- Wiesz, dlaczego Innsbruck jest dobrym miejscem na wycieczkę? - pyta Monika i od razu odpowiada sama sobie. - Bo to po prostu dobre miejsce do życia. O każdej porze roku masz co robić, a do wszystkich atrakcji dotrzesz piechotą w 15 minut. No i oczywiście - góry. Z każdego miejsca w mieście widok jest spektakularny.
My akurat podziwiamy widok z brzegu rzeki. Monika mówi dużo, bo to jej praca - jest przewodniczką po stolicy Tyrolu, ale też dlatego, że miasto jest dla niej szczególnym miejscem na ziemi - ona mieszka tutaj całe życie, jej rodzina - od ponad 400 lat.
Teraz dowiaduję się od niej, że kolory domów na drugim brzegu mają znaczenie: dawno temu na ich podstawie podróżni rozpoznawali, co może ich czekać w danym budynku. Jeden kolor był zarezerwowany dla piekarni, inny dla zajazdów, jeszcze inny dla sklepów z winem.

Podróżnych było sporo - to tędy, przez most na rzece, wiodła droga z terenów dzisiejszych Włoch na północ Europy. Wraz z podróżnymi napływały pieniądze, dzięki którym w górskiej dolinie mogło wyrosnąć i rozwinąć się miasto. "Inn" - rzeka, "Brücke" - most, "Innsbruck" - miasto z mostem nad rzeką Inn. Po raz pierwszy wzmiankowane w latach 80. XII wieku, mniej więcej pół wieku później otrzymało prawa miejskie, a w XV wieku stało się stolicą Tyrolu. Wtedy też, gdy Maksymilian I Habsburg wybrał je na swoją siedzibę, przeżyło okres rozkwitu, którego ślady można podziwiać do dziś. W wyniku wojen napoleońskich wraz z Tyrolem stało się częścią Bawarii, w której granicach pozostawało do 1815 roku. Wtedy to, na mocy postanowień Kongresu Wiedeńskiego, stało się częścią Austrii.
Tak jak kiedyś przyciągało kupców, tak dzisiaj przyciąga turystów, zwłaszcza tych, którzy mają ochotę na city break łączący naturę, kulturę, dziedzictwo i nowoczesność. Co mogą tutaj znaleźć? Chodźcie na krótki spacer po centrum i okolicach.
Bogactwo, jeszcze więcej bogactwa
Blask widać z daleka. - Prawie cztery kilogramy złota wykorzystano do budowy - mówi Monika, a ja myślę, że gdybym sama miała szacować, podałabym o wiele większą liczbę. Bo Złoty Dach (Goldenes Dachl ), na który patrzymy, wygląda imponująco. Uważany za symbol miasta, przykrywa późnogotycki wykusz pałacu Neuer Hof - rezydencji m.in. cesarza Maksymiliana I Habsburga. Razem ze zdobiącymi wykusz rzeźbami i polichromiami miał zaznaczać obecność władcy w mieście i podkreślać świetność cesarstwa. Jeśli dziś robi wrażenie, można sobie tylko wyobrazić, jak dobrze spełniał swoją funkcję sześć stuleci temu.

Widok Złotego Dachu zamyka perspektywę ulicy Herzog-Friedrich-Strasse. Gdyby ktoś w Innsbrucku miał spędzić tylko jedną godzinę i zobaczyć tylko jedną ulicę (choć smutny byłby to scenariusz, bo w stolicy Tyrolu bez nudy można spędzić kilka dni), powinien wybrać właśnie ją. Wzdłuż chodników ciągną się tutaj charakterystyczne dla miasta bogato zdobione kamienice, z wykuszami o różnorodnych formach. Monika tłumaczy, że sięganie po ten element miało na celu nie tyle dekorację budynków, co ominięcie przepisów podatkowych. - Przed wiekami w wielu miastach wysokość podatku zależała od liczby okien. W Innsbrucku natomiast daniny naliczano proporcjonalnie do szerokości budynków. Żeby zaoszczędzić, budowano więc wąsko, a żeby nieco zwiększyć powierzchnię użytkową mieszkań, na fasadach dodawano wykusze - tłumaczy.

Pod wykuszami, w parterach budynków, ciągną się rzędy arkad, ostatnie kondygnacje wieńczą zaś attyki. Obydwa rozwiązania, choć dodają uroku miejskiemu pejzażowi, wyrastają z praktycznych pobudek - po jednym z pożarów miasta, wprowadzono szereg budowlanych przepisów, które miały ograniczać rozprzestrzenianie się ognia. Zamiast drewnianych zadaszeń - kamienne arkady, zamiast dachów tworzących jeden ciąg, dachy przedzielone murowanymi elementami.
Dzięki nim miasto zyskało nie tylko bezpieczeństwo, ale też niepowtarzalny czar. Pod arkadami stoją dziś stoiska z pamiątkami i kawiarniane stoliki. Przy tych ostatnich - pełno. Nic dziwnego, bo kiedy w sierpniu zwiedzam Innsbruck, mimo alpejskiego otoczenia temperatura sięga 35 stopni, pragnienie odczuwa się cały czas. - Ale można też napić się za darmo - mówi Monika i zanurza dłoń w kamiennym zdroju ulicznym. - Nie ma się czego bać, to najczystsza woda z gór.

Przypominam sobie, że w hotelowej łazience widziałam karteczkę zachęcającą do picia górskiej wody prosto z kranu. Tutaj bliskość natury rzeczywiście objawia się na różne sposoby.
Zrobić wrażenie za życia… i po śmierci
Jak się już rzekło, w Innsbrucku największe atrakcje dzieli kilkunastominutowy spacer. Spod Złotego Dachu w kilka minut można dojść do pałacu Hofburg, który swój aktualny barokowo-rokokowy wygląd zawdzięcza rozbudowie zleconej przez Marię Teresę. Gdyby wymienić trzy najważniejsze powody, dla których warto wejść do jego wnętrza, byłyby to: spektakularna Sala Olbrzymów, w której wśród mięsistych sztukaterii, portretów arystokracji, pod złotymi żyrandolami organizowano niegdyś wystawne bale, maleńka kaplica poświęcona pamięci męża cesarzowej oraz kilka prywatnych pomieszczeń z zachowanym wyposażeniem. Gdyby wiedzieć, w jakich warunkach spała, jadła i przebierała się elita ówczesnego świata - teraz ma okazję zaspokoić ciekawość.

Kilka kroków dzieli pałac od kościoła Hofkirche. Jego wnętrze jest niewielkie i niemal w całości wypełnione przez… nagrobek. Co ciekawsze - nagrobek pusty. Cesarz Maksymilian, troszczący się o swój wizerunek za życia, chciał zadbać też o swą pamięć po śmierci. Zlecił więc zaprojektowanie i wykonanie monumentalnego grobowca w formie tumby, otoczonej przez 28 figur - podobizn bliskich oraz przedstawień historycznych i mitycznych postaci. Obiekt projektowano przez wiele lat, a gdy w końcu odlano ją z brązu, nagrobek okazał się… zbyt duży i ciężki, by umieścić go w kaplicy zamku Wiener Neustadt, w którym zgodnie ze swą wolą spoczął Maksymilian. W efekcie w Innsbrucku trzeba było wybudować specjalny kościół dworski w celu wyeksponowania tego niezwykłego dzieła. Choć skalę dzieła można uznać za przejaw megalomanii cesarza, jego artystyczna wartość jest niepodważalna - szczegółowość, plastyczność i dynamika rzeźb czynią to miejsce wartym wizyty.
A jeśli to wciąż za mało, może do wizyty przekona fakt, że droga do drzwi kościoła wiedzie przez zielony, otoczony krużgankami dziedziniec - oazę spokoju, znajdującą się zaledwie kilka metrów od jednej z najbardziej ruchliwych ulic miasta. Czasem, podczas jednego z częstych w mieście festiwali muzycznych, można trafić tutaj na darmowy koncert. Zabytkowa sceneria i klasyczna muzyka tworzą bajkowe połączenie.
Zwiedzanie, które nie męczy

Skoro o kościołach mowa, spacerując po mieście, warto wstąpić też do katedry św. Jakuba - budowli o imponującym, barokowym wnętrzu, tym ciekawszym, że dekoracje jego wnętrza wykonano nie, jak to zwykle bywało, z ciemnego i jasnego, ale z różowego marmuru. Sprawia więc wrażenie wnętrza, które zamiast przytłaczać i oszałamiać, daje nadzieję. - Bo właśnie o nadzieję tutaj chodziło. Pomyśl: życie tutejszych mieszkańców było trudne: góry, ostry klimat, ciężka praca. Twórcy tej świątyni przekazywali im więc komunikat: na ziemi jest trudno, ale miejcie wiarę, bo czeka was nagroda w niebie - mówi Monika, a kończąc opowieść, wskazuje jeszcze na umieszczony w ołtarzu obraz Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych (po niemiecku wizerunek ten nazywany jest "Maria Hilf"), dzieło Lucasa Cranacha, obok Albrechta Dürera uważanego za jednego z najważniejszych artystów niemieckiego renesansu.
Zresztą ten drugi też miał swój związany z miastem epizod. Dürer odwiedził miasto podczas swej podróży przez Alpy w latach 90. XV wieku. Wizyta zaowocowała kilkoma akwarelami portretującymi miasto.

Z kościoła wychodzimy prosto na zielony, otoczony kawiarnianymi ogródkami plac. Takich miejsc, zielonych, zachęcających do krótkiej przerwy w zwiedzaniu, w Innsbrucku jest sporo. Miasto, chociaż położone w alpejskiej dolinie, ma też w sobie coś z klimatu południowego kurortu. Czuć w nim tę samą swobodę, niespieszność, atmosferę, która sprzyja spontanicznym przystankom na kawę czy lemoniadę. - U nas zwiedzanie nie męczy. Wystarczy skręcić w boczną uliczkę, na jakikolwiek plac, a już możesz usiąść w zieleni, z dala od szumu głównych ulic. Dodatkowo mamy też spory park i palmiarnię - potwierdza Monika. - No i oczywiście, góry wokół.
Góry, do których dostęp jest łatwiejszy, niż można sobie wyobrazić. Wystarczy… wsiąść do kolejki (fachowo taki terenowo-linowy transport nazywa się "funikularem") na przystanku tuż przy pałacu Hofburg.
Ścieżka perspektyw
Wagonikiem (na stacji pośredniej konieczna jest przesiadka z funikularu do kolejki linowej) można dojechać do Seegrube - stacji usytuowanej w paśmie Nordkette na wysokości 1905 metrów. Zimą jest ona częścią ośrodka narciarskiego, latem zaś - świetnym punktem wypadowym dla pieszych wycieczek.

Jesteśmy w Alpach, wędrować można więc godzinami, ale kto nie czuje się na siłach albo woli bardziej rekreacyjne aktywności, po wjeździe na Seegrube może przejść się ścieżką widokową o nazwie Perspektivenweg. To niespełna trzykilometrowy szlak, którego pokonanie zajmuje około godziny. Jego bieg wyznaczają liczne punkty widokowe, ławki i platformy. Wykonane z drewna bądź stali kortenowskiej konstrukcje zaprojektowano tak, by ich kształty stanowiły naturalne przedłużenie krajobrazowych form. Dzięki temu ingerencja w górski pejzaż jest wizualnie minimalna lub nierażąca. Miła dla oka alternatywa dla wież widokowych znanych z polskich gór.
Przy górnej stacji kolejki znajduje się restauracja, w której można zatrzymać się na drugie śniadanie. Dużo przyjemniejszą opcją będzie jednak piknik w górskiej scenerii. Na szlaku oprócz ławek znajdują się też szerokie, drewniane platformy. Zawieszone na skalnych wzniesieniach pozwalają przekonać się, jak smakuje jabłko czy kanapka zjedzone w chmurach.

Wracając z gór, można wysiąść na jednej ze stacji funikularu i wstąpić do Alpejskiego Zoo. Bynajmniej nie jest to atrakcja zarezerwowana dla najmłodszych. Nie ma przecież ludzi zbyt dojrzałych na oglądanie z bliska kozic górskich, które są największą atrakcją tego miejsca. Obok nich w kameralnym ogrodzie można zobaczyć świstaki, rysie, wilki, niedźwiedzie brunatne oraz wiele gatunków ptaków. Teren jest niewielki, ciekawie zaaranżowany (położenie na stoku wymusza różnice poziomów, a co za tym idzie, spacery w górę i w dół, a także meandrowanie alejkami), a oprócz dzikich gatunków możemy zobaczyć też zwierzęta gospodarskie. W miniaturce alpejskiej farmy spotkamy krowy, owce, kozy i świnie. Klimat? Jak na wakacjach u dziadków.

Najpiękniejsza skocznia świata?
Bliskość gór oferuje jeszcze jedną, łatwą i dostępną trasę, która powinna zainteresować miłośników nie tylko natury i sportu, ale też architektury. Spacerując po mieście, z kilku punktów dostrzec można skocznię narciarską Bergisel. Jej niezwykły kształt na przełomie tysiącleci zaprojektowała Zaha Hadid, jedna z najbardziej uznanych współczesnych architektek, znana z zamiłowania do płynnych linii, rzeźbiarskich brył i rozwiązań, które wydają się przeczyć prawom grawitacji. Dla obiektu sportowego w Innsbrucku zaproponowała wykonany z betonu, szkła i stali obiekt, którego najbardziej charakterystycznym elementem jest wieża najazdowa, przypominająca rozwijającą się wstęgę.
Do podnóża skoczni można dojechać tramwajem, a stamtąd od atrakcji dzieli nas tylko piętnastominutowy spacer. Można też wybrać trasę alternatywną: około godzinny, wiodący przez las szlak, z którego w kilku punktach rozpościera się widok na miasto (w tym przypadku warto jednak założyć odpowiednie obuwie i zabrać ze sobą butelkę wody). Sam obiekt, nawet poza sezonem, w czasie, gdy nie odbywają się na nim zawody sportowe, robi wrażenie.

Ze mną do wagonika wsiada narciarz, trenujący skoki na igielicie. Pytam go, jakie to uczucie być na samej górze, tuż przed skokiem. Mówi, że nie robi to na nim wrażenia, że już się przyzwyczaił. Z jednej strony rozumiem, z drugiej trochę trudno mi w to uwierzyć.
Innsbruck nie wpada w pułapkę
Patrzymy na miasto z górującej nad nim rotundy, na szczycie której znajduje się panoramiczna kawiarnia. Obiekt jest częścią dość osobliwego budynku, stanowiącego połączenie urzędu miasta z galerią handlową. Nietypowe, ale zaskakujące, choć przyjemne połączenia można by uznać za znak rozpoznawczy Innsbrucka. Jadąc tutaj, spodziewałam się, że spędzę kilka dni w nieco sennym, zanurzonym w tradycji i folklorze górskim ośrodku. Takim, w którym domy mają wymalowane na fasadach sielskie sceny, a w lokalach gastronomicznych kelnerzy noszą tradycyjne stroje. Tymczasem trafiłam do, owszem, otoczonego przyrodą, ale wielkomiejskiego ośrodka. I jest to wielkomiejskość nie tylko odcinająca kupony od bogatej przeszłości, ale też wydarzająca się tu i teraz.
Oprócz jednej z najlepiej zachowanych w Austrii zabytkowych dzielnic Innsbruck ma współczesne budownictwo (obok wspomnianej skoczni warto też zwrócić uwagę na Haus der Musik - minimalistyczną bryłę o ciemnej fasadzie i gigantycznych przeszkleniach, siedzibę banku BTV, wyglądającą jak gigantyczna szachownica, czy przypominające lodowe formy zadaszenia stacji funikularu), świetnie działającą sieć komunikacyjną, eleganckie hotele, bazę gastronomiczną, w ofercie której znajdą się i tradycyjne tyrolskie czy szerzej - austriackie przysmaki (od knedli przez szpecle, schlutzkrapfen, po sznycel wiedeński, a wszystko to oblane hojną porcją tłuszczu), ale też dania wegetariańskie i modne napoje. Jeśli więc masz ochotę spędzić czas w otoczeniu natury, a jednocześnie mieć udogodnienia nowoczesnego miasta na wyciągnięcie ręki, Innsbruck wydaje się bardzo dobrym wyborem.

Pytam Monikę, jak się tutaj żyje. - Dobrze. Ciekawie i stabilnie. Ceny są dość wysokie, ale w Innsbrucku właściwie nie ma bezrobocia - tłumaczy. - W przeciwieństwie do wielu innych ośrodków, młodzi ludzie stąd nie uciekają. Owszem, wyjeżdżają na studia, ale po dyplomie wracają do domu. Bo po co szukać szczęścia gdzie indziej?
Rzeczywiście, Innsbruck wydaje się być miastem nie tylko pięknie położonym i posiadającym bogatą historię, ale też wolnym od wielu współczesnych bolączek. Ukształtowanie terenu zapobiega rozlewaniu się miasta, fakt że młodzi ludzie pozostają w mieście zapobiega wyludnianiu się centrum - idąc głównymi ulicami, próżno szukać charakterystycznych skrzyneczek na klucze, świadczących o tym, że w budynku funkcjonuje krótkoterminowy najem. Monika zapewnia, że mieszkania w centrum zajmują mieszkańcy, lokale często przechodzą z pokolenia na pokolenie. Wydaje się również, że dobrze radzą sobie lokalne biznesy. W lokalach w starej części miasta próżno szukać odzieżowych czy biżuteryjnych sieciówek. Są za to niewielkie sklepiki tutejszych projektantów, jubilerów, rzemieślników, artystów i przedstawicieli innych branż. W jednym z miejsc wynajmują nie tyle cały lokal, co pojedyncze skrzyneczki. W każdej można znaleźć inne cudeńka: od ręcznie robionych słodyczy przez kosmetyki po ceramikę. Sporo jest też uroczych sklepików ze słodyczami czy lokalnymi smakołykami. Szukasz oryginalnej pamiątki - wystarczy wejść za próg.

Mimo że Innsbruck rocznie odwiedza około 1,5 mln osób (Polacy na szóstym miejscu w zestawieniu przyjeżdżających do stolicy Tyrolu nacji), nawet w najpopularniejszych miejscach miasta nie ma się wrażenia tłoku, zwiedzania w nieprzyjemnym ścisku. Jak widać, różnorodność atrakcji, od górskich wędrówek po koncerty muzyki klasycznej, może być skutecznym remedium na uciążliwości związane z intensywną turystyką. I choć przy bliższym poznaniu te optymistyczne wnioski zostałyby pewnie zrównoważone przez kilka mniej pozytywnych spostrzeżeń (bo przecież nie ma miast idealnych), oglądany przez kilka dni Innsbruck naprawdę robi wrażenie miasta, któremu udało się uniknąć wielu potencjalnych bolączek.
Pytam jeszcze Monikę, jak wygląda jej idealny dzień. - Na przykład dzisiaj taki miałam. Rano spacer w górach, potem zakupy i domowe obowiązki, teraz jestem w pracy, czyli odbywam spacer z tobą. Na wieczór mam już zaplanowany koncert - wylicza. - Mówimy czasem, że Innsbruck to perła ukryta wśród alpejskich szczytów. Uważam, że to trafne określenie.
Informacje praktyczne. Jak zaplanować wyjazd do Innsbrucka?
Innsbruck jest jednym z tych miast, które zdają turystyczny egzamin o każdej porze roku. Latem to doskonałe miejsce na city break połączony z górskimi wędrówkami, zimą świetna baza wypadowa do 12 okolicznych ośrodków narciarskich (wśród nich lubiany przez Polaków Stubai). W przypadku zimowego wyjazdu stolica Tyrolu będzie też dobrą opcją dla grup, które w swoim składzie mają osoby niejeżdżące na nartach - w mieście pełnym kultury i rozrywek nie powinny się nudzić, gdy reszta będzie szusować na stoku. Zdaniem Moniki jednak idealnym czasem na odkrywanie Innsbrucka jest wiosna i jesień, gdy nieco łagodniejsze temperatury sprzyjają miejskim i górskim spacerom.

Jeśli chodzi o transport z Polski do Innsbrucka, można oczywiście dojechać samochodem (podróż z Warszawy zajmie około 13 godzin), pociągiem z przesiadką w Wiedniu (trasa ze stolicy z przesiadkami w Wiedniu i Salzburgu zajmie 14 godzin) oraz samolotem - miasto posiada własne lotnisko. Na miejscu zaś warto zainwestować w Innsbruck Card. Koszt 24-godzinnej karty dla osoby dorosłej to 69 euro, 72-godzinnej - 89 euro. Niemało, ale karta uprawnia do przejazdu komunikacją miejską, kolejkami górskimi oraz wstępu do ponad 20 atrakcji, muzeów i zabytków oraz po jednym wjeździe i zjeździe wybranymi kolejkami linowymi. Daje więc tak pożądaną na wakacjach wolność.
Oferujący rzadki mariaż wysokiej kultury i alpejskiej scenerii Innsbruck może być miejscem odpowiednim na spędzenie tygodniowych wakacji (jeśli potraktujemy miasto jako bazę wypadową do górskich wędrówek) lub bardzo dobrą opcją na city break, stanowiącą dobrą alternatywę dla tak oczywistych wyborów jak Rzym, Barcelona czy Lizbona. W przypadku przedłużonego weekendu, oprócz wszystkich wskazanych wyżej atrakcji, warto też uwzględnić miejsca i obiekty takie jak:
- Zamek Ambras - renesansowy zabytek, uważany za pierwsze muzeum na świecie. Na miejscu na odkrycie czekają nie tylko zbiory osobliwości, ale też ciekawa historia zakazanej miłości jednego z właścicieli.
- Kristallwelten - położone 20 km od Innsbrucka muzeum i park dedykowane kryształom Swarovskiego. Odwiedzający mogą nie tylko zwiedzić ciekawie zaaranżowaną podziemną ekspozycję, ale również złapać oddech w parku o wyjątkowo piknikowej atmosferze.
- Hall in Tirol - spokojne, niewielkie miasto ze średniowiecznym centrum. Z Innsbrucka samochodem można dojechać w około 15 minut.
- Seefeld - alpejska miejscowość na wysokim płaskowyżu, dobra na łatwy spacer z pięknymi widokami.
Ile czasu warto przeznaczyć na zwiedzanie?
- Wielu turystów wybierając się do Austrii układa następujący plan: trzy dni na Wiedeń, dwa dni na Salzburg i dzień na Innsbruck - mówi Monika. - Potem przyjeżdżają do nas, w pośpiechu oglądają miasto i wyjeżdżają rozżaleni, że nie zostawili sobie więcej czasu na jego poznanie i nacieszenie się jego atmosferą.
Nie popełnijcie tego błędu.
Zainspiruj się i zaplanuj swoją kolejną podróż. Nawet krótka wycieczka może zmienić perspektywę i dodać energii. Sprawdź, które miejsca w tym sezonie warto odwiedzić na styl.interia.pl/podróże














