- Czujesz? Trochę jak wakacje.
Słońce na twarzy, bluza zawiązana w pasie, termos w plecaku. Dużo dzieci na peronie, każde szuka najlepszego kadru, przestawiają statywy - to w lewo, to w prawo, pytania: "z której strony przyjedzie?". Zapach żelaza i smaru z podkładów, trzask megafonu. Niewyraźnie: "pociąg specjalny wjedzie na tor trzeci przy peronie drugim". Bardziej niecierpliwi wchodzą na schody prowadzące na kładkę nad torami. Byle być wyżej, byle jak najszybciej zobaczyć. Jaki będzie?
Paprykarze i Oscypki

Informację, że z okazji 25-lecia PKP Intercity w Polskę wyjedzie pociąg retro, wykorzystujący historyczny tabor, ogłoszono na początku marca. Zapowiadano, że będzie kursował w weekendy, w rozkładzie jazdy pojawi się ponad 40 połączeń, a podróż będzie nostalgiczna. Pomysł chwycił od razu: "Omg! Będę polować na bilety", "Muszę tym się przejechać!", "Super pomysł", "Wspomnienia wracają…" - pisali internauci na instagramowym profilu PKP IC.
Kilka tygodni później pojawił się rozkład, a wraz z nim informacja, że można pojechać m.in. z Warszawy do Poznania, z Poznania do Kołobrzegu, ze Szczecina do Kamienia Pomorskiego. Właściwie z Nieśpiesznym można objechać całą Polskę. Nazwy retro pociągów brzmią uroczo: Malta, Syrena, Paprykarz. Ja wybieram "Oscypka", z Chabówki do Zakopanego. Jeszcze chwila, a nie miałabym z czego wybierać - kilka dni po rozpoczęciu sprzedaży na tej trasie dostępna jest już tylko garstka biletów.

Z rozkładu można też wywnioskować, że pociąg "nieśpieszny" będzie nie tylko z nazwy - przejazd regularnym pociągiem z Chabówki do Zakopanego standardowo zajmuje około godziny, Nieśpieszny pojedzie godzin dziewięć, po drodze zaliczając Kalwarię Zebrzydowską, Bielsko-Białą i Kraków. Ja postanawiam wsiąść w Krakowie. Prawie cztery godziny jazdy - wydaje mi się, że to wystarczająco na podróż w czasie.
"To do tego trzeba obowiązkowo termos, jajo i pomidory na drogę" - czytam jeszcze jeden z komentarzy. Przez chwilę również rozważam jajka. Przyzwoitość zwycięża, z retro wałówki zabieram tylko termos.
Atmosfera piknikowa
"Pociąg specjalny wjedzie na tor trzeci przy peronie drugim". Zanim się wyłoni, słychać charakterystyczny stuk. Kiedy już pokaże się zza zakrętu, wywołuje pisk zachwytu: żółte czoło elektrowozu, ciemnozielone boki lokomotywy, wypucowane, lśnią w słońcu. Za elektrowozem - butelkowozielone wagony z kremowymi oznaczeniami: klasa pierwsza, druga, wagon z miejscami do leżenia, kuszetki, Wars. Ten ostatni napis nakreślony pięknym, grubym, pochyłym liternictwem.

Gdy pociąg się zatrzymuje, nikt nie wsiada do niego od razu, każdy pozuje: na tle składu, wsiadając, stojąc w oknie. Kiedy już kierownik pociągu odgwiżdże odjazd, szał trwa nadal, wszyscy fotografują wszystko. Ja też, bo tutaj chciałoby się utrwalić każdy szczegół: to, że w oknach wiszą zasłonki z nadrukowanymi naprzemiennie napisami "PKP" i geometrycznymi kształtami; że metalowe plakietki z wytłaczanymi cyframi wskazują numery siedzeń; że lustra nad tymi siedzeniami zniekształcają (a jakże, tak przecież było i przed laty!) odbicie, że "zabrania się korzystać z WC podczas postoju pociągu na stacji" (dla dzieci atrakcją jest to, że w wylocie toalety można zobaczyć tory); że okno można otworzyć aż do połowy, ale uprzednio należy się na klamce "uwiesić", bo inaczej mechanizm nie zechce zareagować; że wszystkie ściany wyłożone są jasną, imitującą drewno sklejką, a wszystkie fotele obite materiałami we wzór z drobnych kwadratów; że między wagonami ciągle przechodzi się przez "łącznik śmierci" - dwie metalowe płyty, które zbliżają się i oddalają podczas ruchu wagonów (na pewno są bezpieczne, ale w dzieciństwie stąpanie po nich stanowiło rodzaj testu odwagi); że w ścianach korytarzy umieszczono rozkładane siedziska, na widok których pasażerowie wymieniają wspomnienia: "jak kiedyś wracałem na stojąco ze Świnoujścia, to takie krzesełko uratowało mi życie".

Rzadko zdarza się, żeby jakaś przestrzeń tak silnie przywoływała zachowany we wspomnieniach obraz. W Nieśpiesznym cieszyć może wszystko - moim faworytem jest jednak kolor. Charakterystyczna barwa, która pojawia się, gdy słońce, przefiltrowane przez zasłonkę, pada na siedzenia, nadając im ciepły, intensywnie pomarańczowy odcień. Kolor jak oranżada, jak landrynka. Instytut Pantone mógłby nadać mu nazwę "Wczasy".

Co wagon, to historia
Przechodzę przez "łączniki śmierci", jeden za drugim, przeciskam się między podróżnymi, bo chociaż każdy ma miejscówkę, wszyscy stoją na korytarzach - bo zdjęcia, bo widoki, bo tam się jeszcze nie było, a chce się zobaczyć. Nagle w przedziale przede mną widzę drabinę, dziwną, o mięciutkich szczeblach, obitą tym samym materiałem co siedzenia. Pod drabiną siedzi dziewczyna.
- Przepraszam, czy pani ma miejsce w kuszetce? - pytam.
- Tak.
- A czy ja mogę obejrzeć ten wagon?
- Jasne!
Ja oglądam (sześć miejsc do leżenia, dwa górne rzędy zawieszone na pasach), pani opowiada: że jedzie z partnerem i synem, że partner jest fanem kolei i kilkuletni syn również, że chociaż mieszkają w Krakowie, rano pojechali do Chabówki, żeby móc przejechać pełną trasę.

- I oczywiście, żeby sfotografować pociąg na tle gór - mówi pani, która przedstawia się jako Paulina. - Partner i syn to pasjonaci, nie przepuszczą takich okazji. Mnie też atrakcja się podoba, bo dobrze pamiętam takie wagony z dzieciństwa, kiedy jeździłam z rodzicami na wakacje. Kiedyś jedynym miejscem, jakie mieliśmy, było składane krzesełko w korytarzyku. Ktoś odstąpił nam tą odrobinę wygody, sam poszedł do Warsu. To były czasy!
Podobnych pasjonatów wśród pasażerów jest wielu. Kiedy spaceruję po pociągu, słyszę nazwy wagonów, elektrowozów, ciekawostki o technicznych szczegółach, plotki o przebudowach i modernizacjach - tematy, które dla takiego jak ja laika brzmią jak enigma. Chociaż towarzyszący im entuzjazm zrozumiały jest dla każdego.
Taki właśnie nastoletni pasjonat imieniem Michał wyciągnął się na kuszetce w kolejnym przedziale. Miejsce wybrał sprytnie - linia jego wzroku wypada dokładnie na linii okna. Trudno o bardziej komfortowy punkt obserwacyjny.
- Ale niech pani wejdzie i usiądzie, zobaczy pani, jakie siedzenia miękkie. Inna jakość niż w tych zwykłych - zachęca jego mama, pani Magda.
Siadam, rzeczywiście inna. Jak na sofie w salonie.
Pytam, jak podoba im się przejazd, i słyszę, że trafiłam na prawdziwie doświadczonych podróżników.
- My jesteśmy fanami kolei i pociągiem retro jedziemy nie pierwszy raz. W Polsce takich opcji nie brakuje: skansen w Chabówce prowadzi przejazdy parowozem, TurKol organizuje przejazdy turystyczne starymi pociągami, podobnie Koleje Galicyjskie. Żadna z tych opcji nie była jednak tak rozreklamowana jak Nieśpieszny - opowiadają Magda i Michał.
Rozmowę przerywa nam konduktorka. Prosi o elektroniczne bilety, po ich okazaniu wręcza nam małe, kartonikowe bilety z dziurką w środku. Takie, jakie kiedyś dostawało się w podmiejskich pociągach.

- Jeśli pani pisze tekst, to proszę wspomnieć, że wszystko fajnie, tylko trochę drogo. Zwykły pociąg z Chabówki do Zakopanego kosztuje kilkanaście złotych, Nieśpieszny ponad sto. No i w Warsie wszystko wyszło! Złapaliśmy ostatnią oranżadę.
Rzeczywiście, ceny w Nieśpiesznym różnią się od tych standardowych. Jak podaje serwis Rynek Kolejowy, najtańszy bilet w drugiej klasie (na trasę do 50 km) kosztuje 49 złotych, najdroższy (na trasę od 601 do 1000 km) - 199 zł. Pytam, czy mimo ceny warto wybrać się w taką podróż.
- Jasne! I to nie tylko z uwagi na retro klimat - mówi. - W kolejce w Warsie podszedł do mnie mężczyzna i mówi: "Jaka świetna atmosfera, wszyscy są uśmiechnięci, życzliwi. Sami pasjonaci jadą"!
Wyszło, wszystko wyszło
Magda i Michał złapali ostatnią oranżadę, ale ja do Warsu idę bez stresu: na dworcu w Krakowie usłyszałam, jak jedna pracownica obsługi pyta w kasie, z którego peronu odjeżdża Oscypek, bo "musi zatowarować".

Na miejscu jednak trochę rzednie mi mina. W przedziale barowym jest pięknie: stoliki z czerwonymi obrusami, goździki w wazonach, serwetniki z napisem "Wars". Jednak kolejka do bufetu ciągnąca się przez połowę wagonu. "Schabowego to najprędzej w domu zjemy" - podsłuchuję kawałek rozmowy. Nic to, mam czas, staję. Oglądam naklejoną na ścianę mapę z wyrysowaną siecią kolejową. Mapa też jest retro - na niej wciąż graniczymy z Czechosłowacją i ZSRR.
- Widzi pani, ciekawa sprawa, po zagęszczeniu torów najlepiej widać, jak biegły granice zaborów - zaczepia mnie mężczyzna, który przedstawia się jako Michał. Mówi, że całe dzieciństwo przejeździł pociągami, rodzice nie mieli prawa jazdy. On do trzydziestki też nie zrobił - po co, skoro są pociągi? - Dzisiaj fanem pociągów jest syn. Kazał mi nawet wziąć na podróż to… - opowiada i z kieszeni bluzy wyciąga zapakowany w karton model jednego z wagonów Nieśpiesznego.

Żegnamy się, bo ogonek oczekujących drepcze dalej, w kierunku barowego okienka. Z nudów nie do końca uprzejmie patrzę, co ciekawego mają na stołach ci, którzy swoje posiłki już dostali. Króluje schabowy z ziemniakami i mizerią, żurek oraz chleb ze smalcem, porcje wydają się szybko znikać z talerzy. Kiedy pani przede mną próbuje zamówić szarlotkę, słyszy, że ciasto "wyszło" i to już dawno. Gdy nadchodzi moja kolej, pytam, co oprócz szarlotki cieszy się największym powodzeniem. "Wszystko! Wszystko cieszy się powodzeniem" - mówi barman, a ton ma taki, jaki mają zwykle ludzie, gdy odrywa się ich od bardzo absorbującego zajęcia. - "Wszystkiego ludzie chcą spróbować, a butelkę po piciu niech sobie pani zostawi na pamiątkę. Ładna etykieta, prawda?"

Z zaplanowanej trasy zwiedzania został mi jeszcze jeden przedział: konduktorski. Pukam, odsuwam drzwi. Kierownik pociągu najpierw odsyła do rzecznika, a potem, kiedy słyszy, że chodzi mi raczej o emocje niż o szczegółowe dane, mówi, że jemu w takim dniu pracy jak dziś łza się w oku kręci. - To wyjątkowy dzień, cały ten skład wywołuje sentyment lat ubiegłych. Widok tych siedzeń, zasłon przywodzi wspomnienia z dzieciństwa. Człowiek czuje, jak czas ucieka - mówi pan Marcin. - Podróżni też niecodzienni, chyba 90 proc. z nich to pasjonaci. Zadają szereg pytań, nie słychać żadnych narzekań.

Gdyby pytali na przykład o wagony, z jakich skompletowany jest nasz skład, usłyszeliby, że to typy: 112Ag, 111As, 110Ac, 609a i 111a. Ciągnie nas lokomotywa EP07-442. W innych składach Nieśpiesznego na czołach pociągów pojawiają się, jak informuje PKP IC: lokomotywa elektryczna EP05-23 "Czesio", lokomotywy serii EP08 "Świnka" oraz EP09 "Epoka". Mnie te liczby rzecz jasna nie mówią wiele, dla większości moich współpasażerów stanowią jednak doskonale zrozumiały kod.
Za renowację taboru odpowiadała spółka Remtrak, której zakłady mieszczą się w Idzikowicach i Warszawie. Na jednym z filmików udostępnionych w social mediach przez PKP IC widać, jak pod maszynami do szycia przesuwają się pomarańczowe obicia. Ktoś w pociągu mówi mi, że ponoć dużym wyzwaniem było znalezienie nici, które pozwoliły nadać fotelom wygląd "jak dawniej".
"Jakby karpie tęskniły za wigilią"
Kierownik pociągu mówił, że negatywnych komentarzy na pokładzie brak, jednak na narzekania, czy raczej złośliwości, można było natknąć się przed kursem. Pod instagramowym postem zapowiadającym projekt Nieśpieszny, obok wyrazów entuzjazmu, można było przeczytać: "Znowu? Dopiero co to dziadostwo zniknęło", "O, fajnie, oby tylko nie trzeba było wsiadać przez okno", "Wy tak na serio, PKP Intercity? Nostalgia za… 3 h opóźnienia na starcie, jazda na stojąco w tłumie, brud i karaluchy, latem sauna, a zimą kriokomora w kibelku. Tęsknić za starym PKP to jakby karpie tęskniły za wigilią", "Czy w programie będą też kradzieże kieszonkowe?".

Po dwóch godzinach wycieczki pierwszy raz siadam w moim przedziale. Dla zabicia czasu podsumowuję w głowie, co mi się podobało, a co nie. Czy gdy pierwszy entuzjazm opadł, dostrzegam w Nieśpiesznym mankamenty? Owszem, chociaż odmienne od tych, wyliczanych przez internautów. Niemiłą wizualną niespodzianką były jednorazowe naczynia w Warsie, choć być może to rozwiązanie zostało wymuszone kwestiami logistycznymi. Kiedy się ściemniło, odnotowałam też brak lampki, którą zamiast górnego światła mogłabym zaświecić nad moim siedzeniem. Z dzieciństwa pamiętam, że takie udogodnienia istniały.
To jednak drobiazgi, które nikną pod siłą nostalgii. Chociaż lata 80. i 90. części pasażerów mogą kojarzyć się z niepewnością, niedostatkiem i uciążliwościami (tak w kategorii transportu zbiorowego, jak i w ogóle), przejazd Nieśpiesznym to doświadczenie uderzające w zupełnie inne struny. Wagony o pomarańczowych siedzeniach są obrazem, który w naszej pamięci wiąże się raczej z wypoczynkiem na wczasach niż bolączkami dnia codziennego.
O ciemnej stronie łatwo zapomnieć też dlatego, że z Nieśpiesznego w czasie remontu starto to, co składało się na zestaw bolączek właściwych minionym dekadom. Każdy element działa tutaj poprawnie, woda w toaletach leci, mydło się pieni, każdy ma miejsce siedzące, nie jest ani zbyt ciepło, ani zbyt zimno, pasażerowie są mili, niczego (może poza szarlotką w Warsie) nie brakuje. Pociąg jedzie zgodnie z rozkładem jazdy. To przeszłość, ale w najlepszym ze swoich wydań.

Jeśli coś w Nieśpiesznym naprawdę mnie rozczarowało, to to, że nie udało mi się w tej podróży zatopić, tak, jak mogłaby obiecywać nazwa pociągu - pobyć poza czasem, oderwać od codziennych spraw. Mimo że specjalnie z myślą o takiej medytacji spakowałam książkę, gazetę, notatnik, i tak co chwilę sięgałam po telefon: najpierw trzeba było wszystko sfotografować, potem fotografiami się podzielić. Nie ja jedna: młodzi i starsi podróżni, wszyscy co chwilę zerkają tu na ekran, bynajmniej nie tylko po to, by pstryknąć zdjęcie. "A ty wiesz, że kiedyś jak się jadło obiad, to się nie patrzyło w telefon" - mówi do syna ojciec w Warsie. W moim przedziale chłopak włącza film na tablecie, widać ciekawszy od tego, co można obejrzeć wokół. Szkoda, trochę jestem na siebie zła, że i mnie nie udaje się w pełni skorzystać z tej możliwości podróży "jak dawniej". To nie wina pociągu. Nieśpieszny może dać nam najpiękniejszą retro scenografię, ale o ten mentalny aspekt musimy zadbać sami.











