Jak sama przyznaje, do przeprowadzki skłoniła ją pandemia i wiążące się z nią doświadczenie życia na przestrzeni zbyt małej, by zaspokoić potrzeby wszystkich domowników. Choć w tamtym czasie decyzję o ucieczce z miasta podejmowało wiele osób, Monika, w odróżnieniu od większości, nie wybrała domku na przedmieściach lecz stary dworzec kolejowy. - Najpierw zaczęłam szukać tak zwanych "normalnych domów". Potem obiektów przemysłowych. Zaczęło mnie to wciągać: stary młyn, wieże ciśnień, stodoły, stajnie, podobał mi się jeden kościół. Ja lubię pracę z przestrzenią, a każdy z tych budynków działał na wyobraźnię - mówi Monika i dodaje, że kiedy po raz pierwszy zobaczyła stację w Ostrowitem, budynek zrobił na niej osobliwe wrażenie. - Zdjęcia stacji były bardzo specyficzne. Niektórym mogłyby się wydawać odstraszające. Wiedziałam, że to jest coś dla mnie.
Milion niespodzianek
Przeprowadzka na wieś wiązała się nie tylko z remontem, ale też ze zmianą nawyków. - Pierwsze dwa lata były czasem adaptowania się do tej przestrzeni, obejmowania jej swoją uwagą. Tu jest milion niespodzianek, tak duża przestrzeń jest czymś zupełnie innym niż mieszkanie - mówi Monika Kucia. - Trzeba też nauczyć się tego, że na wsi od listopada do kwietnia jest ciemno, zimno, to psychicznie jest bardzo trudne.
Choć budynek, w którym zamieszkała Monika od lat nie pełni już swojej pierwotnej funkcji, w jego wnętrzu i otoczeniu wciąż można znaleźć ślady kolejowej przeszłości: w ogrodzie stoją stare, betonowe lampy, a w korytarzu pozostawiono wnęki po okienkach kasowych. Jakie jeszcze kolejowe tropy zachowały się na stacji? Jaką funkcję pełną dziś dawny magazyn buraków, pokój zawiadowcy i poczekalnia? I jakie niespodzianki sprawia swoim mieszkańcom 120 letni budynek? Tego dowiecie się z nowego odcinka podcastu "Zamieszkanie".








