Spis treści:
- Dzień pierwszy: może to przypadek...
- Pusty sklep i taksówkarz
- Ksenofobiczny atak?
- To nie był koniec...
- Mieli problem ze mną czy z moim pochodzeniem?
- Azjatyckie dzieci też nie są bezpieczne
- Co to jest butsukari otoko?
- Skąd się bierze zjawisko butsukari otoko?
- Spotkałam dwa typy "popychaczy"
- Złamane kości czaszki
Dzień pierwszy: może to przypadek...
Kioto - świątynia Inari. Kto choć trochę interesuje się krajem kwitnącej wiśni, na pewno widział zdjęcia i filmy z tego miejsca. To rzędy ciągnących się, pozornie w nieskończoność, ustawionych gęsto jak tuje w żywopłocie, pomarańczowych bram torii (na zdjęciach wyglądają na czerwone, ale wszystkie torii, jakie widziałam, mają zdecydowanie kolor kaki). Świątynia jest w programie każdej wycieczki, bo na prawdę warto ją zobaczyć. Jednak w miejscu, do którego ciągną wszyscy turyści z Europy, Azji i Ameryki, bywa tłoczno, co może przyciągać potencjalnych "butsukari otoko".
Wysiadłam na stacji Fushimi-Inari z miejskiego pociągu, który przypomina te z filmików na YouTube i TikToku ("upychaczy" na własne oczy w Japonii nie widziałam, więc dla mnie pozostają mitycznymi stworzeniami, co nie znaczy, że podważam ich istnienie). W sercu pełna ekscytacja - to pierwszy dzień w ubóstwianej Japonii. Kiedy człowiek realizuje największe podróżnicze marzenie życia, serotonina i dopamina szaleją. Ekscytacja, żeby nie powiedzieć ekstaza, sięga zenitu, chodzisz jak we śnie (wtedy wreszcie zrozumiałam, co kryje się pod tym poetyckim określeniem). I nagle - łup - ktoś wytrąca cię z tego snu równie brutalnie, jak tata szklanką wody w lany poniedziałek. Ból rozchodzi się od miejsca uderzenia po całym ramieniu. Cóż, w takim tłumie, jaki wylał się z pociągu, potrącenia się zdarzają. Trochę boli, a myślę sobie, że może to moja wina, bo człowiek na dopaminowym haju mógł nie zauważyć, może komuś blokowałam przejście, może ktoś wpadł na mnie popchnięty przez tłum - nic wielkiego, zdarza się.

Pusty sklep i taksówkarz
Kilka dni później, typowe japońskie osiedle, na oko z lat 90. w Kioto. Jest 21:17, co oznacza, że ulice wymierają, a jeśli ktoś się po nich szwenda, ma okrągłe oczy i jasne włosy - nieomylny sygnał narodzin w kulturze Zachodu (Japonia podobnie jak Polska jest raczej homogeniczna). Po całym dniu zwiedzania odpoczywam pod 7-Eleven przed zakupami i dalszą wędrówką na kwaterę. Na ulicach pusto, w sklepie też nie ma wielu ludzi. Na parking zajeżdża taksówka, wysiada z niej kierowca i idzie do sklepu, podążam w ślad za nim. Moja lista zakupów była krótka, więc uwinęłam się przed nim. Stoję grzecznie w kolejce, jak w Japonii przystało (na podłodze są nawet narysowane stópki w miejscu, w którym należy się ustawić). Załatwiam swoje sprawy łamaną japońszczyzną i dumna z siebie, że udało mi się całą rozmowę odbyć w tutejszym języku, wychodzę. Jestem już przy drzwiach, gdy wspomniany taksówkarz z całej siły wali mnie w nerki - zabolało i to bardzo.

Ksenofobiczny atak?
Sklep był prawie pusty, nie ma możliwości, żeby go ktoś potrącił. Nie blokowałam mu też drogi, bo miejsce było przestronne, więc wystarczyło zrobić krok w bok, a spokojnie ominąłby mnie szerokim łukiem. Sęk w tym, że wcale mu na tym nie zależało, ewidentnie postanowił przeistoczyć się w pług. Skutecznie, bo zabolało na tyle mocno, że odtoczyłam się na bok, jak warstwy ziemi czy śniegu. I w tym momencie przyszło mi na myśl, że trafiłam na jednego z tych Japończyków, których nie cieszy wzmożona obecność gaijinów (czy. gajdzinów). To termin, którego potomkowie samurajów używają w mowie potocznej do określenia cudzoziemców. W literaturze można przeczytać o dużej rezerwie i nieufności względem obcokrajowców osiedlających się na wyspach, a przed przyjazdem sporo czytałam i słyszałam o niezadowoleniu tutejszego społeczeństwa z turystów, którzy nie szanują japońskich zasad. Pomyślałam, że trafiłam właśnie na osobę sfrustrowaną takim zachowaniem przyjezdnych, która wyładowała na mnie swój gniew. Byłam idealnym awatarem stereotypu zachodniego człowieka - blond włosy, niebieskie oczy.

To nie był koniec...
Po tym spotkaniu został we mnie niesmak, ale podróż trwała dalej, radość z pobytu w kraju Ody Nobunagi była tak duża, że nie myślałam więcej o zdarzeniu z taksówkarzem, aż do wizyty w Kamakurze. To niespełna dwustutysięczne miasto z XII wieku na wybrzeżu Oceanu Spokojnego z szerokimi, piaszczystymi plażami (piękne miejsce, polecam). Jest tam szczególnie słynna świątynia z olbrzymim posągiem Buddy. Wiodą do niej wąskie uliczki pełne kramów i małych sklepików (oczywiście z myślą o turystach) i jeszcze węższymi poboczami. Natężenie ruchu pieszych było tam umiarkowane (jak na Japonię).
Wracam ze świątyni, podziwiając wystawy sklepowe, tym razem uważna, bo hormony po dwóch tygodniach już się trochę uspokoiły (albo mózg się do nich przyzwyczaił), a w koło, może nie tak tłumnie jak w Gionie (dzielnica Kioto), ale mimo wszystko przepływają ludzie. Naprzeciwko mnie idzie mężczyzna - wysoki jak na Japończyka ma około 180-190 centymetrów wzrostu, czyli jest dużo ode mnie wyższy i o wiele bardziej rozrośnięty w barkach. Na pierwszy rzut oka widać, że siłownia to dla niego drugi dom.
Dostrzegam go z oddali, bo wyróżnia się nie tylko na tle japońskiego społeczeństwa, ale nawet zachodnich turystów. Widzę, jak zbliża się, kierując prosto na mnie. Chodnik jest wąski, a ja nie mam dokąd się odsunąć, bo ramieniem już smyram o ścianę budynku. Byłam przekonana, że jak każdy normalny człowiek mężczyzna w ostatniej chwili zrobi krok w bok, byśmy się spokojnie minęli. O słodka moja naiwności, zawsze się objawiasz w najmniej odpowiednich momentach! Znowu oberwałam. Prawdę powiedziawszy, nie przyszło mi na myśl, że powinnam się salwować ucieczką, przykucnąć, by jego bark trafił w powietrze lub nastawić własny i oddać z nawiązką (choć to przy jego gabarytach byłby chyba najgorszy pomysł. Z drugiej strony biorąc pod uwagę różnicę wzrostu, oberwałby w miejsce inne niż ramię).

Mieli problem ze mną czy z moim pochodzeniem?
Efekt? Wyjechałam z Japonii z przeświadczeniem, że mieszkańcy tego kraju dali mi kilkakrotnie do zrozumienia, że nie chcą mnie tam. "Mnie" w sensie cudzoziemców. Choć może powinnam brać to bardziej do siebie, bo z całej grupy tylko ja oberwałam, ale tylko ja mam jasne włosy, niebieskie oczy i tylko ja bez szpilek nie osiągam 170 centymetrów wzrostu (a i tak w krajach Dalekiego Wschodu czułam się jak olbrzymka).
Azjatyckie dzieci też nie są bezpieczne
Żyłam w przeświadczeniu, że Japończycy obrali sobie mnie za cel ksenofobii, aż zobaczyłam dojmujące wideo, na którym kobieta potrąca dziewczynkę (Azjatkę) pozującą do zdjęcia. Fakt, że dziewczynka robiła to na skrzyżowaniu, które wyglądało mi na to słynne w Shibuyi. Byłam tam, widziałam te tłumy przelewające się niczym rwący potok przez pasy i uważam robienie tam zdjęć za głupotę i brak empatii wobec innych przechodniów, dla których jest to np. codzienna droga do pracy czy domu. Takie zachowanie to jak dla mnie robienie dokładnie tego, co Japończycy mają za złe turystom, nie żeby celowe potrącanie ludzi na ulicy było szczytem dobrych manier.
Właśnie, na filmie widać wyraźnie, że kobieta celowo potrąca dziewczynkę, która przewraca się wprost pod nogi tłumu - w takim ścisku, jaki istnieje na Shibuyi to naprawdę niebezpieczne. Okazuje się, że nie jest to pojedynczy przypadek, a wszystko, co mnie spotkało było częścią zjawiska społecznego nazywanego "butsukari otoko", jeśli potrącającym jest mężczyzna lub "butsukari onna" w przypadku kobiety.
Co to jest butsukari otoko?
Butsuari otoko to forma ulicznej agresji. Cały trik polega na uderzeniu w taki sposób, by wyglądało to na przypadkowe potrącenie i w miejscu zatłoczonym, by szybko zniknąć w tłumie. Pan taksówkarz się zatłoczeniem (czy raczej jego brakiem) nie przejmował, ale może dlatego, że miał samochód pod sklepem, więc zanim minęło moje zaskoczenie, to jego już dawno nie było. Z drugiej strony, co miałabym z tym zrobić? Zgłosić na policję? Okazuje się, że jest w japońskim kodeksie karnym i cywilnym kilka paragrafów, które tutaj mogą zadziałać. Problem w tym, że sprawców trudno złapać, choć japońskie media czasem donoszą o aresztowaniach.
Skąd się bierze zjawisko butsukari otoko?
W japońskiej debacie publicznej padają pytania o przyczyny zjawiska. Psycholodzy podają kilka wyjaśnień. Wśród nich wymieniane są: potrzeba poczucia władzy i dominacji, wymierzanie "sprawiedliwości" (sprawcy argumentują, że ukarali w ten sposób osoby łamiące przyjęte społecznie normy zachowania, stawiają się w roli policjanta moralności), potrzeba wyładowania frustracji. To ostatnie wytłumaczenie jest bardzo intuicyjne, bo przecież nie wiedząc o butsukari otoko założyłam, że temu właśnie służą ataki na mnie. Sądziłam, że mają one podłoże ksenofobiczne, ale według japońskiego psychologa - profesora Masayuki Kiryu jedną z głównych przyczyn zjawiska jest mizoginia. Problemem nie były więc moje niebieskie oczy, ale fakt, że jestem kobietą.
To właśnie my najczęściej padamy ofiarami. Sprawcy wybierają te najbardziej bezbronne: niskie, drobne, w ciąży, z wózkami. Jeden ze schwytanych "popychaczy" przyznał wprost, że sprawiało mu przyjemność uderzenie kobiety. Jednak bycie mężczyzną nie chroni przed butsukari otoko i onna - znaczenie ma też wiek. Sprawcy szukają słabszych od siebie, więc napadają też seniorów i dzieci.
Ostatecznie sądzę, że moje pochodzenie też czyniło mnie bezbronną w oczach butsukari otoko, bo potencjalnie (i faktycznie) nie wiedziałam o istnieniu zjawiska, więc szanse, że będę próbowała się bronić lub wyciągać konsekwencje, były dużo mniejsze.

Spotkałam dwa typy "popychaczy"
Butsukari otoko mogą działać w różny sposób. Są mężczyźni, którzy upatrują ofiarę, następnie ją śledzą, by popchnąć w dogodnym momencie. Są tacy, którzy poruszają się przeciwnie do kierunku ruchu tłumu, co siłą rzeczy powoduje popychanie i uderzenia (w Japonii w wielu miejscach spotkacie strzałki na podłogach wskazujące kierunek ruchu). Takiego osobnika spotkałam w Kamakurze. Ludzie poruszali się tam po jednej lub drugiej stronie ulicy w zależności czy szli w kierunku, czy też wracali ze świątyni. Mój agresor szedł w przeciwnym kierunku niż inni ludzie po tej stronie ulicy. Istnieją butsukari otoko, którzy popychają, a potem odwracają się i wyzywająco patrzą w twarz ofiary, szukając zaczepki. Jest też typ agresywny, który celowo podkłada nogę czy uderza. Kierowca ze sklepu spożywczego z całą pewnością intencjonalnie przyłożył mi w nerki, podejrzewam, że mój pierwszy butsukari otoko także celowo uderzył mnie barkiem, choć w tym przypadku zaszedł mnie od tyłu w tłumie, więc to tylko domysły.

Złamane kości czaszki
Ktoś może pomyśleć: to tylko potrącenie - o co ta afera. Pierwsze głośne aresztowanie butsukari otoko miało miejsce w 2017 roku. Mężczyzna potrącił kobietę korzystającą ze smartfona, w taki sposób, że przy upadku złamała ona kości czaszki. Gdy ofiarą jest kobieta w ciąży, może to zagrozić dziecku, podobnie w przypadku pań z wózkami. Zjawisko butsukari onna wydaje się mieć mniejsze nasilenie, ale w 2025 roku media japońskie donosiły o aresztowaniu kobiety, która zraniła przedstawicielki tej samej płci. W moim przypadku skończyło się na kilku siniakach i nieprzyjemnych wspomnieniach z kraju, którego kulturę szanowałam między innymi ze względu na ogromną dbałość o przestrzeń i zachowanie w miejscach publicznych.
Podróż zaczyna się od pomysłu, a my mamy ich mnóstwo. Zobacz, jakie destynacje są teraz na topie i zainspiruj się do własnej przygody. Więcej na styl.interia.pl/podróże














