W skrócie
- Agnieszka Callista opowiada o swoim przeprowadzce z Polski na Rodos podczas pandemii i życiu na wyspie.
- Opisana jest jej relacja z partnerem z Senegalu, doświadczenia związane z różnicami kulturowymi i wyzwania dotyczące rasizmu.
- W artykule poruszono temat pracy terapeutycznej online, codzienności na wyspie oraz inspiracji do napisania książki o ich wspólnym życiu.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Katarzyna Wachowicz, Interia: Dlaczego zdecydowałaś się przeprowadzić na Rodos w czasie pandemii? To całkiem nietypowa decyzja
Agnieszka Callista:To był kompletny przypadek, który zmienił całe moje życie. Po pierwszej fali pandemii w 2020 roku pojechałam nad Bałtyk, ale okropnie tam zmarzłam. Marząc o słońcu przed kolejnym lockdownem, szukałam taniego last minute i padło na Rodos. Nie wiedziałam wtedy prawie nic o wyspie, a przecież zachwyca ona wszystkim, od śladów starożytności po idylliczną przyrodę. Pewnie dlatego tydzień spędzony tam na przełomie sierpnia i września wystarczył, bym po powrocie do Warszawy tęskniła za plażą Lothiarika i palmami.
- Czułam, że właśnie tam, jestem bliżej siebie niż kiedykolwiek wcześniej. Wróciłam więc na Rodos w maju 2021 roku, tuż po otwarciu granic. Wtedy zapadła decyzja - skoro i tak pracuję zdalnie, mój syn jest dorosły i doskonale sobie radzi, nic nie trzyma mnie już na miejscu. 27 listopada 2021 roku wylądowałam z trzema dużymi walizkami na wyspie, żeby tu zamieszkać. Do dziś pamiętam moment wyjścia z samolotu - pod koniec listopada otuliło mnie ciepłe, wieczorne, pachnące kwiatami powietrze. Dla kogoś, kto większość życia spędził w Polsce, to było niezwykłe.
To właśnie na wyspie spotkałaś swoją miłość, Senegalczyka, uchodźcę. Niesamowitą historię opisałaś w swojej książce "Pod słońcem i gwiazdami. Opowieść o dwóch światach". Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?
- To był moment jak z filmu, dlatego stał się sercem mojej książki. Pierwszego dnia po przylocie na Rodos poszłam na spacer, żeby przywitać się z morzem. Plaża była absolutnie pusta - tylko ja, szum fal, muszelki i słońce. Gdy leżałam na piachu i czytałam, w pewnej chwili poczułam na sobie czyjś wzrok. Podniosłam głowę znad lektury i zauważyłam mężczyznę z dreadlockami o niewątpliwej, choć egzotycznej urodzie. Robił zdjęcia nieśmiałym tego dnia falom. Kiedy podszedł do mnie, prowadząc rower, od razu zaintrygowały mnie jego czarne, niesamowicie wesołe oczy i żywa, dobra energia. Przedstawił się, wymieniliśmy kilka zdań, okazało się, że mieszkamy w tej samej wiosce - Lardos. Poprosił mnie o telefon. Nie dałam mu numeru, pomyślałam, że nie chcę żadnych romansów. A teraz jesteśmy już cztery lata razem!

Jaka jest historia twojego partnera. Co jego sprowadziło na Rodos?
- To nie jest historia tak prosta jak moja: wyjazd za słońcem, zmianą i nowym doświadczeniem, ale dramatyczna walka o przetrwanie. Yahya (bo tak ma na imię) dotarł na Rodos, z nadzieją na lepsze życie w Europie i możliwość wspierania rodziny w Senegalu, ryzykując po drodze właściwie wszystko.
- Ze swojej wioski na Sahelu dotarł najpierw do Dakaru, a potem, prowadzony przez przemytników, przemierzył Mali, Algierię, Egipt, Libię, Jordanię i ogarniętą wojną Syrię, aż do Turcji. Szli głównie nocami, za dnia ukrywając się przed służbami, często bez kropli wody, na granicy wycieńczenia. Statystyka tej podróży jest straszna: z grupy czterdziestu pięciu osób, które wyruszyły, do Stambułu dotarło zaledwie jedenaście. Jego wędrówka trwała pół roku.
Do dziś mam łzy w oczach, kiedy o tym myślę. Wszystko dokładnie opisałam w książce. To historia ogromnej determinacji. Yahya jest tak silnym i niezłomnym człowiekiem, a jednocześnie potrafi zachować lekkość i pogodę ducha. Podziwiam go za to.
Czy napisałaś książkę, by opisać wasze spotkanie i dwa światy?
- Pisząc "Pod słońcem i gwiazdami. Opowieść o dwóch światach", chciałam przede wszystkim dać czytelnikom nadzieję. Pokazać, że wielka zmiana jest możliwa w każdym wieku, a miłość nie pyta o paszport czy kod kulturowy. W końcu historia, która mi się przytrafiła, jest tak niesamowita, że aż prosiła się o przelanie na papier i podzielenie się z innymi.
- Moja książka to z jednej strony szczery, momentami intymny zapis relacji dwojga dojrzałych ludzi, a z drugiej - pamiętnik przemiany. Osią jest tu zdecydowanie nasz romans a w tle urokliwe zakątki najsłoneczniejszej z wysp. Jednak pod tą warstwą pulsują tematy dużo poważniejsze: migracja, samotność, uprzedzenia i emocje we wszystkich barwach.
- Tytułowe dwa światy to nie tylko Europa i Afryka. To również zachodni intelekt i afrykańska intuicja, kobiecość i męskość, technologia i głęboka duchowość. Nie unikam trudnych pytań o to, jak te światy godzić na co dzień. Dzielę się konkretnymi wskazówkami i moimi własnymi motywacjami, które pozwoliły mi zacząć jeszcze raz. To propozycja dla każdego, kto czuje, że utknął w miejscu i potrzebuje uwierzyć w to, że życie może go jeszcze totalnie zaskoczyć, oraz inspiracja do zwiedzenia Rodos śladami naszych ulubionych miejsc.
Jak radzisz sobie z różnicami kulturowymi w związku polsko-senegalskim?
- Różnice kulturowe to najbardziej fascynująca, ale i najbardziej wymagająca strona naszej relacji. Początkowo widziałam te jasne strony: ogromną szczodrość Yahyi i jego umiejętność bycia tu i teraz, cieszenia się chwilą. Kiedy w kawiarni nie mogłam się zdecydować na deser, on po prostu kupował mi wszystkie z menu i to było tak odświeżające w porównaniu do mojego zachodniego, analitycznego podejścia, które nakazywało coś wybrać.
- Prawdziwe poznanie przyszło na początku tego roku, gdy po raz pierwszy odwiedziliśmy jego rodzinne strony. Yahya pochodzi z ludu Fula, z regionu Fouta Toro - jednego z najbardziej tradycyjnych bastionów kultury afrykańskiej. Ich system wartości opiera się na radykalnym kolektywizmie. Jednostka właściwie tam nie istnieje, bo wybory życiowe są podporządkowane interesom plemienia. Osobiste pragnienia czy miłość uznawane są za fanaberie, a okazywanie potrzeb czy emocji, nawet radości - za słabość.
- Mnie jako psychoterapeutce po prostu nie mieści się to w głowie i, nie ukrywam, przeraża do dziś. Tego, co tam zobaczyłam, nie da się odzobaczyć. Pisząc "Pod słońcem i gwiazdami. Opowieść o dwóch światach", byłam w pewnym sensie jeszcze teoretyczką. Dziś wiem, że podtytuł książki powinien brzmieć: Zderzenie światów. Ta podróż pokazała mi, jak wielką cenę Yahya płaci za życie w Europie i jak trudno jest lawirować między dwiema rzeczywistościami.

Opowiedz nam o ulubionej greckiej tradycji, którą przeżyłaś z partnerem na Rodos. Wiem, że jest ich przynajmniej kilka…
- Bez wahania jest to grecki karnawał! To było dla mnie ogromne zaskoczenie. W Polsce przyzwyczajeni jesteśmy do wyciszenia w tym okresie, a na Rodos, gdy trwa katolicki post, wybucha absolutne, radosne szaleństwo. Ulice wypełniają się ludźmi w cekinach i perukach, a powietrze drży od konfetti i greckiego, głośnego popu.
- Ta muzyka to dziwna mieszanka - usłyszysz tam bouzouki, klarino z płaczliwą wibracją, bałkańską energię i arabskie nuty, a wszystko to w potężnym rytmie bębnów. To taki szlachetny kicz, nie udaje wyrafinowania, bo ma jedną misję: porwać każdego do tańca.
- Dla nas to co roku wyjątkowy czas, bo Yahya jest fenomenalnym tancerzem i opiekuńczym towarzyszem zabaw. Uwielbiamy zatracić się w beztroskich karnawałowych korowodach. Te wspólne tańce przypominają nam, że ostatecznie łączy nas ta sama, czysta radość życia.
Czy spotkałaś się z rasizmem jako Polka z Senegalczykiem na wyspie?
- Na Rodos w zasadzie nie spotykamy się z rasizmem wprost. Częściej to sytuacje niejednoznaczne, które Yahya odczytuje jako uprzedzenia, a ja staram się zrozumieć ich tło.
- Kiedyś właściciel mojego pierwszego wynajmowanego na Rodos domu zabronił Yahyi odwiedzin, tłumacząc to dbałością o własną reputację i zasadą "no boys" obowiązującą kobiety w jego nieruchomościach, tyle że wcześniej nigdy mi o tej zasadzie nie wspomniał. Innym razem sąsiadka, częstując mnie obiadem, stwierdziła z żalem, że mogłabym mieć tu dobre życie u boku majętnego męża, ale pospieszyłam się i po związku z Afrykańczykiem nikt mnie już nie będzie chciał. To był rasizm ubrany w piórka troski. Najbardziej znamienna była jednak historia ze starszymi paniami, tu w Lardos. Na początku, gdy Yahya mijał je rano na rowerze, staruszki żegnały się na jego widok znakiem krzyża. On, zamiast się obrazić, po prostu z uśmiechem im odżegnywał. To kompletnie je rozbroiło! Dziś te same panie uśmiechają się do niego przy każdej okazji. To piękny dowód na to, że strach przed nieznanym można przełamać zwykłym ludzkim gestem.
Niestety, prawdziwa fala nienawiści wylewa się na nas w mediach społecznościowych. Wyzwiska pod adresem Yahyi czy niewybredne komentarze o mnie są naszą codziennością. To przykre, ale staramy się pamiętać, że te komentarze świadczą wyłącznie o ich autorach, nie o nas.
Czy rasizm wobec migrantów z Afryki jest problemem na Rodos i jak sobie z nim radzicie?
- Na Rodos, w przeciwieństwie do Lesbos czy Chios, nie ma wielkich obozów dla uchodźców, ale problem migracji jest tu jak najbardziej realny. Bliskość tureckiego wybrzeża sprawia, że na nasze plaże regularnie dopływają łodzie z ludźmi szukającymi ratunku czy zarobku. Ponieważ brakuje oficjalnych struktur pomocowych, migranci często koczują w miejscach publicznych. To budzi w mieszkańcach lęk o bezpieczeństwo i o turystykę, która jest przecież głównym źródłem dochodu ludzi na naszej wyspie. Niestety, ten strach bywa kołem napędowym dla wrogich reakcji.
- Yahya wielokrotnie opowiadał mi o sytuacjach, w których czuł się jawnie dyskryminowany. Z drugiej strony, dzięki swojemu pogodnemu usposobieniu, stosunkowo szybko zdołał wtopić się w lokalną społeczność. Przełomem było dla nas uregulowanie dwa lata temu jego statusu prawnego w Grecji i Unii Europejskiej. Posiadanie dokumentów daje Yahyi poczucie, że chroni go prawo, może normalnie pracować, płacić podatki, podróżować, to ułatwia nabranie dystansu do nieprzychylnych postaw.
- Rodos nie jest skrajnie niebezpieczne pod kątem rasizmu, choć problem niechęci wobec migrantów z Afryki - niekoniecznie w formie otwartej agresji fizycznej - istnieje. Czasami chłodne spojrzenie, celowe uniknięcie gestu, potrafi popsuć nastrój na cały dzień. Dobrze, że w takich momentach mamy siebie.
Jakie wyzwania napotkałaś w terapii, pracując wśród ekspatów i lokalnych Greków?
- Pracuję obecnie niemal w 100% online, głównie z Polakami, mieszkającymi w Polsce albo gdzieś na świecie. Jest to ogromnym przywilejem, ale i wyzwaniem. Z jednej strony mogę prowadzić sesje z mojego raju na ziemi, patrząc w przerwach na morze. Z drugiej - widzę w kamerze tylko twarz i ramiona rozmówców, co utrudnia odczytywanie mowy ciała i innych sygnałów. Brakuje mi czasem osobistego kontaktu z ludźmi, którym szczerze kibicuję. Poza tym godzina przed ekranem męczy bardziej niż sesja w gabinecie.
- Ciekawie robi się jednak, gdy kończę pracę i spotykam się z lokalną społecznością tutaj. Kiedy mówię Rodyjczykom, czym się zajmuję zawodowo, czuję, jak natychmiast budują dystans. Obawiają się, że przeszyję ich wzrokiem i w pięć minut odkryję najgłębsze tajemnice. Wynika to pewnie z faktu, że w Grecji moja profesja wciąż jest owiana wieloma stereotypami - zawód psychoterapeuty nie istnieje tu oficjalnie w systemie prawnym. Tradycyjne życie na wyspie wciąż zakłada rozwiązywanie problemów raczej przy kawie niż na kozetce.
Co najbardziej zaskoczyło cię w kuchni na Rodos po przyjeździe?
- Kuchnia Rodos jest kwintesencją egejskiej prostoty, rządzą tu plony ziemi i dary morza. Przyprawy ograniczają się do dzikiego oregano, tymianku, soku z cytryny i soli morskiej. To uczciwe jedzenie, które niczego nie udaje. Choć jako wielbicielka orientalnych smaków czasem tęsknię za większym wyrafinowaniem, to zakochałam się w tutejszej oliwie - używa się jej w ogromnych ilościach, które początkowo mnie szokowały!
- Poza tym Rodyjczycy mają słabość do intensywnej słodyczy - dla mnie świetnie! Wreszcie nikt nie mówi: "pyszne ciasto, takie nie za słodkie". Ciasto ma być słodkie i kropka. Moim absolutnym numerem jeden jest rodyjski miód pomarańczowy.
- Fascynuje mnie też tutejsza miłość do kawy na zimno. Grecy piją frappé czy freddo espresso nawet w środku zimy - trzęsą się z zimna, skarżą na wiatr, ale w dłoni wciąż trzymają kubek pełen kawy i lodu.
Jak historia Yahyi wpłynęła na twoje spojrzenie na miłość i dojrzałość emocjonalną?
- Oboje jesteśmy w okolicach pięćdziesiątki, mamy dzieci i związkową przeszłość. Gdyby nie bolesna historia Yahyi, pewnie nigdy byśmy się nie spotkali. Przyznam szczerze: przez pół roku mocno się broniłam przed tą relacją. Jednak sposób, w jaki o mnie zabiegał, jego determinacja i otwarte serce sprawiły, że w końcu zdobyłam się na zaufanie.
- Yahya na pewno zredefiniował moje pojęcie miłości. Jako Europejka byłam przyzwyczajona do wizji miłości jako romantycznego uniesienia. To Yahya pokazał mi coś dojrzalszego - miłość jako odpowiedzialność, obecność i realne działanie. Jego sposób bycia, to, jak wspiera i okazuje uczucia poprzez konkret, daje mi poczucie bezpieczeństwa, bliskości i spokoju, którego wcześniej nie znałam. Jesteśmy bardzo różni, ale właśnie w tych różnicach pojawiła się prawdziwa wzajemność, którą rozumiem jako dojrzałość emocjonalną w związku dwóch osób. On jest mocno osadzony w codzienności, ja bardziej w perspektywie długofalowej, i to się uzupełnia. Dziś myślę o naszej relacji jak o połączeniu europejskiej emocjonalności i afrykańskiej funkcjonalności, tworzących spokojną, solidną więź.
Co planujesz dalej - nowa książka, rozwój gabinetu czy powrót do Polski?
- Czytasz mi w myślach! Pomysł na drugą książkę już jest i właśnie we mnie dojrzewa. Układam w sobie mocne przeżycia z Senegalu. To bardzo piękny kraj i chyba niedoceniony turystycznie. Zachwycił mnie obfitością egzotycznych kwiatów, zapachem soczystych owoców, postkolonialnymi rezydencjami na przemian ze złoconymi meczetami, szerokimi plażami, ciepłym Atlantykiem, jeziorem z różową wodą, wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO wyspą Gorée, małpkami przebiegającymi przez ulicę, kojącą serce tradycyjną muzyką i nieziemskim sokiem z baobabu. Jednak jako psychoterapeutka nie mogłam przejść obojętnie obok mentalności tubylców. Zderzenie z ich sposobem patrzenia na świat dało mi wiele do myślenia i to właśnie ten rozkrok między dwiema rzeczywistościami, w którym tkwi Yahya, będzie clue mojej kolejnej opowieści.
- Jeśli chodzi o gabinet, to on od lat jest moją misją i integralną częścią życia. Nie wyobrażam sobie rezygnacji z ukochanego zawodu - te codzienne, głębokie rozmowy ze wspaniałymi ludźmi są dla mnie nieskończonym źródłem energii, karmią moją duszę.
- Do Polski na razie nie planuję wracać, choć bywam tam regularnie parę razy w roku: na urodziny syna, by odnowić jakiś dokument - pretekst zawsze się znajdzie. W zeszłym roku byliśmy razem z Yahyą na święta i nowy rok. Jednak to życie pośrodku morza, jest stanem umysłu, który pokochałam bezgranicznie.
Tu, w harmonii z szumem fal i w rytmie pulsujących letnią mantrą cykad, na jednej z tysięcy greckich wysp, łatwiej mi pamiętać, że życie, pomimo przytrafiających się trudności, jest piękne.
Odkryj ukryte zakątki, które zachwycą każdego podróżnika. Z dala od tłumów i utartych szlaków czekają miejsca pełne magii i lokalnego kolorytu. Przekonaj się, gdzie warto pojechać jeszcze w tym roku. Więcej w kategorii PODRÓŻE














