W skrócie
- Julia przeprowadziła się z Warszawy do Taszkientu, aby budować wspólne życie z mężem pochodzącym z Uzbekistanu.
- Adaptacja wiązała się z nauką lokalnych zwyczajów, języka i udziałem w tradycjach, takich jak uzbeckie wesele.
- W codziennym życiu zauważa różnice kulturowe, np. podawanie kelnerom karty i numeru PIN oraz silną obecność sztuki i rzemiosła w Uzbekistanie.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Dlaczego zdecydowałaś się przeprowadzić do Uzbekistanu. Jaka jest twoja historia z tym krajem?
Julia Mukhiddinova-Drzymala: Do Uzbekistanu przeprowadziłam się w połowie 2024 roku, ale moja historia z tym krajem zaczęła się kilka lat wcześniej, kiedy poznałam mojego - dziś już - męża. Pochodzi on z Uzbekistanu, a poznaliśmy się jeszcze w Warszawie, podczas studiów, w pracy.
Przez kilka lat nasze życie toczyło się w Polsce, ale z czasem coraz bardziej czuliśmy zmęczenie rutyną, pracą w trybie 9-5 i takim życiem "w zawieszeniu", szczególnie przez ciągłe czekanie na kolejne formalności związane z kartą pobytu mojego męża. W pewnym momencie, podczas jednej z pozornie zwyczajnych rozmów, spontanicznie - a może właśnie bardzo logicznie - zaczęliśmy się zastanawiać: dlaczego by nie spróbować zbudować wspólnego życia w Uzbekistanie? Ta myśl bardzo szybko zamieniła się w realny plan. Mój mąż wyleciał do Uzbekistanu już trzy dni po tej rozmowie, a ja dołączyłam do niego trzy miesiące później.
Uczysz się uzbeckiego lub rosyjskiego? Jak ci idzie?
- Rosyjskiego zaczęłam uczyć się już w gimnazjum. Moja mama chyba miała jakieś przeczucie, bo zapisała mnie wtedy na dodatkowe zajęcia. Później, na studiach, wybrałam też rosyjski jako dodatkowy język przez rok, a potem jeszcze przewijał się on w mojej studenckiej pracy, więc zawsze był gdzieś obecny w tle.
Jak się później okazało, ten rosyjski - nawet na takim bardziej podstawowym poziomie - bardzo przydał mi się w Uzbekistanie już od pierwszych dni. W praktyce mało kto zwraca się do mnie po uzbecku, bo z wyglądu większość osób zakłada, że jestem Rosjanką, więc właśnie po rosyjsku najczęściej porozumiewam się na co dzień, "na mieście". Chociaż muszę przyznać, że nigdy nie był to mój ulubiony język - zawsze miałam w nim pewną blokadę.
Dlatego w lutym tego roku postanowiłam w końcu zacząć uczyć się uzbeckiego i już od dwóch miesięcy regularnie chodzę na zajęcia. Nie ukrywam, że to trudny język, głównie dlatego, że jest dla mnie bardzo "obcy" - zawsze żartuję, że niektóre słowa wyglądają tak, jakby ktoś rozsypał literki ze Scrabble. Na szczęście sama gramatyka nie wydaje mi się aż tak trudna, więc mam nadzieję, że z czasem będzie mi szło coraz lepiej.

Jak wyglądał twój pierwszy dzień adaptacji na emigracji?
- To dosyć trudne pytanie, bo tak naprawdę minęło trochę czasu, zanim przestałam czuć się w Uzbekistanie jak turystka, a zaczęłam naprawdę myśleć o tym miejscu jak o domu. Trudno mi więc wskazać jeden konkretny "pierwszy dzień adaptacji", bo moje wejście w tę rzeczywistość było bardzo intensywne i rozłożone w czasie.
W ciągu pierwszych dni po moim przyjeździe odbyło się nasze duże uzbeckie wesele, a później podróżowaliśmy jeszcze po kraju z moimi rodzicami. Przez to wszystko długo miałam poczucie, że nadal jestem bardziej gościem niż mieszkanką. Dla mnie najważniejsze od samego początku było jednak to, żeby po prostu zacząć poznawać Taszkient od codziennej strony - nauczyć się jeździć metrem, spacerować po parkach, wyjść samej na kawę.
To ostatnie było zresztą dla mnie pewnym wyzwaniem, bo - jak już wspominałam - mój rosyjski nie jest idealny, a na początku czułam się tutaj bardzo obco. Ale właśnie takie zwyczajne, codzienne "wystawianie się" na życie miasta najbardziej pomogło mi się zaaklimatyzować. Dzięki temu zaczęłam rozumieć, co i jak działa, oswoiłam przestrzeń wokół siebie i znalazłam swoje małe rytuały, które dziś są już naturalną częścią mojej codzienności.
Jakie codzienne wyzwania napotykasz z - mimo wszystko odmiennym - językiem lub kulturą?
- Myślę, że największym codziennym wyzwaniem jest dla mnie wciąż to, że jeszcze nie mówię po uzbecku na tyle swobodnie, jakbym chciała. Najbardziej odczuwam to przede wszystkim w kontakcie z moją uzbecką rodziną, dlatego tak intensywnie uczę się języka - bardzo zależy mi na tym, żeby móc lepiej uczestniczyć w tych relacjach i w codziennym życiu.
Jeśli chodzi o kwestie kulturowe, sporym wyzwaniem było dla mnie nauczenie się wszystkich tych małych rytuałów i zasad savoir-vivre'u, zwłaszcza przy stole. Mam na myśli takie rzeczy jak nalewanie herbaty, kolejność podawania jej najstarszym członkom rodziny, sposób dzielenia chleba czy ogólnie to, jak zachowywać się w różnych rodzinnych sytuacjach. To są drobiazgi, ale tutaj mają naprawdę duże znaczenie.
Mam też poczucie, że tego cały czas uczę się w praktyce, bo tych zwyczajów jest naprawdę sporo. Ale jednocześnie z czasem coraz bardziej się do tego przyzwyczajam i dziś czuję, że codzienne życie w Taszkencie jest już dla mnie dużo bardziej naturalne niż na początku.

Opowiedz o ulubionej uzbeckiej tradycji, którą przeżyłaś.
- Myślę, że takim najważniejszym doświadczeniem było po prostu całe moje uzbeckie wesele. To właśnie ono było dla mnie najpiękniejszym spotkaniem z lokalną tradycją - bardzo żywym, emocjonalnym i pełnym ciepła.
Szczególnie zapamiętałam moment, kiedy wszystkie kobiety zaczęły do mnie podchodzić, składać mi życzenia i dawać prezenty. To było bardzo szczere, naturalne i pełne radości - nic wymuszonego, tylko prawdziwa serdeczność i dobre emocje. Bardzo mnie to wzruszyło i do dziś jest to jeden z tych momentów, które najmocniej zostały mi w pamięci.
Czego o lokalnych zwyczajach nauczyła cię uzbecka rodzina, czego wcześniej nie wiedziałaś?
- Tego jest naprawdę bardzo dużo, bo tych małych zwyczajów w uzbeckiej kulturze jest mnóstwo i właśnie dzięki rodzinie zaczęłam je poznawać od środka. To często są drobiazgi, ale tutaj mają duże znaczenie.
Na przykład nauczyłam się, że herbatę przelewa się do kubeczka i z powrotem do czajnika trzy razy - po pierwsze po to, żeby się dobrze wymieszała, a po drugie mówi się też, że wtedy staje się po prostu "lepsza" dla osoby, której się ją podaje. Sama herbata też jest podawana w bardzo konkretny sposób - jedną ręką, a drugą trzyma się przy sercu. I to akurat jest coś, co sama już przejęłam, bo kiedy dziękuję albo lekko kiwam głową, prawa ręka często automatycznie ląduje mi na sercu.
Bardzo ciekawe było dla mnie też to, jak ogromny szacunek okazuje się tutaj chlebowi - nawet to, że nie powinno się go kłaść spodem do góry. No i plov, czyli chyba najbardziej znane uzbeckie danie, który według zwyczaju powinno się jeść łyżką albo ręką, ale nigdy widelcem. Takich zasad jest tu naprawdę sporo i cały czas uczę się ich w praktyce.
Co najbardziej zaskoczyło cię w uzbeckim jedzeniu po przyjeździe do Taszkientu?
- To może nie będzie najbardziej standardowa odpowiedź, bo od wielu lat jestem wegetarianką. Właśnie dlatego przed przeprowadzką wiele osób trochę mnie "straszyło", że w Uzbekistanie nie będę miała co jeść. I rzeczywiście - to kraj, w którym wiele tradycyjnych dań jest mocno mięsnych, tłustych i bardzo sycących.
Tym większym zaskoczeniem było dla mnie to, że w praktyce wcale nie okazało się to takim problemem. Przede wszystkim wybór warzyw i owoców jest tutaj ogromny. Nie tylko smakują one dużo lepiej niż w Polsce - co pewnie ma związek z ponad 300 słonecznymi dniami w roku - ale są też bardzo różnorodne, tanie i dostępne przez większą część roku, również dzięki stosunkowo krótkiej zimie.
Bardzo ciekawe jest też to, że warzywa i owoce je się tutaj naprawdę sezonowo, co wyraźnie wpływa zarówno na ich smak, jak i cenę. Dzięki temu, jako wegetarianka, naprawdę nie chodzę tutaj głodna. Oczywiście trzeba czasem dopytać o skład, bo nawet jeśli dane danie wygląda na bezmięsne, to może zawierać kurczaka albo na przykład tłuszcz zwierzęcy. Mimo wszystko odnalazłam się w uzbeckiej kuchni dużo łatwiej, niż się spodziewałam.

Dlaczego uwielbiasz dzielić się estetyką Uzbekistanu na Instagramie?
- Uważam, że Uzbekistan ma ogromny potencjał, a jednocześnie wciąż jest stosunkowo mało znany wśród zachodnich odbiorców. Mnie osobiście absolutnie zachwyca to, jak dużo jest tutaj rzemiosła, jak silna jest artystyczna dusza tego kraju i jak bardzo sztuka jest obecna w codziennym życiu.
To są rzeczy, których w Polsce - a często i w całej Europie - raczej nie doświadcza się na co dzień. Tutaj możesz po prostu iść ulicą i nagle zobaczyć pracownię rzeźbiarza w drewnie, w kolejnym miejscu znaleźć ręcznie haftowane suzani, potem odkryć miasto słynące z ceramiki, a jeszcze inne z tkanin i tekstyliów. Ze wszystkich krajów, w których byłam, mam wrażenie, że właśnie tutaj rzemiosło i sztuka są wyjątkowo dostępne, żywe i wszechobecne.
Poza tym naprawdę trudno nie czuć się zainspirowanym takim miejscem. Kiedy spacerujesz uliczkami Chiwy i masz wrażenie, jakby czas zatrzymał się kilkaset lat temu, albo stoisz w Bucharze między monumentalnymi, błękitno-złotymi medresami i przez chwilę zastanawiasz się, czy to na pewno dzieje się naprawdę - trudno tego nie chcieć pokazywać dalej. Uzbekistan jest dla mnie krajem niezwykle inspirującym, estetycznym i fascynującym na wielu poziomach, i właśnie tym najbardziej lubię dzielić się na Instagramie.
Jakie różnice zauważasz między polską a uzbecką architekturą w Taszkiencie?
- Jeśli chodzi o Taszkient, to bardzo ciekawe jest dla mnie to, że choć w Polsce też mamy sporo komunistycznej architektury i budynków z wielkiej płyty, to tutaj zabudowa z tamtego okresu ma znacznie więcej lokalnego charakteru. To nie są po prostu surowe, powtarzalne bloki - wiele z tych budynków zostało wzbogaconych o elementy mocno zakorzenione w uzbeckiej estetyce i kulturze.
W Taszkiencie można zobaczyć mnóstwo mozaik na elewacjach, etniczne motywy, ornamentalne geometryczne wzory, kwiatowe dekoracje czy charakterystyczny uzbecki błękit. Bardzo ciekawe są też różnego rodzaju betonowe osłony i ażurowe formy przy oknach, które nie tylko chronią przed słońcem, ale też nawiązują do lokalnych tradycji i wzornictwa - jak chociażby w kultowym hotelu Uzbekistan, gdzie ten detal bywa kojarzony z formą uzbeckiej parandży.
To wszystko sprawia, że architektura Taszkientu ma bardzo wyjątkowy klimat. Łączy w sobie postsowiecką historię z lokalnymi motywami, dzięki czemu jest dużo bardziej złożona, dekoracyjna i tożsamościowa, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Czy kiedykolwiek spotkałaś się z rasizmem lub uprzedzeniami jako Polka w Uzbekistanie?
- Nie, absolutnie nie. Moje doświadczenia są wręcz odwrotne - Uzbekowie są bardzo gościnni, serdeczni i otwarci na obcokrajowców, którzy odwiedzają ich kraj, a tym bardziej na tych, którzy decydują się tutaj zamieszkać.
Czasami zdarza się natomiast, że ludzie są zaskoczeni tym, że nie jestem turystką, którą mój mąż oprowadza, tylko jego żoną. Międzynarodowe małżeństwa nadal są tutaj stosunkowo rzadkie, więc dla wielu osób to po prostu coś nietypowego. Kilka razy spotkaliśmy się nawet z niedowierzaniem - zdarzało się, że ktoś nie chciał uwierzyć, mimo że w paszportach mamy to samo nazwisko. Ale to zaskoczenie nigdy nie miało w moim odczuciu negatywnego charakteru - raczej wynikało z ciekawości i z tego, że taka sytuacja wciąż jest tutaj po prostu mało powszechna.
Czy istnieje jakiś nietypowy uzbecki nawyk, który cię zszokował?
- Myślę, że jest jedna rzecz, która dla Polaków - i w ogóle dla wielu turystów, z którymi rozmawiam - bywa naprawdę szokująca. Chodzi o bardzo swobodne podawanie karty płatniczej kelnerom albo sprzedawcom, często razem z kodem PIN.
W wielu miejscach, szczególnie tych bardziej lokalnych, ale czasem nawet w zwykłych kawiarniach czy restauracjach w Taszkencie, wygląda to zupełnie normalnie: daje się kelnerowi kartę, mówi PIN, a on odchodzi z nią gdzieś na zaplecze albo do innego terminala i po chwili wraca z gotową płatnością. Z perspektywy osoby z Polski to jest coś dość zaskakującego, bo u nas jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że karta cały czas zostaje w naszej ręce.
Tutaj natomiast jest to traktowane jako coś całkowicie naturalnego i powszechnego. Ja sama nigdy nie miałam z tym żadnych problemów, ale pamiętam, że na początku naprawdę mnie to zdziwiło - i do dziś myślę, że dla wielu osób z Europy to jeden z bardziej nietypowych codziennych nawyków.

Co jest magicznego w twoim biznesie i co planujesz dalej?
- Myślę, że najbardziej magiczne w @craftnculture.uzbekistan jest to, że skupiamy się na pokazywaniu ludziom całego piękna uzbeckiej sztuki i rzemiosła w bardzo żywy, osobisty sposób. Nie chodzi tylko o oglądanie - chodzi o prawdziwe doświadczenie. Nasi goście mogą sami spróbować stworzyć coś własnymi rękami: zrobić tradycyjny uzbecki nóż, nauczyć się haftować suzani czy ozdobić własną uzbecką ceramikę. A potem zabierają ten przedmiot ze sobą do domu jako bardzo osobistą pamiątkę i kawałek Uzbekistanu, do którego mogą wracać pamięcią.
Myślę, że właśnie takie doświadczenia w wyjątkowy sposób uzupełniają podróż po Uzbekistanie. Bo tutaj historia i tradycja nie żyją tylko w zabytkach, ale przede wszystkim w ludziach - w rzemieślnikach, którzy nadal chcą przekazywać swoje umiejętności dalej, żeby te sztuki nie zostały zapomniane ani wyparte przez masową produkcję. I to jest dla mnie w tym wszystkim najpiękniejsze: możliwość łączenia podróżowania z czymś autentycznym, żywym i naprawdę poruszającym.
A co dalej? W tym roku udało nam się rozwinąć działalność do czterech najważniejszych historycznych miast Uzbekistanu, co jest dla nas ogromnym krokiem. Naszym marzeniem i planem na przyszłość jest rozszerzenie tej koncepcji na całą Azję Centralną - poznawanie rzemiosła Tadżykistanu, Kirgistanu, Kazachstanu, a może nawet Turkmenistanu - i tworzenie doświadczeń, które pozwolą ludziom poznawać lokalną sztukę naprawdę na własnej skórze. Bo ta część świata ma w sobie ogromne bogactwo, o którym wciąż mówi się zdecydowanie za mało.
Podróż zaczyna się od pomysłu, a my mamy ich mnóstwo. Zobacz, jakie destynacje są teraz na topie i zainspiruj się do własnej przygody. Więcej na styl.interia.pl/podróże














