Spis treści:
- Kuchnia, która podbiła świat. Czy słusznie?
- Koreańskie pierogi
- Kopytka po koreańsku
- Smaki Korei
- Chłodnik po koreańsku
- Koreański smażony kurczak
- Kimchi, czyli kiszona kapusta po koreańsku
- Tradycyjny koreański grill
Kuchnia, która podbiła świat. Czy słusznie?
Każdy kraj ma swój smak, a doświadczenie uczy, że najintensywniej można go doświadczyć w małych, często rodzinnych lokalach, gdzie jedzenie przygotowywane jest z myślą o podniebieniach autochtonów, a nie zagranicznych turystów. Nie inaczej było w Korei Południowej. Spróbowałam wielu tamtejszych potraw i mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że Koreańczycy słusznie uczynili swoją kuchnię jednym z trzech filarów marketingu międzynarodowego (obok muzyki popularnej, tzw. K-popu, i seriali telewizyjnych znanych jako K-dramy). Jednak nie wszystkie potrawy z kraju hibiskusa przypadły mi do gustu, a niektóre okazały się wielkim rozczarowaniem.
Koreańskie pierogi
Mój pierwszy kontakt z koreańską kuchnią odbył się na ulicy. Miałam okazję skosztować lokalnego street foodu na targu Namdaemun, mieszczącym się w odległości około 700 metrów od Seoullo 7017, dawnej samochodowej estakady, którą zamknięto i przekształcono w "Podniebny Ogród". W betonowych donicach rośnie tu ponad 20 tysięcy roślin i co rusz można natknąć się na ogrodnika dbającego o ich piękno. Na pobliski targ, wypełniony Koreańczykami (choć zdarzali się też zagraniczni turyści), trafiłam w porze obiadowej, gdy większość lokali gastronomicznych (a było ich tu sporo) ciasno wypełniali wygłodniali klienci. Z braku miejsca do siedzenia zdecydowałam się zaatakować tutejsze street foody.

Na pierwszy ogień trafiły mandu. Spróbowałam zarówno tych przygotowywanych na parze, jak i smażonych z nadzieniem mięsnym oraz warzywnym (we wszystkich było też kimchi). Na straganach sprzedawano mandu na sztuki, więc nie trzeba zamawiać całej porcji, by przetestować różne wersje tego tradycyjnego, koreańskiego dania. Recenzja: jeśli masz okazję, koniecznie spróbuj. Polskie podniebienie pokocha mandu, bo czyż można nie kochać pierogów? Nadal uważam, że pierogi mojej mamy są kulinarnym szczytem w tej kategorii, ale mandu uplasowały się wysoko w moim prywatnym rankingu światowych pierogów.

Kopytka po koreańsku
Najlepsze jedzenie, jakiego spróbowałam w Korei, nie pochodziło z baru czy wykwintnej restauracji, ale ze straganu na targu. Stoisko prowadziło małżeństwo w starszym wieku, które przygotowywało jedzenie na bieżąco. Spróbowałam tam koreańskich kiełbasek, panierowanych warzyw, krewetek i kałamarnic. Wszystko było bardzo dobre, ale najsmaczniejsze okazały się tteokbokki. To duże uproszczenie, ale gdybym miała znaleźć dla nich polski odpowiednik, powiedziałabym, że przypominają kopytka. W wersji znad rzeki Han robione są z mąki ryżowej i podawane w słodko-ostrym sosie na bazie pasty gochujang (zrobionej ze sfermentowanej soi i ostrej papryki) Miałam okazję próbować tteokbokki w Polsce (przygotowane przez Koreankę) i wiedziałam, że to danie mnie nie rozczaruje. Poziom ostrości polskiej i koreańskiej wersji był podobny, choć tteokbokki w Korei wydawały mi się odrobinę bardziej pikantne.

Smaki Korei
A skoro mowa o ostrości, to trzeba przyznać, że Koreańczycy lubią pikantne jedzenie, co zapewne wynika także z tego, że wiele potraw przygotowywanych jest z użyciem pasty gochujang. Przy pozycjach w menu (szczególnie w turystycznych dzielnicach) można było znaleźć informacje o poziomie ostrości. Nie odważyłam się spróbować pikantnych wersji, ale nawet te określane jako łagodniejsze szczypały w język.
Jednak jeśli ktoś nie jada ostrych potraw, nie musi się obawiać. Koreańska kuchnia jest na tyle różnorodna, że bez problemu znajdzie w niej coś dla siebie.
Mojemu polskiemu podniebieniu bardzo odpowiadały połączenia smaków stosowane w tamtejszej kuchni. Nic, co jadłam nie było tylko ostre, ale zawsze przełamywał je dodatkowy smak - najczęściej słodki. Były też potrawy słodko-ostre, słodko-kwaśne i słodko-słone, choć mam wrażenie, że dominował smak umami, bo większość tamtejszych dań wspominam jako pyszne.
Chłodnik po koreańsku
Było na mojej liście dań do spróbowania jedno, którego nigdy więcej nie chciałabym jednak jeść: kongguksu, czyli klasyczne letnie danie kuchni koreańskiej. Jest to zupa na bazie domowego mleka sojowego. Bulion przygotowuje się poprzez gotowanie ziaren soi, a następnie rozcieranie ich na gładkie purée. Kongguksu najczęściej podaje się z cienkim makaronem somyeon. W rankingu TasteAtlas (internetowym zestawieniu potraw z całego świata) ta południowokoreańska zimna zupa zajmuje 10. miejsce wśród 27 chłodników z całego świata.

Miałam okazję spróbować kongguksu, będąc w Seulu. Było to ciekawe doświadczenie, ponieważ zupę podano mi z kostkami lodu, które dodatkowo schładzały danie i czyniły je rzeczywiście niezwykle orzeźwiającym. Jednak w moim osobistym rankingu ta potrawa wylądowałaby na końcu listy chłodników. O kuchni koreańskiej mogę powiedzieć jedno: jest znakomita, ale w przypadku tego dania odniosłam wrażenie, że zjadam rozcieńczoną wodą mąkę z dodatkiem mleka. Nie wiem, czym ten chłodnik zasłużył sobie na 10. miejsce w rankingu, ale polski chłodnik (choć ma 15. miejsce na liście TasteAtlas) uważam za dzieło sztuki w porównaniu z zupą, którą zjadłam w Seulu. Próbowałam kongguksu tylko raz w życiu i być może był po prostu źle przygotowany, ale nie miałam ochoty tego weryfikować w innym lokalu, bo moja lista potraw do spróbowania w Korei Południowej była bardzo długa.
Natomiast samo miejsce, w którym raczyłam się kongguksu, było bardzo ciekawe. Długa hala targowa, pośrodku polowe kuchnie otoczone krzesłami lub ławami. Z jednej strony masz parujące garnki wypełnione jedzeniem, a tuż za plecami stragany z ubraniami, hanbokami (tradycyjnymi strojami) i akcesoriami do nich, tkaninami, pamiątkami czy rzeczami do domu.

Koreański smażony kurczak
Będąc w Polsce, odniosłam wrażenie, że Koreańczycy najbardziej dumni są ze swojego kurczaka. Zachwytom nad tym daniem w internecie nie ma końca, dlatego znajdowało się ono na szczycie mojej listy potraw do spróbowania (tuż po kimchi). Pechowo głód dopadł mnie po południu, a to najgorsza pora na obiad w Korei, bo wiele lokali jest zamkniętych między 14 a 17. Nie jest to jednak kwestia siesty, jak w południowych krajach Europy, lecz "przerwa techniczna", podczas której pracownicy gastronomii przygotowują składniki i dania na kolację. W naszych polskich głowach może się nie mieścić, że lokal zamyka się w połowie dnia, ale w Korei Południowej nie jest to wcale rzadkie zjawisko. Wynika ono z tamtejszego prawa. Zgodnie z nim osobom pracującym osiem godzin dziennie przysługuje godzinna przerwa w ciągu dnia pracy, którą wiele firm interpretuje jako obiadową i wyznacza między 12 a 13 lub 13 a 14. Dlatego w południe lokale są wypełnione ludźmi, a po 14 prawie całkowicie pustoszeją.

Dlatego o 17, kiedy wybierałam się na obiad, większość lokali świeciła pustkami. Nie inaczej było w przypadku baru specjalizującego się w kurczakach, który tego dnia znalazł się na moim obiadowym celowniku. Restaurację prowadziły dwie adżummy (koreańskie określenie kobiet w średnim wieku), co dawało nadzieję, że zjem "domowego kurczaka". Zamówienie obiadu nie było łatwe, bo kobiety nie mówiły po angielsku. Na szczęście dzięki obrazkowemu menu, międzynarodowemu językowi gestów i tym kilku koreańskim słowom, które zapamiętałam z seriali, udało mi się zamówić jedzenie.

Pobyt w tym lokalu był jednym z tych doświadczeń, kiedy zapominasz, że jesteś turystą. Nieliczni jeszcze klienci witani byli koreańskim "annyeonghaseyo". W małej kuchni na zapleczu jedna z kobiet przygotowywała jedzenie - zapach smażonego kurczaka rozchodził się po całym lokalu. Druga, mając chwilę wolnego czasu po obsłużeniu klientów, siedziała przy jednym ze stolików oglądając na ekranie telewizora koreańską dramę. W końcu kurczaka podano na stół, wraz z przystawką w postaci marynowanej, białej rzodkwi. Wreszcie nadszedł czas na próbę smaku i… danie okazało się rozczarowujące. Nie dlatego, że było niesmaczne, ale dlatego, że nie było zaskakujące. Smakowało po prostu jak kurczak w Polsce. Wydaje mi się mało prawdopodobne, żeby takie danie budziło powszechny zachwyt, więc uważam, że warto byłoby spróbować go w innym miejscu. Niestety był to ostatni wieczór w Seulu, więc nie miałam już takiej okazji.
Kimchi, czyli kiszona kapusta po koreańsku
Podczas pobytu w Korei spróbowałam wielu różnych odmian kimchi. Dla mnie najbardziej kultowe jest czerwone kimchi ze sfermentowanej kapusty pekińskiej z dodatkiem imbiru, czosnku, papryki gochugaru i sosu rybnego. Jadłam kilka wersji czerwonego kimchi z różnych warzyw, zawsze były lekko ostre, ale nie powiedziałabym, że paliły w język. Natomiast do produkcji białego nie używa się papryki, więc jest ono delikatne w smaku. Jadłam klasyczny, czerwony specjał w Polsce i zawsze miał dla mnie nieco octowy posmak, natomiast w Korei kimchi wydało mi się nieco ostrzejsze, wyrazistsze w smaku i bardziej aromatyczne. Moje polskie podniebienie przyzwyczajone do kiszonek bardzo ceni sobie kimchi, a szczególnie to zrobione przez Koreańczyków.

Tradycyjny koreański grill
Jest jeszcze jedno kulinarne doświadczenie, o którym muszę wspomnieć, pisząc o koreańskiej kuchni: tamtejszy grill.
Zaczęło się od wizyty w katolickiej katedrze Myeongdong w dzielnicy Jung-gu. To pierwszy neogotycki kościół w Korei Południowej i siedziba tamtejszego arcybiskupa. Katolicyzm obok protestantyzmu i buddyzmu jest trzecią największą religią w tym kraju (choć ponad 50 proc. Koreańczyków to ateiści). Wchodząc do kościoła, poczułam, jakbym w jednej chwili przeniosła się o 8 tys. kilometrów. Katedra nie różniła się niczym od tych budowanych w Europie. Położona na wzgórzu jest świetnym punktem, by zacząć wieczorny spacer w kierunku nocnego targu w Myeongdong, popularnej atrakcji turystycznej, gdzie pełno jest straganów z jedzeniem, pamiątkami i ubraniami. Jak sama nazwa wskazuje, targ działa do późnych godzin nocnych. Nie próbowałam jedzenia z tamtejszych straganów, bo ceny bywały dużo wyższe od tych na targu w okolicach Dworca Seul, gdzie pierwszego dnia próbowałam mandu i tteokbokki. Trafiłam natomiast do lokalu serwującego koreańskiego grilla, działającego w formule "płacisz raz, jesz, ile zdołasz".

W restauracji stały stoliki z wbudowanym grillem, nad każdym znajdował się komin pochłaniający zapachy, a w szufladzie pod nimi umieszczono sztućce potrzebne do przygotowania posiłku: nożyczki i pałeczki. W takim lokalu obowiązuje samoobsługa. Klient sam wybiera rodzaj mięsa, najczęściej spośród różnych gatunków wieprzowiny, oraz ulubione dodatki, takie jak: czerwone kimchi z kapusty i białe z rzodkwi, marynowane liście czosnku niedźwiedziego (Koreańczycy marynują też liście zwykłego czosnku), sałatka z kapusty pekińskiej z kukurydzą i marchewką, pasta gochujang i liście sałaty.

Pierwszą porcję przygotowała dla mnie obsługa, tłumacząc, że liść sałaty należy posmarować odrobiną pasty gochujang, ułożyć na nim mięso, następnie czerwoną lub białą wersję kimchi i ulubione dodatki. Liść trzeba zwinąć i włożyć do ust. Sztuka polega na stworzeniu "gołąbka" na jeden kęs. Samodzielne przygotowanie mięsa i tworzenie zestawień z różnymi dodatkami było nie tylko kulinarnym doświadczeniem, ale też fantastyczną zabawą. Gorąco polecam koreańskiego grilla, bo jest nie tylko pyszny, ale także stanowi świetną kulinarną przygodę.
Na mojej liście dań do spróbowania pozostało jeszcze wiele koreańskich potraw, a to tylko jeden z wielu powodów, by wrócić nad rzekę Han.
Podróż zaczyna się od pomysłu, a my mamy ich mnóstwo. Zobacz, jakie destynacje są teraz na topie i zainspiruj się do własnej przygody. Więcej na styl.interia.pl/podróże
















