Chciałam sama zobaczyć, jak wygląda granica w obecnej sytuacji
Agresja Rosji na Ukrainę trwa już kolejny rok, a sytuacja na wschodniej granicy Polski od dawna nie przypomina tej, którą znamy z innych europejskich przejść granicznych. Szczególnie granica z Białorusią stała się miejscem wzmożonych kontroli i działań związanych z bezpieczeństwem. Część przejść pozostaje zamknięta.
Kiedy pierwszy raz pojechałam na Białoruś, chciałam nie tylko zobaczyć sam kraj, ale przede wszystkim przekroczyć granicę własnym samochodem i zobaczyć na własne oczy, jak wygląda sytuacja w miejscu, o którym w Polsce tak dużo się mówi.
Pierwsza granica, na którą trafiłam, była zamknięta. Mimo to udało mi się porozmawiać z jednym z funkcjonariuszy. Zapytałam, dlaczego przy zamkniętym przejściu jest tak dużo pracowników. Usłyszałam, że między innymi ze względu na poszukiwanie szpiegów i terrorystów.
Nie była to może najbardziej komfortowa rozmowa, zwłaszcza że odbywała się w towarzystwie mężczyzny uzbrojonego po zęby. Ale w moim przypadku ciekawość chyba zawsze okazuje się silniejsza od strachu.
Po obu stronach granicy od razu zwróciłam uwagę na dużą liczbę funkcjonariuszy. Od początku było czuć, że nie jest to zwykłe przejście graniczne.
Ostatecznie udało mi się przekroczyć granicę w Terespolu. Tam czekała mnie już wielogodzinna kolejka, choć w przypadku samochodów nie było to nic w porównaniu z autobusami. Te potrafiły stać nawet około 20 godzin.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że sama kontrola graniczna nie będzie dla mnie najbardziej zaskakującą częścią tej podróży. Ale w tym tekście właśnie na niej chcę się skupić. Przejdźmy więc do prawdziwych "smaczków".

"Zapłacę, tylko błagam, niech mnie pani przewiezie przez granicę"
Zarówno po polskiej, jak i po białoruskiej stronie ludzie podchodzili do samochodów, które stały w kolejce i czekały na odprawę, próbując namówić kierowców, żeby przewieźli ich przez granicę.
Podchodzili również do mnie. Zaczynali mówić po rosyjsku, ale bardzo szybko i płynnie zmieniali język, przechodząc na polski albo angielski, kiedy widzieli, że po rosyjsku niekoniecznie chcę z nimi rozmawiać. Pytali, czy mogę ich zabrać ze sobą, a w zamian oferowali pieniądze albo wódkę.
Jeden z mężczyzn podszedł do mnie po polskiej stronie i zapytał, czy mogłabym go przewieźć. Kiedy odmówiłam, zachował się normalnie i po prostu odszedł. Po stronie białoruskiej sytuacja wyglądała już inaczej. Kiedy odmówiłam jednemu z mężczyzn, zrobił się bardzo niemiły.
Cała sytuacja była dla mnie na tyle dziwna, że zapytałam o nią jedną ze strażniczek. Na początku wyglądała na zaskoczoną moim pytaniem, jakby sama nie do końca wiedziała, co mi odpowiedzieć. Chwilę później skwitowała to krótko: "Nigdy ich nie zabierajcie. To ludzie z problemami, których normalnie nie puszczają. Wy mielibyście przez to problemy".
Właściwie dokładnie tego się spodziewałam. Nie wiedziałam, kim byli ci ludzie ani co dokładnie chcieli przewieźć, więc nawet przez chwilę nie brałam pod uwagę, żeby się zgodzić.
Cały czas dziwiło mnie jednak coś innego. Granica była strzeżona, monitorowana i pełna funkcjonariuszy, a mimo to ludzie mogli po prostu chodzić od samochodu do samochodu i pytać kierowców, czy ich przewiozą.
Dla mnie był to dość absurdalny widok. Z jednej strony ogromne kontrole, otwiera się w nowym oknie i funkcjonariusze, a z drugiej osoby, które bez większego problemu podchodzą do kolejnych samochodów i próbują znaleźć kogoś, kto zgodzi się zabrać je ze sobą.

Po stronie białoruskiej było zdecydowanie bardziej surowo
Sama granica zrobiła na mnie bardzo mocne wrażenie. Po stronie białoruskiej wszystko wydawało się bardziej restrykcyjne, a funkcjonariusze byli zdecydowanie mniej przyjaźni. Jest to, jak się pewnie domyślacie, eufemizm.
Oczywiście nie wszyscy. Byli też mężczyźni, którzy zachowywali się wobec mnie normalnie i byli mili. Wielu z nich wyglądało jednak bardzo młodo. Myślę, że niektórzy mogli mieć nawet mniej niż 20 lat. "Witamy na Białorusi, panienka ma dobry czas!". Naiwne, w pewnym sensie nawet sympatyczne, a mnie w żaden sposób nie obrażało.
Cała atmosfera była jednak zupełnie inna niż po polskiej stronie. Na samej granicy znajdował się ogromny plakat informujący, że jakakolwiek próba wręczenia łapówki może skończyć się wysoką grzywną, a nawet więzieniem. A uwierzcie mi, do takiego miejsca nie chcielibyście trafić. I mówię to z doświadczenia.
Trudno było zapomnieć, że znajduję się przy granicy państwa, z którym Polska ma obecnie bardzo napięte relacje. To nie jest miejsce, w którym można po prostu wysiąść z samochodu i poczuć się jak podczas zwykłej podróży po Europie.
Duty free jak z Polski z 2000 roku
Po przekroczeniu granicy weszłam jeszcze do białoruskiego duty free. To było jedno z najbardziej surrealistycznych doświadczeń podczas całej podróży. Miałam wrażenie, jakbym nagle znalazła się w Polsce około 2000 roku. Z jednej strony bardzo szczegółowe kontrole i ogromna liczba funkcjonariuszy, a z drugiej sklep, który wyglądał, jakby zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. To był jeden z tych momentów, kiedy naprawdę poczułam, że jestem w zupełnie innym miejscu.
Czy było warto?
Pojechałam tam przede wszystkim z ciekawości. Chciałam zobaczyć na własne oczy, jak wygląda granica i sytuacja w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Nie żałuję samego przekroczenia granicy. Żałuję natomiast kolejnej wycieczki i tego, co wydarzyło się później. Ale o tym napiszę już w kolejnym tekście.
* Od redakcji: Przypominamy, że polskie MSZ odradza podróżowanie na Białoruś. Wszelkie informacje znaleźć można na stronach rządowych, otwiera się w nowym oknie.











