W skrócie
- Aneta Błociszewska zdecydowała się urodzić dziecko w Meksyku, aby zapewnić rodzinie alternatywne możliwości oraz doświadczenia związane z porodem i obywatelstwem.
- Rodzina żyje w różnych miejscach, nie ma stałego adresu, utrzymuje się z pracy dorywczej i traktuje każdy wydatek jako inwestycję w rozwój zaradności i charakteru.
- Bliscy Anety uważają ich styl życia za nietypowy lub „nienormalny” i nie popierają decyzji, takich jak poród za granicą.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Karolina Wachowicz, Interia: Wasza historia jest wyjątkowa i wyjątkowo… nietypowa dla większości społeczeństwa. Co skłoniło was do wyjazdu i do decyzji o porodzie w Meksyku?
Aneta Błociszewska: Zaczęło się od tego, że rok temu wyprowadziliśmy się z Warszawy w góry, do miasteczka, w którym nie ma szpitala. Poród z dala od miejsca zamieszkania (np. w większym mieście) wymaga dłuższego pobytu, więc pomyślałam, że zamiast lokować się zimą w Warszawie, równie dobrze mogę urodzić w innym kraju. Wtedy usłyszałam o osobach, które rodziły w Kostaryce i Meksyku. W pierwszej chwili pomyślałam to, co większość ludzi, że to dziwaczny pomysł. Ale potem przypomniałam sobie, że w niektórych krajach można uzyskać obywatelstwo przez urodzenie.
Pomyślałam o możliwości stworzenia dzieciom planu B, na przykład na wypadek pogorszenia sytuacji w Europie w przyszłości, czyli łatwiejszego startu w innym kraju, gdyby zdecydowały się emigrować z Polski. Porównałam kraje, w których obowiązuje prawo jus soli, pod kątem gościnności, stosunków międzynarodowych, rozwoju gospodarczego, przyspieszonej naturalizacji dla rodziców i dzieci oraz podejścia do medykalizacji porodów i codziennego życia. Meksyk wygrał.
Jak wyglądał proces porodu w Meksyku i czym różnił się od tego, co znacie z Polski?
W Polsce mamy wpływ głównie na wybór miejsca porodu. Szpital wybieramy na podstawie opinii, ale nie mamy dużego wpływu na to, co będzie się działo podczas porodu, na jaki zespół trafimy ani jakie procedury zostaną wykonane, ponieważ personel może uznać je za konieczne, nawet jeśli kobieta sobie tego nie życzy.
W Meksyku, w przypadku porodu prywatnego, można zaplanować wszystko od A do Z. Osobno opłaca się specjalistów, a osobno pobyt w szpitalu. Moja lekarka, z którą zdecydowałam się rodzić, przekonała mnie jednak do porodu domowego. Miała cudowne podejście i wiarę w porody humanizowane, czyli takie, w których dba się o spokój i komfort matki, zamiast przyspieszać proces i stosować niepotrzebne ingerencje.
Skoro mogłam mieć lekarza w domu, to po co mi szpitalne łóżko? Lekarka była dostępna telefonicznie przez cały czas i gotowa przyjechać wraz z doulą na wezwanie. W domu miałam również wizytę pediatry, który przekazał niezbędną dokumentację do rejestracji dziecka. Sam poród przebiegł w spokojnej, ciepłej i pełnej bliskości atmosferze, bez jakiejkolwiek ingerencji medycznej, mimo że przy moich dwóch wcześniejszych porodach w Polsce zdarzały się drobne komplikacje i można było przypuszczać, że tym razem będzie podobnie.
Potwierdziły się jednak słowa mojej lekarki, że to ingerencje medyczne mogą zwiększać ryzyko komplikacji. Uważam, że słuchanie intuicji i zaufanie procesowi pozwala przejść przez poród w spokoju i naturalnym rytmie. Mogłam cieszyć się nowo narodzoną córką w rodzinnej atmosferze, w pięknych warunkach blisko natury.

Jakie kroki podjęliście, aby osiągnąć finansową niezależność, o której często wspominacie w social mediach?
W naszym przypadku trudno mówić o finansowej niezależności w klasycznym rozumieniu, bo nie mamy dochodu pasywnego ani dużych oszczędności. Po prostu naszym celem nie jest gromadzenie pieniędzy. Nie żyjemy w lęku przed ich brakiem, bo nie jesteśmy przywiązani do wygód i komfortu, które dają.
Żyjemy od wypłaty do wypłaty, mamy okresy zarabiania i wydawania, ale każdy wydatek traktujemy jako inwestycję. Nawet taki wyjazd "na poród" za granicę. Niby "wakacje", a jednak otworzył nam nowe możliwości i doświadczenia dla nas i naszych dzieci. Traktujemy to jako szkołę życia, a nie ma lepszej inwestycji niż ta, która buduje zaradność i charakter.
Jak łączycie wolność finansową i podróże z życiem rodzinnym?
Kombinujemy. Jedyną stałą w naszym życiu jest nasza bliskość, cała reszta jest w ciągłej zmianie. Niektórzy uważają, że dzieci potrzebują rutyny i stabilnego otoczenia. Ja uważam inaczej, że elastyczność, umiejętność adaptacji i oswojenie się ze zmianą dają większą wolność.
Wygląda to tak: Jacek co jakiś czas wyjeżdża do pracy na statki (jest oficerem pokładowym), a ja zostaję z dziećmi. Na co dzień mieszkamy tam, gdzie akurat mamy coś do zrobienia. Wcześniej mieszkaliśmy w Warszawie, gdzie zajmowaliśmy się remontami i najmem mieszkań na Airbnb. Później rok mieszkaliśmy w przyczepie nad rzeką - Jacek był wtedy z dziećmi, a ja dojeżdżałam do pracy. Teraz mieszkamy w górach, w mieszkaniu w remoncie, gdzie tynki spadają nam do garnków. Jeśli sprzedamy to mieszkanie, znów wyjedziemy.
Mówisz o "budowaniu wolności własnymi rękami". Jak to dokładnie rozumieć?
Można to rozumieć dosłownie i metaforycznie. Pracujemy wtedy, kiedy chcemy i jak chcemy. Nie jesteśmy przywiązani do jednego miejsca i możemy z dnia na dzień wyjechać.
Nie żyjemy tak jak większość ludzi. Idziemy własną drogą, zgodnie z intuicją i aktualnymi potrzebami. Nie boimy się braku pieniędzy, bo jesteśmy zaradni i umiemy działać w różnych warunkach. Nawet w Meksyku zdarzało nam się dostać darmowy obiad w zamian za pomoc przy basenie w hotelu, w którym spaliśmy. Nie mam też problemu ze spaniem pod gołym niebem, wręcz to lubię.
Na co dzień "budujemy" wolność dosłownie, bo zajmujemy się remontami. Ja jestem architektem, Jacek wykonawcą - potrafi zrobić praktycznie wszystko. Znalezienie pracy dla niego to kwestia kilku godzin. Ja jestem mózgiem operacji.
Doskonale cię rozumiem. Opowiedz, czym była dla was wyboista droga do osiągnięcia wolności? Jakie trudności dziś dają ci satysfakcję?
Pewnego dnia kilka lat temu obudziliśmy się, mówiąc wprost, "z ręką w nocniku". Przez lata pracowaliśmy w bardzo trudnych warunkach w zamian za dach nad głową i niewielkie pieniądze. Jednocześnie próbowaliśmy rozkręcić własną firmę, traciliśmy godziny na dojazdy i wychowywaliśmy małe dzieci. Byliśmy zmęczeni i sfrustrowani.
W końcu klient nas oszukał, a rodzina, dla której pracowaliśmy, zamiast wsparcia zaczęła nas traktować jak pracowników z pretensjami. Nie mieliśmy pieniędzy, historii zawodowej ani zdolności kredytowej, a nawet domu, bo był on częścią "umowy".
Wtedy zadzwonił telefon - była praca w Danii. Kupiliśmy przyczepę i następnego dnia wyjechaliśmy bez oglądania się za siebie. To był moment przełomu.
Później przez kolejne dwa lata żyliśmy w ciągłym ruchu - trochę w Warszawie, trochę w przyczepie, trochę u rodziny, czasem na Airbnb. Nie chcieliśmy niczego na stałe, bo wiedzieliśmy, że nie zostaniemy w Warszawie. Były dni, kiedy nie mieliśmy pojęcia, gdzie będziemy spać. Ale czułam, że to droga do czegoś większego.
W końcu spakowaliśmy się i wyjechaliśmy w Góry Stołowe, gdzie kilka lat wcześniej kupiliśmy mieszkanie do remontu. Na początku nie mieliśmy nawet prądu ani ogrzewania. Jacek od razu wyjechał na morze, a ja zostałam sama z dziećmi. To nie było łatwe, ale też nie było straszne - bardziej jak nowy etap przygody.

Jak wygląda wasza współpraca w dążeniu do wolności?
Ja organizuję i planuję, on zarabia pieniądze. Uzupełniamy się. Czasem to ja jestem "szefową", co go trochę bawi, a czasem wkurza. Jak mówię, że będę rodzić w Meksyku, to on po prostu to przyjmuje i działa tak, żeby było to możliwe.
Co najbardziej przyciąga was do Meksyku i czy planujecie tam zostać?
Meksyk wybraliśmy metodą selekcji. Nie był moim marzeniem, choć kiedyś już tam byłam i bardzo mi się podobał. Nie przywiązuję się do miejsc "na stałe" - tylko do rodziny.
Myślę, że pomieszkamy tam jakiś czas, bo dzięki urodzeniu dziecka uzyskaliśmy prawo stałego pobytu. Czuję się tam dobrze. Przyciąga mnie luz, brak zaściankowości, odporność na propagandę, kontakt z naturą i relacje międzyludzkie. To wszystko sprawia, że łatwiej tam być szczęśliwym niż w bardziej konsumpcyjnym stylu życia.
Jak zarządzacie czasem i finansami, żeby łączyć pracę z podróżami?
Chcemy w przyszłości działać w systemie 6/6 lub 3/3/3/3, czyli kilka miesięcy pracy i kilka miesięcy podróży. Na razie jesteśmy dopiero na początku tej drogi. Zobaczymy, jak to się rozwinie.
Jakie zmiany były najtrudniejsze w tym stylu życia?
Najtrudniejsza jest niestabilność finansowa. Czasem po prostu jesteśmy "spłukani" i to bywa stresujące, ale zawsze wychodzimy z tego obronną ręką.
Trudne są też momenty, kiedy Jacek wyjeżdża na statek i zostaję sama z dziećmi. Ale to jego pasja, więc nie próbujemy tego zmieniać.
Jak reagują bliscy na wasze decyzje, takie jak poród w Meksyku?
Nauczyliśmy się, żeby nie pytać bliskich o zdanie i nie analizować ich reakcji. Od dawna uważają nas za "nienormalnych" i próbują sprowadzić na "dobrą drogę".
Na szczęście jedni boją się szczepionek, a drudzy wojny, więc pomysł porodu w Meksyku przypadkiem wpisał się w oba światopoglądy. Straszyli nas, że tam zginiemy, a wróciliśmy cali i zdrowi - z dziećmi mówiącymi po hiszpańsku i spokojnym, szczęśliwym noworodkiem.
Podróż zaczyna się od pomysłu, a my mamy ich mnóstwo. Zobacz, jakie destynacje są teraz na topie i zainspiruj się do własnej przygody. Więcej na styl.interia.pl/podróże














