tabletki. Było prześmiesznie”, opowiadał po powrocie.

Miesiąc później okazało się, że będzie ojcem. Ale nie z żoną. – Z koleżanką z jego działu – mówi Marta z przekąsem. Rozstała się z mężem. Dwa lata zajęło jej wychodzenie z depresji. Trzy kolejne – romans z żonatym mężczyzną. „To czwarty tydzień. Albo i piąty!”, miesiąc po rozstaniu z kochankiem Marta słyszy te słowa od lekarki po badaniu usg. Papierowym ręcznikiem ściera żel z brzucha. A ona myślała, że to początek klimakterium!

Dziecko w wieku 46 lat! Dzwoni do ojca dziecka. „O, fuck! – w słuchawce jego szept. – Dobra. Zapłacę za zabieg. Nie komplikuj mi życia. Przecież wiesz, że mam rodzinę”. – Miałam ochotę go zabić. Pamiętam, że szłam ulicą, trąbiły na mnie samochody. W domu wypiłam butelkę wina – wspomina. – Obudziłam się w środku nocy, przerażona, że coś mogło się stać dziecku. Bałam się, że jak wstanę i pójdę do łazienki, to poronię. Nazajutrz zarezerwowała miejsce w szkole rodzenia. „A pani to pewnie po in vitro?”, zagadnęła ją na pierwszych zajęciach jakaś dziewczyna. Nie wierzyła, że w tym wieku można zajść w naturalną ciążę. „Tak staro wyglądam?”, pomyślała wtedy Marta. W domu staje naga przed lustrem. Potem wpisuje w kalendarzu: kwiecień – botoks, maj – lifting podbródka, czerwiec – liposukcja ud. – Wiem, to żałosne – mówi. – Ale wyobraziłam sobie, jak przychodzę po dziecko do szkoły. A ono się wstydzi, bo ma matkę-babcię. Inne dzieci docinają.

Lifting życia

– Lekarz powiedział, że rodząc w tym wieku, nie będę miała siły przystawić dziecka do piersi – wspomina Marta. – Mylił się. Gdy urodziła się Maja, byłam jak króliczek z bateriami z doładowaniem. Przez lata pracy Marta odłożyła na koncie sporą kwotę. Siedzi z Mają na wychowawczym, aż córka zaczyna chodzić do przedszkola. Eksperymentalnego, przyjmują tam dwulatki. Wraca do pracy bez problemu. – To nie była wspaniałomyślność koncernu. Akurat szczęśliwie się złożyło, brakowało ludzi do promowania nowych leków, a ja miałam dobrą opinię.

Teraz często otwiera laptop w łóżku i leżąc obok śpiącej Majki, wpisuje dane do tabelek. Czasem dopadają ją lęki: „A jeśli zachoruję na coś poważnego? Nie każda kobieta dożywa sześćdziesiątki”. A potem tłumaczy sobie: „Nawet jeśli spędzę z córką tylko 15 lat, to i tak będą piękne lata. Dużo zarabiam, zabezpieczę Maję na wypadek, gdyby coś mi się stało”. Po przebudzeniu Marta zazwyczaj patrzy na śpiącą jeszcze córeczkę: „Naprawdę jesteś. To nie sen. Wszystko inne jest nieistotne”.

Grażyna. Panna , ale nie stara

Rok przed ślubem przychodzi SMS od Józka: „Czy chcesz mieć ze mną dzieci? Najlepiej dwójkę”. Ona wystukuje: „Tak”. A po chwili jeszcze PS: „A jeśli nie mogę mieć dzieci? Mam już prawie czterdziestkę”. „Będę Cię kochał i tak”, odpisał. Ale dopiero po kilku minutach. Cztery miesiące po ślubie Grażyna zachodzi w ciążę. Mama gratulowała, ale bracia donieśli, że była przerażona: „Ja rodziłam, gdy miałam 21!”. Wieruszów, rodzinne miasto Grażyny. Po czterdziestce kobiety raczej nie zaczynają tu nowego życia. Model obowiązujący to szybkie śluby, szybkie ciąże.

Grażyna już w liceum była „inna”. Postanowiła wtedy: „Mąż? Tylko z miłości”. Koleżanki, kuzynki, nawet cztery lata młodszy brat – wszyscy mają już dzieci. Grażyna nie, choć je uwielbia. Jest przedszkolanką. „Wciąż jesteś sama? Dlaczego?” – na Naszej Klasie zaczepia ją dawna koleżanka ze studiów. Grażyna odpisuje cytatem z Bridget Jones: „Bo nie lecę na: alkoholików, pracoholików, związkofobów, żonatych lub mających dziewczyny, mizoginów, emocjonalnych popaprańców, pijawki i zboczeńców”. „To ty już jesteś stara panna! – ktoś w pracy zerka na PESEL Grażyny. – Panna tak, ale nie stara!” – odpowiedziała.

Po jej trzydziestych piątych urodzinach babcia i mama przestają pytać „o chłopaka”. Ona stara się nie myśleć o facetach. Za to dużo myśli o dzieciach ze swojego przedszkola. Wojtuś, który bał się sam wejść na karuzelę, wystąpił w spektaklu na Dzień Matki. „Odmieniła pani mojego syna! – słyszy. – Jest pani chyba dobrą wróżką. Dla swoich dzieci to dopiero musi być pani cudowna! – ściska ją matka chłopca. – Nie mam dzieci” – mówi Grażyna. Poczułam jednak jakiś dziwny smutek. „Widziałaś tego nowego górala?”, zagaduje bratowa. Marzyła o góralskim domu, więc brat Grażyny ściągnął spod Zakopanego ekipę. „Nowy” to spec od stolarstwa artystycznego. Gdy pierwszy raz zobaczył Grażynę, właśnie siedział na dachu. Za chwilę już był na dole. Bezczelnie patrzył jej w oczy, zagadywał. – Był dowcipny, pewny siebie, zafascynował mnie sposobem myślenia. Nie poznałam dotąd kogoś takiego. Kiedy dom bratowej stanął, powiedział: „Dla ciebie mógłbym rzucić nawet góry i tu przyjechać. – To rzuć” – odpowiedziała. Wzięli ślub.

Czy to jeszcze możliwe?

Mąż był pewien, że Grażyna zajdzie w ciążę już w noc poślubną. Gdy miesiąc po weselu jeszcze nie zaszła, był trochę zawiedziony. Ale cztery miesiące po ślubie Grażyna już wiedziała, że się udało. Pojechała do ginekologa do Wrocławia, którego poleciła jej ciotka: „Doktorze, chyba jestem w ciąży. Ale czy to możliwe w tym wieku?”, zaczęła rozmowę w jego gabinecie. W Wieruszowie kobieta po czterdziestce, która chce urodzić dziecko, to sensacja. Ale lekarz zbadał Grażynę i pogratulował: „Dziecko nie wie, ile pani ma lat. Moja pięćdziesięcioletnia pacjentka urodziła trzecią córkę!”.

Szósty tydzień ciąży. Na forum „Późne macierzyństwo” Grażyna czyta komentarze: „Stare debilki! Faszerują się tabletkami antykoncepcyjnymi. A jak się ockną, to rodzą downy!”, „Trzeba mieć nastukane, żeby po czterdziestce decydować się na dziecko. Powinno się odebrać tym babom prawa rodzicielskie!”. Płacze, telefonuje do lekarza: „Proszę się uspokoić. Za miesiąc robimy testy z krwi i kolejne usg”.

Trasa Wieruszów–Wrocław. – „Fajna ta Osiecka Nosowskiej, no nie? – Super, daj głośniej”, Grażyna i Józek niby rozmawiają o muzyce. A tak naprawdę każde z nich myśli o tym samym: „Co będzie, jeśli z dzieckiem okaże się coś nie tak? Dziś będą wyniki badań...”. W gabinecie Józek trzyma ją za rękę spoconą dłonią. „Dziecko jest zdrowe”, słyszą. „Wyrzuć te maskujące ciuchy! Wstydzisz się, że będziesz mamą?!”, słyszy od Józka, więc zaczyna obnosić się ze swoją radością. „Łatwo zajść, trudniej odchować”, komentują znajomi. Na szczęście rodzina ją wspiera.

Rodzi się Jaś. Imię po dziadku i po Janie Pawle II. – Na porodówce radziłam sobie lepiej niż dwudziestolatki – śmieje się Grażyna. – Byłyśmy na ty, dopóki nie zerknęły na datę urodzenia w mojej karcie. Po macierzyńskim wróciła do przedszkola. Józek nie ma stałej pracy, więc opiekuje się Jasiem. Tak wspólnie zdecydowali. – Trochę nam ciężko – tłumaczy Grażyna. – Ale też i dobrze się złożyło. Mam pewność, że Jaś jest w dobrych rękach. Nie zostawiłabym synka z obcą kobietą. Wyobraźnia wciąż mi działa. Widzę młode matki, które schodząc ze schodów, puszczają dzieci przodem, i truchleję. Nie mogę uwierzyć, że koleżanka zostawiła dziecko w ogrodzie i poszła do domu po zabawki. Cztery minuty bez opieki!

Jeszcze pamięta siebie, gdy współczuła koleżance, bo jej dwuletnia córka złapała różyczkę i „zepsuła rodzicom sylwestra”. Dziś raczkowanie z Jasiem po dywanie zastępuje jej wszystkie rozrywki świata. I jeszcze coś – nigdy na Jasia nie krzyknęła. – Chyba nie ma takiej rzeczy, za którą mogłabym być na niego zła – mówi. Jeszcze niedawno spokój burzyły jej myśli: „Zda maturę, gdy będę sześćdziesięciolatką!”. Ale podpatrywała swoją sześćdziesięcioletnią mamę: „Całkiem nieźle się trzyma. Śmieje się, że wnuk ją odmładza”. Kiedyś się wystraszyła, bo usłyszała, że mają zwalniać w przedszkolu, a Józek bez pracy. „To wyjedziemy w góry. Będziemy w moim domu prowadzić pensjonat”, wymyślił mąż i przestała bać się przyszłości.

Postanowiła też: – Nie będę taka jak pięćdziesięciolatki z mojego miasteczka. Gadają o nadciśnieniu lub menopauzie. Noszą smutne beżowe garsonki. Nie zrobię tego synowi. A jeśli Jaś kiedyś zapyta: „Dlaczego wszyscy mają młodsze mamy?”, Grażyna odpowie: „Długo szukałam dla ciebie najlepszego taty”.

Agnieszka Sztyler

TS 03/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne