Kto regularnie chodzi po górach, ten wie, że zwykle ceną za imponujący widok jest nie mniej imponujący wysiłek. Śnieżne Kotły wymykają się jednak tej regule, stanowiąc miejsce łatwo dostępne, przyjazne również dla turystów o słabszej kondycji, a jednocześnie oferujące spektakularne wrażenia wizualne. Macie wolne popołudnie i akurat jesteście w okolicach Jeleniej Góry? Pakujcie plecak, zakładajcie wygodne buty i ruszajcie na szlak. Przed wyjściem naładujcie jeszcze telefon - okazji do pstrykania zdjęć na pewno nie zabraknie.
Szlak dla sportowców, kolejka dla kuracjuszy

Zacznijmy od rozłożenia mapy. Śnieżne Kotły leżą w zachodniej części Karkonoszy między Wielkim Szyszakiem (1509 m n.p.m.) a Łabskim Szczytem (1471 m n.p.m.). Miejsce można eksplorować, wędrując dwoma szlakami: biegnącym górą czerwonym, stanowiącym część Głównego Szlaku Sudeckiego, lub zielonym, poprowadzonym w niższych partiach kotłów. Druga z tras jest zamykana w okresie zimowym z uwagi na zagrożenia lawinowe. Dokonując wyboru, warto wziąć pod uwagę, że śnieg na dnie kotłów utrzymuje się nawet latem. Ja wybieram więc trasę czerwoną, wiodącą górnymi partiami. To maj, mam więc nadzieję podziwiać góry w wiosennej szacie.
Wycieczka na Śnieżne Kotły jest mocnym kandydatem na ulubioną trasę tych turystów, u których wysiłek musi być równoważony przez relaks i przyjemności: oferuje sporo ułatwień i pretekstów, by zatrzymać się na krótki odpoczynek.
Pierwsze z udogodnień pojawia się już na samym początku. Wyruszając ze Szklarskiej Poręby, część trasy możemy przebyć kolejką krzesełkową. Wyciąg wwiezie nas aż na Szrenicę, zaoszczędzając w ten sposób jakieś dwie godziny marszu pod górę. Bilety tanie nie są: wjazd dla osoby dorosłej kosztuje 66 złotych (za wjazd ze zjazdem zapłacimy już proporcjonalnie mniej - 74 złote). Na pośredniej stacji kolejki czeka nas przesiadka, należy tam też zakupić bilety wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego.

Wiozący turystów wyciąg to dwuosobowe krzesełka starego typu - powolne, średnio wygodne, jednak ta infrastruktura retro ma swój urok. Niespieszny wjazd między drzewami pozwala zanurzyć się w przyrodzie. Po około 20 minutach jazdy przed nami, w oddali, wyłania się panorama najbliższych pasm, pod stopami zaś - kilka ciekawych formacji skalnych. Tego rodzaju kamienne kolosy o zaskakujących kształtach będą nam towarzyszyć przez całą wycieczkę.
Zobacz również:
Trzy świnki i sporo wiatru
Na szczycie Szrenicy wita nas schronisko, drugie, na Hali Szrenickiej, leży zaledwie kilkanaście minut drogi dalej. Jeśli ktoś nie zdążył zjeść śniadania czy obiadu przed wyruszeniem na szlak, teraz ma ku temu idealną okazję. Stąd od Śnieżnych Kotłów dzieli nas tylko 1,5 godziny spokojnego marszu. Szlak wiodący do głównej atrakcji wycieczki poprowadzony jest granią, dzięki czemu przez całą trasę możemy podziwiać widoki. Po kilkunastu minutach docieramy do skał tworzących po obu stronach ścieżki coś na kształt bramy. To głazy o uroczej nazwie "Trzy Świnki", być może w ich kształcie niektórzy są w stanie dopatrzyć się podobieństwa do owych zwierzątek.

Dalej szeroka droga prowadzi wśród kosodrzewiny i wśród… granicznych słupków. Nasz marsz wiedzie bowiem wzdłuż granicy z Czechami. Fakt, że szlak biegnie na otwartym terenie, sprawia, że można cieszyć się słońcem, z drugiej jednak strony wystawia nas na silny wiatr. A na tej wysokości podmuchy są już konkretne. Nawet w ciepły dzień warto więc zabrać ze sobą czapkę lub opaskę na uszy.
Schronisko jak zamek
W pobliżu Śnieżnych Kotłów wita nas spory, drewniany budynek z wysoką wieżą. Głodnych i spragnionych czeka jednak rozczarowanie - to nie schronisko, a nadajnik. Choć skojarzenie jest absolutnie uprawnione, bo budynek kiedyś rzeczywiście był schroniskiem, a jego historia jest nie mniej ciekawa niż widoki wokół.

Zaczęło się już na początku XIX wieku od prowizorycznego bufetu. Gdy turystyka górska dopiero stawała się popularnym hobby, przedsiębiorczy mieszkańcy okolicy przy skałce nazywanej Czarcią Amboną ustawili niewielki szałas, w którym oferowali turystom ciepłe napoje i przekąski. Prawdopodobnie widząc potencjał w biznesie, właściciel tych terenów, hrabia Leopold Christian Gotthard von Schaffgotsch, zlecił budowę maleńkiego schroniska - zaplanowano w nim tylko dwa miejsca noclegowe i jadalnię z dwoma stołami. Mimo niewielkich gabarytów na zawsze zapisało się ono w historii, zyskując miano jednego z pierwszych obiektów tego typu w Sudetach. Minischronisko po kilku latach funkcjonowania uszkodził wiatr.

W latach 90. XIX wieku Schaffgotschowie ruszyli z kolejną inwestycją o wiele większym rozmachem. Tu już nie miało być zwykłe schronisko, a prawdziwy górski hotel - zbudowany z granitowych bloków kolos, mogący pomieścić pięć jadalni i 60 potrzebujących noclegu turystów. Ambitnym planom nadano ambitną formę. Podczas gdy większość schronisk przyjmowała wtedy formy inspirowane tradycyjną, góralską architekturą, której wyznacznikiem były drewniane materiały, dachy o ostrym spadku i nawiązania do ludowych motywów zdobniczych, schronisko nad Śnieżnymi Kotłami za swoją inspirację obrało bryłę Zamku Chojnik, XIV-wiecznej budowli górującej nad urwiskiem w okolicy Jeleniej Góry. Dominantą granitowego budynku stała się więc wysoka wieża. Jak się okazuje, miała ona nie tylko funkcję kompozycyjną. Padające z niej światło, niczym latarnia morska, po zmroku wskazywało drogę wędrowcom. Na starych pocztówkach prezentuje się widowiskowo - masywne, na wysokiej podmurówce, z długą, oszkloną werandą i dumną wieżą. Zgodnie z założeniami inwestora bardziej przypomina twierdzę niż turystyczną infrastrukturę.
Podczas II wojny światowej w obiekcie ulokowano żołnierzy Luftwaffe, po wojnie zaś, po krótkim okresie funkcjonowania jako obiekt turystyczny, zostało zamknięte dla odwiedzających i wykorzystane do montażu telewizyjnej stacji przekaźnikowej. Jak podaje Wikipedia, ten strategiczny obiekt, klasyfikowany jako "tajny", okresowo znikał z map turystycznych, a w czasie stanu wojennego chroniło go wojsko.
Obecnie znajduje się w nim Radiowo-Telewizyjny Ośrodek Nadawczy i stacje bazowe telefonii komórkowej.
Zajrzeć do wnętrza ziemi
Z gościny w środku więc nie skorzystamy, jednak dla potrzebujących odpoczynku na zewnątrz obiektu ustawiono stoły piknikowe. Niektórzy zatrzymują się przy nich na chwilę, większość jednak maszeruje dalej, bo to przecież już tu, już za kilka metrów, cel wycieczki - Śnieżne Kotły.

Trzeba przyznać, że te polodowcowe pamiątki na żywo prezentują się jeszcze bardziej spektakularnie niż na zdjęciach oglądanych w sieci. Ich strome ściany, poprzecinane żlebami, dają iluzję zaglądania do wnętrza ziemi. Idąc wzdłuż granicy, od czasu do czasu trafiamy na czeskie oznaczenia, na których kotły figurują jako Sněžné jamy - trzeba przyznać, że to bardziej odpowiadająca temu widokowi nazwa. W dole kotłów wypatrzeć możemy kilka niebieskich plam - to Śnieżne Stawki. Choć takiego szczegółu z góry nie wypatrzymy, warto wiedzieć, że dno Śnieżnych Kotłów porasta typowo alpejska roślinność - występuje tu skalnica śnieżna, sasanka alpejska, wawrzynek wilczełyko, róża alpejska i wiele innych gatunków. Czy więc w Polsce można poczuć się jak na alpejskiej łące? Jak najbardziej!
Obok krawędzi kotłów też rozciąga się może mniej ciekawy przyrodniczo, ale bardzo przyjemny trawiasty obszar. Warto zrzucić plecak, usiąść na chwilę i popatrzeć w ciszy na góry.

Jak się rzekło, wycieczka do Śnieżnych Kotłów obfituje w okazje do relaksu. Mniej niż godzinę marszu od tej atrakcji, w drodze powrotnej do Szklarskiej Poręby, trafimy do schroniska Pod Łabskim Szczytem (zwanego Starą Pasterską Budą, gdyż faktycznie powstało na terenie dawnego budynku pasterskiego, którego historia sięgała XVII wieku). Kto ma problemy z kolanami, z myślą o tym odcinku szlaku może rozważyć zabranie kijków. Strome zejście do schroniska potrafi dokuczyć osobom o wrażliwych stawach.
Stąd już tylko półtorej godziny marszu do Szklarskiej Poręby. Cała wycieczka, w niespiesznym tempie, powinna więc zająć maksymalnie 4 godziny.
Co jeszcze zobaczyć w okolicy Szklarskiej Poręby?
A jak zagospodarować resztę popołudnia? Ta część Dolnego Śląska to rejon, w którym pomysłów nie zabraknie. Sama Szklarska Poręba, będąca typowym górskim kurortem, to dobre miejsce na kawę i spacer. Podczas przechadzki warto zwrócić uwagę na ciekawe domy w konstrukcji szachulcowej oraz odwiedzić Wlastimilówkę, czyli dom malarza Wlastimila Hofmana, ucznia m.in. Jacka Malczewskiego i Leona Wyczółkowskiego. Uwaga: zwiedzanie możliwe jest tylko, gdy obecny właściciel jest w domu. Warto więc zadbać o wcześniejsze umówienie wizyty. Dzieci zaś z pewnością zainteresuje "Chybotek" - formacja skalna, w której czterotonowy głaz można rozbujać jedną ręką.

Dwadzieścia minut jazdy samochodem od Szklarskiej Poręby znajduje się zaś Świeradów-Zdrój z domem zdrojowym o imponującej hali spacerowej, w której można napić się wody mineralnej z zawartością radonu. Nadaje on jej właściwości lecznicze, szczególnie pożądane w przypadku osób cierpiących na schorzenia reumatyczne, pomaga regulować poziom cukru i wspiera trawienie.
W okolicy znajduje się też wspomniany zamek Chojnik, udostępniana zwiedzającym huta szkła kryształowego Julia, japońskie ogrody Siruwia i wiele innych atrakcji.
Zainspiruj się i zaplanuj swoją kolejną podróż. Nawet krótka wycieczka może zmienić perspektywę i dodać energii. Sprawdź, które miejsca w tym sezonie warto odwiedzić na styl.interia.pl/podróże












