W skrócie
- Filipiny kojarzone są zarówno z pięknymi plażami i luksusowymi resortami, jak i ze skrajnym ubóstwem oraz silnymi kontrastami społecznymi.
- Stolica kraju, Manila, pokazuje bezpośrednią bliskość bogactwa oraz biedy, gdzie luksusowe apartamenty sąsiadują z dzielnicami takimi jak Tondo, znanymi z ogromnego wysypiska śmieci i życia w bardzo trudnych warunkach.
- Wielu mieszkańców biedniejszych dzielnic utrzymuje się z pracy przy odpadach, a część z nich korzysta z pagpag, czyli posiłków przygotowanych z resztek jedzenia ze śmietników, podczas gdy bogatsi Filipińczycy żyją w luksusowych dzielnicach i korzystają z ekskluzywnych przywilejów.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Filipiny poza resortami. Dlaczego skupiam się na Manili?
Jadąc na Filipiny, świadomie postanowiłam skupić się głównie na Manili. Większość turystów wybiera Boracay albo inne rajskie wyspy, które znamy z Instagrama i folderów biur podróży. I faktycznie, Filipiny są ogromne, piękne, a luksusowe resorty naprawdę istnieją. Problem w tym, że ta rzeczywistość, jak wielokrotnie podkreślali moi filipińscy znajomi, często funkcjonuje głównie dla turystów. I to przede wszystkim tych "białych z Zachodu". Trudno więc uznać ją za pełny obraz kraju.
Stolica Filipin. Kilka metrów dzieli tu bogactwo od skrajnej biedy
Już pierwszego dnia zobaczyłam rzeczy, których właściwie nie da się "odzobaczyć". Z jednej strony nowoczesne wieżowce, luksusowe apartamenty, ogromne galerie handlowe i baseny na dachach. Z drugiej dzieci chodzące boso po ulicach, matki żebrzące z niemowlętami na rękach i ludzie śpiący dosłownie przy chodnikach czy pod słupami energetycznymi.
Najbardziej uderzyło mnie to, że w stolicy bieda i bogactwo praktycznie nie są od siebie oddzielone. W wielu krajach istnieją biedniejsze i bogatsze dzielnice, ale tutaj wszystko miesza się ze sobą niemal na jednej ulicy. Można wyjść z luksusowej galerii handlowej, a chwilę później minąć ludzi śpiących na kartonach albo dzieci siedzące boso przy ruchliwej drodze.
Podczas moich podróży widziałam już biedę, między innymi w Maroku, ale tam mimo wszystko miałam poczucie, że wszystko funkcjonuje w obrębie jednej kultury i jednego rytmu życia. Tutaj momentami miałam wrażenie, jakby istniały dwa zupełnie różne światy wrzucone do jednego miasta.

Tondo i Smokey Tours. Miejsce, które trudno wyrzucić z głowy
Jednym z najbardziej szokujących doświadczeń podczas tego wyjazdu była dla mnie wizyta w Tondo, jednej z najbiedniejszych dzielnic stolicy Filipin. Szokującym. I nie jest to hiperbola ani clickbait. Szacuje się, że mieszkają tam setki tysięcy osób. To ogromne, przeludnione miejsce od lat kojarzone jest ze skrajną biedą oraz Smokey Mountain, czyli słynnym "Dymiącym Wzgórzem". Nazwa wzięła się od gigantycznego wysypiska śmieci, które przez lata funkcjonowało w tej części miasta. Odpady nieustannie się tliły, a nad okolicą unosił się gęsty dym przypominający smog. Dla wielu mieszkańców wysypisko było jednocześnie miejscem pracy i źródłem utrzymania. Ludzie godzinami przeszukiwali odpady, szukając rzeczy nadających się do sprzedaży, recyklingu albo nawet jedzenia. Choć oficjalnie wysypisko zamknięto lata temu, problem biedy nie zniknął razem z nim. Wiele rodzin nadal żyje tam w skrajnie trudnych warunkach, a część mieszkańców wciąż utrzymuje się z pracy przy odpadach i zbieraniu surowców nadających się do sprzedaży.
Pojechałam tam sama, ale na miejscu trafiłam na organizację Smokey Tours. Wiele osób zarzuca takim miejscom coś, co określa się jako "turystykę biedy", czyli niemoralne pokazywanie życia najuboższych pod turystów. Rozumiem te argumenty i sama przed wyjazdem miałam sporo wątpliwości. Na miejscu wyglądało to jednak inaczej, niż sobie wyobrażałam.
Nie chodziło o robienie sensacji ani oglądanie biedy jak atrakcji turystycznej, ale raczej o próbę zrozumienia codzienności mieszkańców i problemów, z którymi mierzą się każdego dnia. Przewodnicy dużo opowiadali o historii tego miejsca i realiach życia rodzin mieszkających w Tondo. Organizatorzy bardzo pilnowali też zasad.
Nie można było rozdawać dzieciom pieniędzy, ponieważ według nich prowadzi to do jeszcze większego uzależnienia rodzin od żebractwa.
Szczerze mówiąc, było to dla mnie bardzo trudne. Kiedy przechodzisz obok ludzi żyjących w skrajnej biedzie, naturalnym odruchem jest chęć pomocy. Z własnej kieszeni kupowaliśmy więc jedzenie, bo tylko na to organizatorzy pozwalali. I nawet jeśli jedno euro realnie nie zmieni niczego w skali całego problemu, to dla niektórych rodzin może oznaczać posiłek na cały dzień. Co ciekawe, za każdym razem, gdy spotykałam lokalnych mieszkańców, uśmiechali się od ucha do ucha. Zarówno dorośli, jak i dzieci.

Pagpag, czyli jedzenie ze śmietnika. Rzeczywistość, w którą trudno uwierzyć
Właśnie w Tondo pierwszy raz usłyszałam o pagpag. Tak na Filipinach określa się jedzenie przygotowywane z resztek wyrzuconych wcześniej przez innych ludzi, najczęściej z fast foodów. Takie resztki są ponownie czyszczone, smażone i sprzedawane dalej, bo dla części mieszkańców to po prostu najtańszy sposób, żeby cokolwiek zjeść. I naprawdę trudno uwierzyć, że coś takiego istnieje, dopóki nie zobaczy się tego na własne oczy.
Wąskie uliczki, prowizoryczne domy zbudowane z blachy, dzieci biegające pomiędzy skuterami i ludzie próbujący normalnie funkcjonować w warunkach, które dla większości Europejczyków byłyby niewyobrażalne. A jednocześnie życie tam po prostu toczy się dalej.
Baseny na dachach i prywatne wyspy. Tak żyją najbogatsi Filipińczycy
Z drugiej strony Manila ma też miejsca wyglądające jak kompletnie inny świat. Najbogatsze dzielnice znajdują się głównie w Makati i Bonifacio Global City, czyli nowoczesnym centrum biznesowym pełnym luksusowych condo, apartamentowców i biur międzynarodowych firm. To właśnie tam znajdują się najdroższe mieszkania w kraju, ekskluzywne galerie handlowe, modne restauracje i baseny na dachach wieżowców. Momentami bardziej przypomina to Singapur niż stereotypowy obraz Filipin.
Bogaci Filipińczycy wypoczywają też w zupełnie innych miejscach niż większość turystów. Jednym z najbardziej ekskluzywnych jest prywatna wyspa Balesin Island, dostępna głównie dla członków zamkniętego klubu i ich gości. Luksusowe wille, prywatne plaże i wysokie opłaty członkowskie pokazują, jak ogromne kontrasty istnieją w tym kraju.
Filipiny, których wielu turystów nigdy nie zobaczy
Oczywiście, Filipiny potrafią być przepiękne. Mają niesamowitą naturę i cudowne plaże. Ale jednocześnie istnieje też druga strona tego kraju. Znacznie trudniejsza, bardziej brutalna i momentami bardzo przygnębiająca.
I właśnie te kontrasty zostały ze mną najmocniej. To one skłoniły mnie do podzielenia się swoimi refleksjami ze światem. Czuję, że mam wręcz moralny obowiązek, by o nich opowiedzieć.
Nie widoki z Instagrama ani zachody słońca, ale obraz dzieci chodzących boso po rozgrzanym betonie, ludzi śpiących na ulicach i świadomość, że dla wielu osób to po prostu codzienność.














