Spis treści:
- Już na lotnisku poczułam się jak w filmie science fiction
- Wszystko jest cyfrowe. Nawet zakupy wyglądają inaczej
- Czy Singapur naprawdę jest aż tak drogi? "Obiad za 90, butelka wody 9 złotych"
- Za papierosa czy śmiecenie można zapłacić nawet kilka tysięcy złotych
- Ludzie? Uprzejmi, ale bardzo zdystansowani
Już na lotnisku poczułam się jak w filmie science fiction
Pierwszy szok (dosłownie) przeżyłam jeszcze przed wyjściem z lotniska. Na większości lotnisk wyciągamy paszport, czekamy na kontrolę i dopiero potem możemy ruszyć dalej. W Singapurze wygląda to zupełnie inaczej.
Na lotnisku Changi większość podróżnych przechodzi odprawę z wykorzystaniem biometrii. W praktyce oznacza to, że zamiast pokazywać paszport przy każdym etapie kontroli, system rozpoznaje twarz pasażera. Wystarczy spojrzeć w kamerę, a bramki otwierają się automatycznie. Paszport nadal trzeba mieć przy sobie podczas podróży, ale sam proces przekraczania granicy jest w dużej mierze zautomatyzowany i trwa zaledwie chwilę. To było jedno z tych miejsc, gdzie naprawdę miałam wrażenie, że przyszłość dzieje się tu i teraz.
Wszystko jest cyfrowe. Nawet zakupy wyglądają inaczej
Podobne odczucia miałam później w mieście. Singapur od lat inwestuje w nowe technologie i naprawdę to widać. Płatności bezgotówkowe są standardem, wiele sklepów działa praktycznie bez obsługi, a zamówienia w restauracjach często składa się przy ekranach dotykowych lub przez aplikacje. W hotelach i centrach handlowych można spotkać roboty dostarczające przesyłki lub jedzenie, a wiele usług załatwia się całkowicie online.
Nie oznacza to oczywiście, że wszędzie zamiast ludzi pracują maszyny, ale poziom cyfryzacji jest zdecydowanie wyższy niż w większości krajów, które odwiedziłam.

Czy Singapur naprawdę jest aż tak drogi? "Obiad za 90, butelka wody 9 złotych"
Krótka odpowiedź? Tak, zdecydowanie.
Singapur od lat znajduje się w ścisłej czołówce najdroższych miast i państw świata. Najbardziej odczuwa się to przy rezerwowaniu noclegów i cenach mieszkań. Za zwykły hotel w dobrej lokalizacji trzeba zapłacić najczęściej od około 150-200 dolarów singapurskich za noc, czyli mniej więcej 450-600 zł. Jeszcze większe wrażenie robi rynek nieruchomości. Ceny mieszkań należą do najwyższych na świecie, a wartość prywatnych nieruchomości często przekracza 2 mln dolarów singapurskich. Nawet mieszkania komunalne (HDB), w których mieszka większość Singapurczyków, kosztują dziś kilkaset tysięcy dolarów singapurskich.
Ceny w restauracjach też zaskakują. Obiad w zwykłym lokalu kosztuje zazwyczaj 15-30 dolarów singapurskich, czyli około 45-90 zł. Za kawę zapłacimy najczęściej 15-24 zł, a za butelkę wody 6-9 zł.
Na szczęście jest też druga strona Singapuru, słynne hawker centres, czyli ogromne hale z lokalnym jedzeniem. To właśnie tam można zjeść świeży i naprawdę smaczny posiłek już za 15-24 zł. Nie da się jednak ukryć, że mieszkańcy zarabiają znacznie więcej niż w większości krajów Azji. Mediana miesięcznych zarobków pracowników etatowych przekracza obecnie 5,5 tys. dolarów singapurskich, czyli około 16-17 tys. zł. I to naprawdę widać. Wysokie ceny są dla mieszkańców dużo mniej odczuwalne niż dla turystów, a poziom życia sprawia wrażenie jednego z najwyższych, jakie widziałam podczas podróży po Azji.
Za papierosa czy śmiecenie można zapłacić nawet kilka tysięcy złotych
O Singapurze od lat mówi się, że to "państwo zakazów". Przekonałam się, że nie bez powodu.
Przykładowo. Za wyrzucenie śmiecia (!) na ulicę grozi mandat od 300 dolarów singapurskich (około 900 zł), a jeśli sprawa trafi do sądu, kara może wzrosnąć nawet do 2 tys. SGD (około 6 tys. zł). Słono może kosztować też palenie papierosów poza wyznaczonymi strefami. Mandaty wynoszą zwykle od 200 do 1000 SGD, czyli około 600-3000 zł. Z kolei za jedzenie lub picie w metrze grozi kara do 500 SGD (około 1500 zł).
Chyba najbardziej znanym symbolem Singapuru pozostaje jednak… guma do żucia. Wbrew popularnym opiniom nie jest zakazane jej żucie. Od ponad 30 lat obowiązuje natomiast zakaz sprzedaży i importu zwykłych gum do żucia. Wyjątek stanowią niektóre gumy lecznicze, które można kupić w aptekach.
Czy te przepisy działają? Patrząc na ulice - raczej tak. Singapur jest jednym z najczystszych miejsc, jakie odwiedziłam. Trudno znaleźć choćby papierek na chodniku, a transport publiczny wygląda tak, jakby został właśnie wysprzątany. Momentami miałam nawet wrażenie, że wszystko jest aż przesadnie uporządkowane.

Ludzie? Uprzejmi, ale bardzo zdystansowani
A jacy są sami mieszkańcy Singapuru? Wiele osób mówi płynnie po angielsku, co wcale nie dziwi. To jeden z czterech języków urzędowych i podstawowy język używany w szkołach oraz biznesie. Oprócz angielskiego bardzo często słychać również mandaryński, malajski i tamilski.
Szczerze mówiąc, liczyłam na to, że skoro praktycznie każdy mówi po angielsku, będzie mi łatwiej nawiązać z kimś krótką rozmowę. Kilka razy próbowałam zagadać, ale szybko zauważyłam, że mieszkańcy raczej nie mają na to ochoty. Odpowiadali grzecznie, ale na tym zwykle się kończyło. W porównaniu z innymi krajami Azji, które odwiedziłam, mieszkańcy Singapuru wydawali mi się bardziej zdystansowani i mniej otwarci na rozmowę z nieznajomymi.
Singapur to jedno z tych miejsc, które warto zobaczyć przynajmniej raz w życiu. Z jednej strony zachwyca nowoczesnością, porządkiem i poziomem życia, z drugiej momentami wydaje się aż... zbyt idealne. Wszystko działa jak w zegarku, ale trochę brakuje mi tego azjatyckiego chaosu, który tak bardzo polubiłam w innych krajach regionu.













