W skrócie
- Polka mieszkająca na Alasce opisuje swoją codzienność, która różni się od wyobrażeń związanych z tym miejscem.
- Życie na Alasce oznacza bliskość natury, aktywność na świeżym powietrzu oraz ograniczoną infrastrukturę miejską.
- Najbardziej tęskni za codziennymi udogodnieniami i atmosferą miast w Polsce, ale docenia wyjątkowe doświadczenia związane z alaskańską przyrodą.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Na początek powiedz nam - dlaczego Alaska? To nie jest raczej typowy kierunek.
Od lat podróżowałam i byłam ciekawa świata. Zdarzało mi się spędzać za granicą kilka miesięcy, ale zawsze miałam z tyłu głowy myśl, że chciałabym kiedyś spróbować pomieszkać poza Polską na dłużej.
Na początku wyobrażałam sobie, że będzie to raczej gdzieś w Europie. Kiedyś mocniej ciągnęło mnie do miejskiego życia, więc bardziej widziałam się w jakimś europejskim mieście niż w miejscu takim jak Alaska. Z czasem zaczęłam jednak coraz bardziej doceniać ciszę, naturę, brak ciągłego zgiełku i to, jak bardzo w takich warunkach odpoczywa głowa.
Na Alaskę przyjechaliśmy początkowo tylko na kilka miesięcy, głównie po to, żeby spędzić czas z rodziną mojego partnera, który stąd pochodzi. Wtedy wcale nie zakładałam, że zostaniemy tutaj na dłużej. Myśleliśmy raczej o przeprowadzce do Europy i intensywnie rozważaliśmy Hiszpanię. Ja trochę obawiałam się zarówno alaskańskiej zimy, jak i odległości od Polski.
Wcześniej bywałam na Alasce tylko latem, więc dopiero pierwsza zima pokazała mi, jak naprawdę wygląda życie tutaj. Okazało się, że to zupełnie inna zima niż ta polska, szara "plucha". Śnieg, mróz i możliwość uprawiania sportów zimowych totalnie odczarowały mi tę porę roku.
Po tych kilku miesiącach poczułam, że to nie musi być tylko chwilowy przystanek, ale miejsce, w którym chcę spróbować zostać na dłużej.
Co było dla ciebie największym zaskoczeniem po przeprowadzce na Alaskę?
Chyba to, jak dobrze jestem w stanie znieść srogą zimę i bardzo niskie temperatury.
Zawsze uważałam się za osobę ciepłolubną i bardziej ciągnęło mnie w stronę słońca, a tutaj ostatniej zimy temperatury spadały nawet do około -25 stopni Celsjusza. Okazało się jednak, że przy odpowiednim ubraniu naprawdę da się normalnie funkcjonować. Puchowa kurtka, wełna merino i sensownie dobrane warstwy robią ogromną różnicę - jest ciepło bez wrażenia, że ma się na sobie milion rzeczy.
Druga sprawa jest taka, że przy takich temperaturach zwykle wychodzi się na zewnątrz po to, żeby się ruszać - iść na narty czy w góry. Ciało szybko się rozgrzewa i po pewnym czasie naprawdę przestaje mieć aż takie znaczenie, czy jest -10, czy -25 stopni.

Jak wygląda zwykły dzień na Alasce, gdy nie podróżujesz?
Nie różni się on właściwie aż tak bardzo od tego, jak wyglądałby w Polsce. Moją rzeczywistość tutaj pokazuję na Instagramie (@itsbearhug).
Wstaję rano i zazwyczaj zaczynam dzień od czegoś aktywnego - siłowni, jogi czy spaceru z psem. Później siadam do pracy.
Mam to szczęście, że prowadzę własną firmę - uczę online marketingu, a większość mojej działalności odbywa się zdalnie i nie jest zależna od konkretnych godzin. Dzięki temu mogę pracować wtedy, kiedy skończę swoje poranne sprawy. Zazwyczaj jest to kilka godzin przy komputerze, w zależności od tego, nad jakim projektem aktualnie pracuję.
Poza tym prowadzę normalne, zwyczajne życie - robię zakupy, spotykam się ze znajomymi, załatwiam codzienne sprawy. Różnica polega głównie na tym, że tutaj dużo częściej spędza się czas z ludźmi aktywnie i na zewnątrz. Zamiast iść na kawę czy do restauracji, często idziemy na spacer (z kawą w ręku) albo wybieramy się w góry.
Mieszkamy w Anchorage, więc mamy świetną bazę wypadową na jednodniowe wycieczki. Góry są około 25 minut autem od nas, co tutaj jest naprawdę niewielką odległością. Dzięki temu nie każda wycieczka musi oznaczać dłuższy wyjazd - często można po prostu wyjechać rano, zrobić szlak i wrócić wieczorem czy po prostu wybrać się na 2h hike po południu po pracy.
I chyba właśnie to najbardziej odróżnia codzienność tutaj - natura jest dużo bardziej na wyciągnięcie ręki, nawet wtedy, kiedy nie jesteśmy "w podróży". Ludzie są tu też bardzo nastawieni na spędzanie czasu na zewnątrz, więc dużo codziennych spotkań i aktywności naturalnie przenosi się właśnie na dwór.

Jaka była najbardziej absurdalna sytuacja, która przydarzyła ci się na Alasce?
Byłam ze znajomą na nartach biegowych w górach. Tego dnia trasa była bardzo oblodzona i kiedy zjeżdżałam z górki, po prostu się wywróciłam. Moja koleżanka jechała za mną, razem z nami był też mój pies. Po upadku odwróciłam się do niej, żeby zaśmiać się z samej siebie, ale zobaczyłam, że ona wcale się nie śmieje. Miała totalnie przerażoną minę.
Nie rozumiałam, o co chodzi, dopóki nie odwróciłam się z powrotem przed siebie. Dosłownie półtora metra ode mnie stał łoś, którego chwilę wcześniej tam nie było. Okazało się, że leżał ukryty w krzakach dokładnie przy miejscu, w którym się wywróciłam. Hałas i impet mojego upadku musiały go wystraszyć, więc nagle wyskoczył tuż obok mnie.
Dzisiaj się z tego śmieję, ale wtedy naprawdę było przerażająco. Łosie wyglądają dość niewinnie, ale potrafią być bardzo niebezpieczne, zwłaszcza jeśli poczują się zagrożone. A ja byłam zdecydowanie za blisko i na dodatek miałam ograniczone ruchy, bo leżałam na ziemi z nartami na nogach.
Na szczęście udało nam się spokojnie wycofać, a łoś odszedł w drugą stronę.
Za czym z Polski tęsknisz najbardziej?
Najbardziej brakuje mi chyba bardzo prostych, codziennych rzeczy.
Z Alaską jest tak, że nie przyjeżdża się tutaj dla miasta, tylko dla natury. To ogromny, mało zaludniony stan, z dużymi odległościami i zupełnie inną infrastrukturą niż w Europie. Dlatego nie ma tu aż takiego wyboru nowoczesnych restauracji, kawiarni czy sklepów.
Brakuje mi tego, żeby móc spontanicznie pójść do fajnej kawiarni, kupić stacjonarnie dobre ubrania czy odkrywać nowe restauracje. Jest kilka naprawdę dobrych miejsc, ale w porównaniu do Poznania czy Warszawy wybór jest dużo bardziej ograniczony.
Brakuje mi też kultury chodzenia po mieście. W Polsce lubiłam to, że mogłam podjechać do centrum i większość rzeczy załatwić pieszo. Tutaj w związku z dużymi odległościami właściwie wszędzie jedzie się autem.
No i oczywiście brakuje mi polskiego lata i świeżych owoców i warzyw, które nie mają sobie równych.
Gdybyś mogła pokazać jedno miejsce na Alasce każdemu Polakowi, co by to było?
Spróbowałabym zaprosić ich tutaj zimą, najlepiej w grudniu albo styczniu, kiedy zamarzają jeziora.
Zabrałabym ich na Portage Lake albo Eklutna Lake. To ogromne, wielokilometrowe jeziora, które zimą zamieniają się w naturalne lodowiska. Można wtedy jeździć na łyżwach w otoczeniu gór i naprawdę trudno opisać, jak spektakularnie to wygląda.
Dla mnie na ten moment to jedno z najpiękniejszych podróżniczych doświadczeń w życiu. Krajobraz dookoła jest wręcz bajkowy i bardzo chciałabym, żeby każdy mógł chociaż raz zobaczyć coś takiego na własne oczy.
Co jest trudniejsze: alaskańska zima czy polska biurokracja?
Myślę, że miałam szczęście do obu rzeczy. Polska biurokracja nigdy nie dała mi aż tak mocno w kość, żebym wspominała ją traumatycznie. A alaskańska zima, jak już mówiłam, okazała się dla mnie dużo bardziej znośna, niż się spodziewałam.
Ale wydaje mi się, że życie tutaj zimą może być naprawdę trudne dla kogoś, kto nie lubi aktywności na zewnątrz i nie korzysta z natury. Wtedy długie miesiące chłodu, śniegu i ograniczonego światła mogą mocno wpływać na nastrój.
Dla mnie ogromną różnicę robi to, że staram się wychodzić z domu, ruszać się, jeździć na nartach, chodzić po górach i korzystać z tego, co Alaska daje zimą. Bez tego myślę, że ta pora roku mogłaby być dużo cięższa psychicznie.

Jaką radę dałabyś komuś, kto marzy o wyprowadzce za granicę?
Wydaje mi się, że wiele osób obawia się wyprowadzki za granicę, bo traktuje ją jak decyzję nieodwracalną. Jakby trzeba było od razu wiedzieć, że to miejsce na całe życie, że zamyka się jeden rozdział i już nigdy nie można do niego wrócić. A przecież wcale nie musi tak być.
Można wyjechać, spróbować życia w innym miejscu i zobaczyć, czy to naprawdę jest dla nas. Jeśli nie - można wrócić, przenieść się gdzie indziej albo po prostu potraktować ten etap jako ważne doświadczenie, które coś nam pokazało.
Myślę, że dużo bardziej boli żal po niespełnionych marzeniach niż świadomość, że czegoś się spróbowało i doszło do wniosku, że to jednak nie ta droga. Nawet jeśli dane miejsce nie okaże się miejscem na zawsze, i tak zostają doświadczenia, których nikt nam nie odbierze.
Ja jestem bardzo szczęśliwa, że jestem na Alasce i naprawdę kocham to miejsce. Ale jednocześnie nie zakładam, że to już nigdy się nie zmieni i że na pewno zostanę tutaj do końca życia. Może przyjdzie taki moment, w którym alaskański rozdział się zakończy i pojawi się przestrzeń na coś nowego. A może zostanę tu na zawsze. Nie wiem - zobaczymy, co przyniesie życie.
Czy po kilku latach na Alasce czujesz się bardziej "u siebie" tam czy w Polsce?
Na ten moment jestem chyba na takim etapie, w którym Alaska nie jest jeszcze w pełni moim domem, ale Polska też już nie jest nim tak jak kiedyś. Czuję się trochę pomiędzy.
To wymagający etap, o którym mówi się chyba dość mało. Samo przeprowadzenie się w nowe miejsce nie oznacza, że ono od razu staje się domem. Trzeba go sobie trochę zbudować - poznać ludzi, znaleźć swoje miejsca, ulubione sklepy, kawiarnie, trasy spacerowe i stworzyć codzienność, która daje poczucie zakorzenienia.
Teoretycznie mieszkam na Alasce od dwóch lat, ale przez pierwsze miesiące myślałam, że jesteśmy tu raczej przejazdem. Później doszedł stresujący proces związany z rezydenturą, który też nie sprzyjał poczuciu stabilizacji.














