W skrócie
- Polka od 15 lat mieszka w Szkocji, łącząc życie w dwóch kulturach i opisując swoje codzienne doświadczenia bez upiększeń.
- Wskazuje na różnice pomiędzy Polakami a Szkotami dotyczące rodzicielstwa, podejścia do życia i codziennych zwyczajów.
- Podkreśla, że emigracja wiąże się z koniecznością odnalezienia się w nowej rzeczywistości i że część serca zawsze pozostaje w ojczyźnie.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Karolina Wachowicz: Jak trafiłaś do Szkocji i w którym momencie zwykły wyjazd zamienił się w życie na stałe?
Beata Ogieniewska: To jest ciekawe, bo to był zupełny przypadek. W swoim rodzinnym mieście, Płocku, prowadziłam na starówce kebab i generalnie wszystko było, jak należy. Spotkałam znajomą, która mieszkała w Edynburgu, i powiedziała do mnie: "Beata, to jest kraj dla ciebie!".
Po krótkiej rozmowie długo się nie zastanawiałam i powiedziałam: "Ok, jadę!". Ona zadeklarowała, że mi pomoże, więc wróciłam do domu, porozmawiałam z rodziną i kupiłam bilet na następny tydzień. Dokładnie pamiętam datę - 11.09.2011.
Byłam miesiąc po ślubie, miałam już wtedy dwójkę dzieci i własny biznes, a jednak czułam, że to jest mój kierunek. Dość szybko się osiedliłam, poczułam taką nieopisaną wolność i wiedziałam, że do Polski będę wracać już tylko na wakacje.
Jak wyglądała reakcja rodziny i znajomych, kiedy oznajmiłaś, że związałaś się ze Szkotem i zostajesz za granicą?
- Z moim mężem nie ułożyło się tak, jakbyśmy tego chcieli, więc przyszło rozstanie. Po dłuższym czasie bycia samotną mamą spotkałam Jamesa.
Nie było łatwo powiedzieć, szczególnie dzieciom, że kogoś poznałam, w dodatku Szkota, z inną kulturą i językiem. Ale ta bariera bardzo szybko została przełamana i do dziś są najlepszymi kumplami.
Najbardziej przeżyła to chyba moja mama. Pamiętam jej słowa: jak ja będę z nim rozmawiać, Beata? A teraz to jest jedna wielka komedia, bo mieszkamy razem z mamą. Nauczyli się ze sobą komunikować - mama po polsku, James po angielsku i naprawdę bywa bardzo śmiesznie.
Jakie były największe różnice między tobą a twoim partnerem na początku związku? Były jakieś kulturowe zderzenia?
- Najbardziej różniło nas podejście do problemów. Ja jestem Polką - lubię wszystko przeanalizować, przegadać i znaleźć rozwiązanie od razu. James potrafi powiedzieć: "Zobaczymy jutro". Na początku doprowadzało mnie to do szału. Myślałam, że jemu nie zależy. Dopiero z czasem zrozumiałam, że to nie brak zaangażowania, tylko zupełnie inne podejście do życia.
Jeżeli chodzi o kulturowe zderzenia, to chyba bardziej takie oczywiste, jak święta. Ja jestem nauczona tradycyjnych polskich świąt, a u nich wygląda to trochę jak kolejny wolny dzień. Największą wagę przykładają do prezentów i to właśnie wydaje się dla nich najważniejsze.
Polka i Szkot pod jednym dachem. Konflikty są wpisane w domowe życie - jakie tematy najbardziej was różnią?
- Myślę, że jak większość par spieramy się głównie o codzienne sprawy. Ja lubię wiedzieć, mieć plan i działać od razu. James potrafi odkładać rzeczy w nieskończoność. Kiedy ja się stresuję, on patrzy na wszystko bardziej na luzie i właśnie dzięki temu nauczyłam się dużo częściej odpuszczać. Chyba właśnie ten jego luz i spokój cenię w nim najbardziej.
Wychowujecie dzieci w dwóch kulturach. Co najbardziej różni szkockie i polskie podejście do rodzicielstwa?
- Przede wszystkim u Szkotów jest mniejsza presja na bycie idealnym rodzicem, a przez to są też mniej oceniani. Oczywiście nie oznacza to, że szkockim rodzicom mniej zależy, ale jest to widoczne gołym okiem.
Nikt nie komentuje, jak dziecko jest ubrane, co je czy czy rozwija się wystarczająco dobrze. Mam wrażenie, że szkoccy rodzice dają dzieciom więcej przestrzeni do popełniania błędów i samodzielnego odkrywania świata. W Polsce mam wrażenie, że bardziej chcemy chronić, pilnować i mieć wszystko pod kontrolą.
Z polskiego podejścia bardzo lubię zaangażowanie rodziców. Mam wrażenie, że jesteśmy bardziej oddani i dla swoich dzieci jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Ze szkockiego podejścia najbardziej cenię luz i zaufanie do tego, że dziecko nie musi być perfekcyjne, żeby było szczęśliwe.

Co najbardziej zaskoczyło cię w mentalności Szkotów po przeprowadzce?
- Najbardziej chyba to, że mniej przejmują się opinią innych. Oczywiście nie wszyscy, ale mam wrażenie, że tutaj jest większe przyzwolenie na bycie sobą.
Uwielbiam to, jak obcy sobie ludzie potrafią się do siebie uśmiechnąć, powiedzieć "cześć", zagadać czy po prostu pomóc sobie bez żadnego interesu.
W Polsce często mówi się, że Brytyjczycy są chłodni i zdystansowani. Jak jest naprawdę ze Szkotami?
- Ja mam zupełnie inne doświadczenia. Szkoci są otwarci, uprzejmi i życzliwi. Nie wszyscy od razu - czasem potrzebują czasu, żeby kogoś lepiej poznać - ale na co dzień są naprawdę bardzo uprzejmi.
Przez te 16 lat spotkałam się z dużo większą ilością życzliwości niż niechęci.
Jak Szkoci reagują na Polaków? Spotkałaś się kiedyś z niechęcią, stereotypami albo wręcz przeciwnie - z wyjątkową życzliwością?
- Przez większość czasu nie czułam się w Szkocji traktowana inaczej tylko dlatego, że jestem Polką. Oczywiście, zdarzają się stereotypy, ale moje doświadczenia są głównie pozytywne.
Pamiętam sytuację, kiedy pomagałam starszej kobiecie przejść przez pasy. Usłyszała mój akcent i od razu zapytała, skąd pochodzę. Kiedy odpowiedziałam, że z Polski, zaczęła wspominać historię i mówić, jak bardzo ceni Polaków oraz nasz wkład podczas wojny. To była jedna z tych chwil, które zostają w pamięci i pokazują, że czasem ludzie noszą w sobie ogromny szacunek do naszego narodu.
Jaka jest największa wada życia w Szkocji, o której nie mówi się na Instagramie?
- Największą wadą życia w Szkocji nie jest dla mnie pogoda, choć często właśnie o tym się mówi. Bardziej brakuje mi małych rzeczy, które trudno wyjaśnić komuś, kto nigdy nie mieszkał za granicą.
Czasem jest to zapach Polski po wyjściu z lotniska, czasem spontaniczne spotkania z przyjaciółmi, których znam od lat. Albo piwo nad Wisłą.
Na co dzień nie myślę o tym często, bo Szkocja jest moim domem i dobrze mi się tutaj żyje. Są jednak takie chwile, kiedy człowiek uświadamia sobie, że niezależnie od tego, jak długo mieszka za granicą, część jego serca zawsze zostaje w domu.

Czy po latach za granicą jest coś w polskiej mentalności, co zaczęło cię irytować, kiedy przyjeżdżasz do kraju?
- Niestety tak, chociaż chciałabym, żeby było inaczej.
Mam wrażenie, że w Polsce zbyt bardzo przejmujemy się opinią innych. Oczywiście nie wszyscy, ale jednak. Po latach w Szkocji bardzo doceniam podejście: "Żyj i daj żyć innym". Chciałabym, aby Polska trochę sobie odpuściła.
Co najbardziej szokuje Polaków, którzy odwiedzają Szkocję po raz pierwszy albo oglądają twoje materiały?
- Ludzie pytają mnie o zamki, kilty czy whisky, a są zaskoczeni tym, że rzeczywistość jest dużo bardziej zwyczajna.
No i pogoda - zdecydowanie. Słyszy się o niej, ale kiedy doświadcza się czterech pór roku w ciągu jednego dnia, to naprawdę jest to dziwne zjawisko. Słońce, deszcz, wiatr, znowu słońce, ulewa i ponownie słońce - wszystko dosłownie w ciągu 30 minut.
Ale też życie emerytów. Oj, uwielbiam to oglądać. Nie siedzą w domu z założeniem, że "nie wypada". Mam wrażenie, że prowadzą ciekawsze życie towarzyskie niż niejeden trzydziestolatek. Serio, uwielbiam to.
Siedzą w pubach, chodzą na karaoke, tańczą. Piękne.
Gdybyś miała powiedzieć jedną rzecz osobom marzącym o przeprowadzce do Szkocji, której nie dowiedzą się z przewodników ani social mediów, co by to było?
- Powiedziałabym: nie oceniaj emigracji po zdjęciach z Internetu. Oczywiście Szkocja jest przepiękna, ale życie na emigracji zaczyna się wtedy, kiedy kończą się wakacje.
Trzeba zbudować normalne życie, znaleźć przyjaciół, swoje miejsce i poczuć się jak u siebie.
Szkocja dała mi bardzo dużo możliwości i stała się moim domem, ale niezależnie od tego, dokąd wyjedziesz, zawsze zabierasz ze sobą siebie. Najważniejsze jest to, jakim jesteś człowiekiem i jakie życie zbudujesz wokół siebie.












