Karyntia, czyli słońce w dużych dawkach. Austriacki region, w którym poczujesz wiosnę
Po takiej zimie chciałoby się w cieple wytarzać. Gdyby tylko było możliwe objąć słońce, zjeść je łyżkami, ułożyć się w promieniach jak kot. Spakować walizkę i jechać tam, gdzie wiosna rozszalała się już w pełni, wziąć odwet za cztery miesiące zimy. Tym bardziej, że wcale nie trzeba pędzić daleko. Półtorej godziny lotu z Polski, pięć godzin jazdy samochodem, na południu Austrii, leży Karyntia. Region, który natura obdarzyła nie tylko szczęśliwą kombinacją gór i pojezierza, ale też wyjątkowo obfitą dawką słońca.

Spis treści:
- Panorama przed sezonem
- Kraina tysiąca jezior
- Villach - niezwykłe miasto niezwykłych mieszkańców
- Z doliny na szczyt, czyli park narodowy Dobratsch
- Morze skał
- Nagroda na każdym kroku
- Podsumowanie
Panorama przed sezonem
Wieczór, niby ciepło, ale lepiej mieć ze sobą kurtkę. Kiedy podjeżdżasz rowerem bliżej jeziora, zaczyna ciągnąć od wody. Chłodne powietrze przywiewa zapach rozkładu roślin, lasu, mokrych desek pomostu. Tak pachną leniwe wakacje.
To, co wokół, zapowiada, jak mogłyby wyglądać: długi, drewniany budynek, w którym zrzuci się zwykłe ciuchy i wskoczy w strój kąpielowy; piasek, który przyklei się do stóp, gdy wstanie się z leżaka; długi pomost, z którego po drabince wejdzie się do wody. Kawiarnia z tarasem - tam wypije się kawę z kostką lodu; hangar na łódki - miło będzie powiosłować na środek tafli; żółta, kręcona zjeżdżalnia - zjedzie się nią do jeziora jeszcze raz i jeszcze, aż końce palców zrobią się sine od chłodnej wody. Albo i nie - nawet teraz, w marcu, przed sezonem, kiedy zanurza się w niej palce, jest przyjemnie letnia. Obiecuje zachwyty późnej wiosny i lata.

Pionowa tablica wbita w piasek informuje, gdzie jesteśmy: "Panorama Beach" - Plaża Panorama. Dobra nazwa, bo widok, który roztacza się z pomostu, rzeczywiście jest wart odnotowania. Linię jeziora otacza las, za nim zaś wypiętrzają się ostre sylwetki gór. Za dnia, gdy słońce jest wysoko, stoki są szarymi bryłami, poznaczonymi plamami śniegu, woda zaś ma intensywny, turkusowy kolor. Chociaż wydaje się on lekko nierzeczywisty, to żadna magia, a wapienne skały odbijające światło. Wieczór jednak wszystkim tym elementom nadaje niebieską barwę. Jest cicho, trochę melancholijnie, jak to przed sezonem.
Patrzenie na wodę i góry w takiej atmosferze uspokaja, ma w sobie coś medytacyjnego. Może to właśnie idealny moment, żeby odwiedzić Karyntię i patrzeć, jak wiosna bierze we władanie ten najbardziej słoneczny land Austrii. Jedno z tych miejsc, które oferują wodę i góry, rower i narty, słońce i śnieg, sport i kulturę. "Do wyboru, do koloru" - chciałoby się powiedzieć, tylko po co wybierać, skoro można mieć wszystko?
Kraina tysiąca jezior

Chociaż myśli nad wodą krążą swobodnie, czas na kilka konkretów. Zacznijmy od tych najbliższych - jezioro, na które patrzymy, to Faaker See, położone kilka kilometrów od miasta Villach, o powierzchni ponad dwóch kilometrów kwadratowych - jedno z tysiąca na austriackim pojezierzu.
Choć liczba "tysiąc" robi wrażenie ogromu, w którym trudno o indywidualny charakter, każdy z akwenów ma swój wyjątkowy rys, który odróżnia go od pozostałych. Dla przykładu: Faaker See, z uwagi na liczbę słonecznych godzin, jakimi cieszy się jego okolica, nazywane jest czasem "słonecznym jeziorem". Największym zbiornikiem w regionie jest zaś Wörthersee, którego powierzchnia wynosi blisko 20 kilometrów kwadratowych i nad którego brzegiem wzniesiono eleganckie wille. Czy prezentuje się malowniczo? Za odpowiedź niech starczy fakt, że rezydencje nad jego brzegiem budowano od renesansu, a widok otoczonej górami tafli inspirował ponoć Brahmsa i Mahlera.
Najcieplejszym jeziorem Karyntii jest natomiast Klopeiner See - jego wody latem osiągają temperaturę nawet 28°C, a najbardziej romantycznym - Millstätter See, którego linia brzegowa oferuje liczne zatoczki, idealne do przejażdżki łódką we dwoje. Jest i Weissensee, o długiej, ale wąskiej tafli rozciągającej się między niewielkimi wioskami, oraz Ossiacher See, na którym można uprawiać najrozmaitsze rodzaje sportów wodnych, a panujące tutaj warunki cenią nawet surferzy.
W Polsce hasło "pojezierze" budzi odruchowe skojarzenia z Mazurami, jednak nawet krótka wizyta w obu tych miejscach pozwala stwierdzić, że różnic między nimi jest więcej niż podobieństw. Odmienności zawierają się nie tylko w krajobrazie, ale przede wszystkim w atmosferze. Podczas gdy na Mazurach dostajemy swojskość i trochę przestrzennego chaosu, w Karyntii znajdziemy mieszankę spokoju i elegancji. Wzdłuż linii brzegowej ciągną się niewielkie, kamienne miasteczka, w których pejzażu dominantę stanowią smukłe, białe wieże kościołów. Dostrzec można też eleganckie pensjonaty, które często pamiętają czasy naszych pradziadków.

Jest odrobinę jak we Włoszech - i niebezpodstawna to konotacja. Karyntia graniczy przecież ze Słowenią i Włochami. - Sąsiedztwo to bliskość nie tylko geograficzna, ale i kulturowa. W miastach można zauważyć ją w architekturze; w restauracjach - w serwowanych potrawach; a w kontaktach z ludźmi - nie tyle w akcencie i słownictwie, co w charakterystycznym, kojarzonym z południem luzie i bezpośredniości - mówi mi Martin, zimą pracujący jako instruktor w jednym z tutejszych ośrodków narciarskich.
Po wodach jezior można poruszać się tym, czym tylko sobie zamarzy: łodzią wiosłową, kajakiem, kanadyjką, SUP-em - wszystko jest w zasięgu ręki. Doskonałym środkiem do przemieszczania się lądem po austriackiej krainie jezior jest rower.
Jeden z wytyczonych szlaków pozwala zaplanować wycieczkę, na trasie której znajdzie się sześć akwenów. Przyjemny wysiłek, przerywany kąpielami w jeziorze - brzmi jak całkiem dobry przepis na wiosenny dzień. Trochę ruchu, trochę lenistwa, w proporcjach takich, jakie każdy lubi najbardziej.
Villach - niezwykłe miasto niezwykłych mieszkańców
Jeśli w Karyntii wszystko można, a niczego nie trzeba, to nie trzeba również wybierać między wiejskim a miejskim stylem życia. Kto z jednej strony lubi przemierzać szlaki w sportowym stroju, a z drugiej usiąść w modnej stylizacji na tarasie kawiarni, tutaj może połączyć obie aktywności. W końcu od Faaker See do Villach, drugiego co do wielkości miasta regionu, jest niecałe dziesięć kilometrów. Warto wybrać się na wycieczkę, bo to miasto jest jedyne w swoim rodzaju.

Choć otoczone górami, nie przypomina typowego ośrodka w alpejskim stylu. W jego estetyce wyraźne są nie tylko wielkomiejskie ambicje, ale też utrwalana przez wieki zamożność i jeszcze starsza od niej tradycja. Korzenie Villach sięgają starożytności - w czasach rzymskich biegła tędy jedna z ważniejszych dróg Europy, wykuty w skale dukt łączący tereny dzisiejszych Włoch ze wschodnimi Alpami. W X wieku miasto znalazło się pod kontrolą biskupów bamberskich. Było bogatym i uprzywilejowanym ośrodkiem - mogło pobierać cła, bić monetę, organizować jarmarki. Przeżywało momenty chwały, jak w późnym średniowieczu, gdy określano je jako jeden z najważniejszych ośrodków w regionie, i grozy - jak w XIV i XVII wieku, gdy niszczyły je trzęsienia ziemi. Częścią Austrii ostatecznie stało się w 1759 roku, kiedy to cesarzowa Maria Teresa wykupiła je z rąk duchownych.
Ta pigułka historycznej wiedzy na pewno pomaga w odkrywaniu miasta, pozwala postrzegać je w pełniejszy sposób. Jednak nawet bez niej drugie (po Klagenfurcie) największe miasto regionu i tak robi wrażenie. Wzdłuż jego ulic ciągną się fasady kamienic - szczególnie mocno reprezentowana jest secesja, z jej pastelowymi tynkami, gzymsami ozdabianymi girlandami kwiatów i balustradami kutymi w zawijasy. Sporo jest też geometrycznego, eleganckiego art déco.
Oba te style, oglądane na tle górskiego krajobrazu, robią niezapomniane wrażenie. Jakby ktoś zbliżył do siebie dwa odległe światy, a one, ku zaskoczeniu widzów, odnalazły wspólny język. Właśnie w atmosferze tego miasta wybrzmiewa to, o czym mówił Martin: splot elementów austriackich i włoskich, alpejskich i śródziemnomorskich, górskiego krajobrazu i południowego luzu.

Niech ta mieszanka zmaterializuje się w jednym obrazku: jeden z placów w Villach, w jego centrum - kościół: gotycka świątynia pod wezwaniem św. Jakuba z wolnostojącą kampanilą. Obok kościoła, tuż przy omszałym murze, w małej zatoczce stworzonej przez zabudowę - kilka kawiarnianych stolików. Takich, przy których przysiada się, wracając z pracy, żeby wypić espresso. Niby w samotności, ale przecież zaraz dosiada się ktoś znajomy. Dziś to niemożliwe? Dzisiaj wszyscy się spieszą? Nie - tutaj łatwo uwierzyć, że wciąż istnieją miejsca, w których można pozwolić sobie na taki luz i spontaniczność. A jeśli będziemy mieli szczęście, może dosiądzie się do nas jakiś lokalny gawędziarz i opowie kilka anegdot o tym, jak to się kiedyś w Villach żyło? Albo jeszcze lepiej - o tym, kto w Villach mieszkał.
Bo na przykład: Paracelsus - słynny lekarz, filozof i farmaceuta - spędził tu dzieciństwo i młodość.
Bo na przykład Anna Neumann - jedna z najbardziej wpływowych kobiet swoich czasów (żyła w XVI wieku). Przeżyła - jak głosi legenda - proces o czary i sześciu mężów, a dzięki mądrym decyzjom zgromadziła ogromny majątek.
Bo na przykład Karol V - władca imperium, który ponoć schronił się tu podczas jednego z konfliktów.
Albo po prostu mieszkanki Villach, które, gdy Maria Teresa w obawie o obyczajność kazała im nosić dłuższe niż tradycyjne, sięgające łydki spódnice, nie stosowały się do nakazu, nawet gdy groziło za to więzienie. A potem, dla świętego spokoju, doszyły do spódnic cienkie, zielone szarfy i na rozmaitych folklorystycznych imprezach noszą taki model do dziś.

Kiedy wypije się ostatni łyk kawy spod kościoła, można ruszyć na krótki spacer ulicą Hauptplatz, miejskim deptakiem, przy którym - jak to zwykle w takich miejscach bywa - każdy adres opowiada historię. Pod numerem 26, w XV-wiecznym budynku, mieści się hotel, w którym nocowali m.in. Karol V, Maria Teresa i wnuk Napoleona Bonaparte. Kolumna stojąca na środku przypomina m.in. o zagrażających niegdyś miastu plagach, kamienny obelisk, na którego głowicy wyrzeźbiono kary grożące za niecne uczynki, jest zaś śladem dawnego systemu sprawiedliwości. Ulica, wzdłuż której rozstawiono kawiarniane stoliki (nawet w marcu do późnego wieczora można posiedzieć na zewnątrz), prowadzi aż do mostu na Drawie - najstarszego w mieście. Ludzie przeprawiają się nim od niemal tysiąca lat.
Można więc w Karyntii uprawiać sporty wodne, można zażywać miejskiego życia - co jeszcze? Cóż, skoro jest się w Alpach, grzechem byłoby nie pójść w góry. Chodźmy więc.
Z doliny na szczyt, czyli park narodowy Dobratsch
Podobno najpiękniejszy widok na Faaker See roztacza się o wschodzie słońca ze szczytu góry Mittagskogel. Ci, którzy znajdą w sobie dość siły (nie tylko tej fizycznej, ale i siły ducha), by wspiąć się na nią wczesnym rankiem, mogą zobaczyć, jak słońce zapala tafle kolejnych jezior. Kto jednak lubi pospać dłużej, nie powinien się martwić. W Karyntii szlaków do odkrywania i spektakularnych widoków nie brakuje, niezależnie od pory dnia.

Może więc na przykład spacer w parku naturalnym Dobratsch, najstarszym w regionie i jednym z najbardziej charakterystycznych dla tej części Alp? Zajmujący powierzchnię 70 kilometrów kwadratowych terenu wokół masywu Dobratscha nazywany jest czasem "zielonymi płucami Villach". Eksplorować można go na różne sposoby.
Ten, kto w górach chciałby spędzić kilkudniowy urlop, może wyruszyć na wędrówkę trasą o nazwie "Dobratsch Runde" - to podzielony na pięć etapów, 85-kilometrowy szlak, pozwalający na okrążenie masywu.
Miłośnicy lokalnych historii mogą zaś ruszyć szlakiem o nazwie Stollenwanderweg, pozwalającym na poznanie górniczej historii regionu. Zanim bowiem rozwinęła się tutaj turystyka, okolice Villach przez wieki utrzymywały się z górnictwa cynku i ołowiu. Do dziś pod doliną Bad Bleibeg ciągnie się podziemny labirynt korytarzy, których część udostępniono zwiedzającym. Kto nie chce schodzić (czy raczej zjeżdżać pod ziemię, bo początkową część trasy przebywa się tu kolejką), idąc szlakiem może wypatrywać pozostałości dawnych sztolni. To kilkadziesiąt punktów, które są jak wejścia do podziemnego świata.
My jednak na pierwszą wizytę w parku wybieramy prostą, półtoragodzinną trasę wiodącą z parkingu Rosstratte na szczyt Dobratscha. Głupio byłoby nie "przywitać" się z górą, która dała imię całemu obszarowi.
Morze skał

Zresztą już sam dojazd do parkingu, na którym rozpoczyna się szlak, jest spektakularny. To trasa nazywana Villacher Alpenstraße, uchodząca za jedną z najpiękniejszych panoramicznych dróg Austrii. Choć ma ona zaledwie 16 kilometrów, na przejazd warto zostawić sobie zapas czasu, tak by móc zatrzymać się w kilku wyznaczonych punktach widokowych. Jeden z nich - w formie platformy nad obszarem osuwiskowym "Schütt" - jest szczególnie wart uwagi. Wspomniane trzęsienie ziemi, do którego doszło w XIV wieku i którego konsekwencje w przypadku miasta są dziś niemal niedostrzegalne, tutaj w pełni pokazuje swój ogrom i swoje skutki. W wyniku wstrząsów bowiem doszło do gwałtownego oderwania i osypania się dużych partii zbocza. Dziś, gdy patrzy się z platformy w dół, można mieć wrażenie, jakby spoglądało się do wnętrza ziemi. W jej głębi rozciąga się zaś ogromny obszar wypełniony skalnymi odłamkami, morze czerwonych od rud żelaza kamieni.
Szlak, który wybraliśmy na dziś, rozpoczyna się kilka kilometrów wyżej. Przy wejściu na niego umieszczono tablicę z mapą obszaru. Zaznaczono na niej szlaki, schroniska, ale też… miejsca do kąpieli słonecznych. Tak, tutaj choć pod butami wciąż skrzypi śnieg, słońce operuje jak na plaży w środku sezonu. Żal nie skorzystać i nie poświęcić kilku minut na alpejskie leżakowanie. Jedna z przewodniczek tłumaczy, że jeszcze kilka lat temu funkcjonował tutaj ośrodek narciarski. - Z roku na rok śniegu było jednak coraz mniej, aż stanęliśmy przed decyzją: sztuczne naśnieżanie czy likwidacja resortu? Wybraliśmy likwidację - rozwiązanie bardziej korzystne dla natury - wyjaśnia Brigit, jedna ze strażniczek parku. - I wiecie, co jest zaskakujące? Teraz to miejsce przyciąga jeszcze więcej zainteresowanych.
Nagroda na każdym kroku
Wycieczka na Dobratsch to jedna z tych tras, które choć trochę męczące, nagradzają na każdym kroku. Szeroka droga prowadzi konsekwentnie pod górę, jednak poprowadzona trawersem, niemal przez cały czas oferuje spektakularny widok na pobliskie pasma górskie. Wspinając się na szczyt, za plecami można zobaczyć wspomniany Mittagskogel, po prawej stronie zaś - Gerlitzen, na którego zboczach działa przyjazny, rodzinny ośrodek narciarski. Szusować tutaj można aż do Wielkanocy, warto więc rozważyć możliwość połączenia wiosennego wyjazdu z zimowymi aktywnościami. Jak już wielokrotnie się rzekło - w Karyntii można wybierać, tylko po co, skoro da się mieć wszystko.

Panorama przyciąga wzrok, warto jednak uważać. Szerokim szlakiem poruszają się nie tylko piesi turyści, ale również skiturowcy (w warunkach takich jak tutejsze ten sport naprawdę ma sens. Spacer jest przyjemny, a droga powrotna przybiera formę długiego, kilkukilometrowego zjazdu) i… saneczkarze. Niektórzy mkną szlakiem, inni przecinają dziewicze połacie śniegu na stoku. I nie jest to aktywność wyłącznie dla dzieci, bynajmniej - temu rodzajowi rozrywki oddają się osoby w każdym wieku. Zresztą, kto by nie chciał spróbować.
Wejście na górę zajmuje około dwóch godzin - zgubić się nie sposób, nawet wtedy, gdy warunki pogodowe są mniej sprzyjające. Szlak wskazują okrągłe oznaczenia z numerami, które maleją w miarę zbliżania się do celu. Tym, którzy lubią pytać, czy "daleko jeszcze", takie rozwiązanie powinno szczególnie się spodobać. Mniej więcej od połowy trasy w oddali można dostrzec biało-czerwoną wieżę, najeżoną nadajnikami. To tam zmierzamy. Mimo wysiłku, jakiego wymaga pokonywanie wysokości, idzie się łatwo. Partie podejść przeplatają się z płaskimi odcinkami, a poza spektakularną panoramą uwagę od wysiłku odwracają też inne, typowo górskie atrakcje: drewniana chatka, mała kapliczka, strzałki na rozwidleniach szlaków, drewniane ławki i stoły w punktach widokowych. Są i tablice informacyjne oraz ekspozycje pojedynczych wygładzonych przez wodę kamieni i odłamków skał, w których zatopione są muszle, rośliny i skamieniałe zwierzęta - dowód na to, że tu, gdzie dziś piętrzą się szczyty, miliony lat temu, w Mezozoiku, falowało Morze Tetydy. Pejzaż trudny do wyobrażenia, chociaż… może jednak nie? Skrzące się w słońcu połacie śniegu wywołują podobne wrażenie bezkresu, przestrzeni nie do objęcia wzrokiem.

Na górze czeka zaś gratyfikacja nie tylko fizyczna (w postaci posiłku w schronisku), ale i - nazwijmy to - duchowa. Niemal obok siebie, na grzebiecie szczytowym, wzniesiono dwa kościoły: niemiecki i słoweński. Ta sakralna obfitość wynika, jak nietrudno się domyślić, z przygranicznego charakteru regionu. Obydwa kościoły są jednymi z najwyżej położonych w Alpach Wschodnich. Nawet u tych, którzy nie są religijni, ich widok może wywołać rodzaj wzruszenia. Ten niemiecki, położony bliżej schroniska, jest maleńki, szary, ze spadzistym dachem. Jednocześnie to budowla solidna, a przy tym wzniesiona z dbałością o estetykę. Nie ma w sobie zbyt wiele z prowizorki górskich kapliczek, przeciwnie - z powodzeniem mogłaby stanąć na rynku niewielkiego miasta. Kto miał dość determinacji, by wznieść świątynię w takim miejscu? Legenda głosi, że owym budowniczym był pasterz, któremu Matka Boska wskazała drogę we mgle. Obiekt na co dzień jest zamknięty, jednak i tak warto podejść do niego bliżej. Spod murów rozciąga się widok na cztery strony świata. Dla zmęczonych pod ścianą świątyni zamontowano chybotliwą drewnianą ławeczkę. Choć turystów jest dość sporo, czasem udaje się złapać kilka minut samotności. Oszukać głowę, że ten widok jest tylko dla nas.
Podsumowanie
Zima, ale i wiosna; wysiłek, ale też relaks; woda, ale także góry, prostota w połączeniu z miejskim komfortem, atrakcje na ziemi i pod jej powierzchnią - niewiele jest regionów, które oferują taką różnorodność na tak niewielkiej przestrzeni. Kto poczuje się tutaj najlepiej? Chociaż w Karyntii każdy znajdzie coś dla siebie, najlepiej poczują się tu ci, którzy lubią wypoczywać aktywnie - podczas urlopu nie tylko odpoczywać, ale też wysilić nieco mięśnie i głowę.

Ten region Austrii Polacy odwiedzają nieco rzadziej niż np. Tyrol czy Salzburg. Warto więc dać się pozytywnie zaskoczyć, zwłaszcza teraz - gdy wiosna daje o sobie znać z największą mocą, a słońce nad Alpami świeci, jakby miało nigdy nie zajść.
To także miejsce idealne dla tych, którym trudno o kompromisy. Wyjeżdżasz w grupie, w której jedna osoba lubi piesze wycieczki, inna sporty wodne, jeszcze inna muzea i architekturę, a ostatnia nie wraca z wakacji bez kilku instagramowych ujęć? Po pobycie w Karyntii wszyscy powinni być zadowoleni.
Można jeszcze zapytać, ile kosztują tego rodzaju przyjemności Jeśli chodzi o ceny, nie odbiegają one od tych w innych regionach kraju. Dwuosobowy pokój ze śniadaniem w okolicy Villach znajdziemy za ok. 400 zł za noc (choć to raczej dolna granica cenowa, poza sezonem), natomiast za obiekt w wyższym standardzie, z atrakcyjnym widokiem, trzeba będzie zapłacić już kilkaset złotych więcej. Obiad w restauracji to wydatek około 30 euro na osobę.
Co zaś z transportem? Najprostszym rozwiązaniem będzie oczywiście dojazd własnym samochodem. Najszybszym zaś - lot do Klagenfurtu z przesiadką w Wiedniu lub bezpośrednio do Ljubljany (ze stolicy Słowenii do Villach dojedziemy w niecałą godzinę).
To co? Majówka w Karyntii?
Zainspiruj się i zaplanuj swoją kolejną podróż. Nawet krótka wycieczka może zmienić perspektywę i dodać energii. Sprawdź, które miejsca w tym sezonie warto odwiedzić na styl.interia.pl/podróże










