Między jednym kawałkiem jajka a drugim zerkam w okno. Kiedy rozbijam skorupkę, na zewnątrz jest biało od mgły. Kiedy zjadam ostatni kawałek, za oknem widzę skałę. Jakby góra wypiętrzyła się za szybą w ciągu pięciu minut, gigantyczna. Mimo że to Alpy, że w teorii powinnam być gotowa na ten widok, ogrom i tak robi wrażenie. Nad skałą - pasek błękitu. To cieszy.
Na przejechanie 270 kilometrów ośrodka mamy dwa dni. Wyzwanie, ale warto spróbować.
Podstawa to plan. Mapka, którą można zabrać z hotelowej recepcji albo z informacji turystycznej, pozwala zorientować się w sytuacji: jesteśmy na pograniczu dwóch krajów związkowych - Tyrolu i Salzburga. Sam teren narciarski rozciąga się na zboczach gór, u stóp których znajdują się cztery miejscowości: Saalbach, Hinterglemm, Leogang i Fieberbrunn. Najwyższy punkt, do którego można dojechać kolejką, to 2096 m n.p.m., a większość górnych stacji kolejek znajduje się na wysokości 1700-1800 metrów. Trasy (140 km niebieskich, 112 czerwonych, 18 czarnych) poprowadzono tak, by dać narciarzom możliwość okrążenia całego terenu. W górę wywozi ich 70 wyciągów, wśród których dominują gondole i krzesełka (choć na orczyki też można trafić). Jest też gdzie się posilić - na cyrkowych stokach działa 60 restauracji o różnym profilu i standardzie.
Wystarczy tej odprawy. Dopinamy kaski i jedziemy.
Tyle do odkrycia - 270 km tras narciarskich

Z Leogang, które jest naszą bazą wypadową, suną w górę dwie gondole (Asitzbahn i Steinbergbahn), obydwie ze stacją pośrednią. Są długie, jadą powoli, pasażerowie notorycznie pytają się wzajemnie, czy "stacja już była", czy może przegapili ją, zajęci sprawdzaniem w aplikacjach swoich sportowych wyników. Wyniki zwykle są imponujące. Większość ludzi jeździ tu dobrze. Języki, w których chwalą się swoimi rezultatami, to najczęściej niemiecki, czasem angielski; polski pojawia się, ale sporadycznie.
Wysiadka. Jak w większości ośrodków, tak i tutaj tuż obok górnych stacji kolejek postawiono mapy i tablice wskazujące kierunki. Jednak inaczej niż w wielu miejscach, tutaj mamy nie tylko numerki, ale i nazwy miejscowości, do których prowadzą trasy. Przypomina to małe, drogowe skrzyżowania. Niech jednak nie przeraża ogrom. Trasy są tak gęsto i tak dobrze oznakowane, że nawet osoba, która nie ma zbyt dobrej orientacji w terenie (jak np. pisząca te słowa), bez trudu dotrze do celu. Wręcz przeciwnie - bogactwo powinno zachęcać. Perspektywa, że w tym ośrodku można pokonywać na nartach nie tylko wysokość, ale i odległość, szusując odkrywać górski masyw, ma w sobie coś ekscytującego.

Pierwszy zjazd pokazuje, że będzie to przyjemna eksploracja. Śnieg jest jednym z tych najlepszych - miękki, równomierny, sprawiający, że narty dają się gładko prowadzić. To, co zostaje rozjeżdżone, w ciągu dnia jest sukcesywnie uzupełniane przez armatki śnieżne (sztucznemu naśnieżaniu również nie można niczego zarzucić). Trasy są szerokie: w dolnych partiach prowadzone między drzewami, a w górnych otwierają się na krajobraz. Szczyty gór wydają się nie kończyć - pasmo następuje za pasmem, a jego kolor, choć niby zawsze biały, zmienia się w zależności od pory dnia i nachylenia słońca.
Patrząc na to, budzi się w człowieku coś w rodzaju niezaspokojonego apetytu: a może teraz tam, i tam, i jeszcze dalej - jakby każdy odsłaniający się fragment był nowym zaproszeniem. Rozglądać można się swobodnie - choć Skicircus w każdym sezonie odwiedzają setki tysięcy narciarzy, mnogość tras sprawia, że miejsca na stoku wystarczy dla każdego. Trzeba jednak zachować zdrowy rozsądek (wiadomo - na stoku to podstawa) i w planowaniu tras mierzyć siły na zamiary. Nachylenie tutejszych tras, nawet tych niebieskich, sprawia, że mięśnie muszą porządnie się napracować.
Skicircus - Jeden ośrodek, cztery światy
Tak więc choć w Skicircus apetyt rośnie w miarę jedzenia (czy raczej jeżdżenia), przed wyruszeniem na podbój stoków warto opracować plan, a później konsekwentnie się go trzymać. Oto kilka informacji, które mogą być przydatne przy jego przygotowaniu:
Stoki nad Leogang, zwłaszcza z rana, kiedy tras nie pokrywają jeszcze muldy, to doskonałe miejsce, by szlifować technikę. Łagodne odcinki wybaczają wiele, bardziej strome dają możliwość podniesienia umiejętności, a biegnące w tym rejonie trasy należą też do najdłuższych w ośrodku, oferując kilometry nieprzerwanej jazdy.

Kto w układzie "sport i rekreacja" kładzie nacisk na "rekreację", swoje szczęście znajdzie w Saalbach. To stoki, na których przez prawie cały narciarski dzień można cieszyć się nie tylko spektakularnymi widokami (oferuje je np. długa, panoramiczna niebieska trasa z Schattberg Ost do Vorderglemm), ale też ciepłem słońca i miękkim śniegiem pod nartami.
Rewersem słonecznych stoków nad Saalbach są zbocza, wyrastające ponad Hinterglemm. Tutejsze trasy ukryte są w cieniu, a ich wizualna nieprzystępność jest jak sygnał ostrzegawczy: "tylko dla profesjonalistów". Skalne formacje, oblodzenie, duże różnice wysokości na małych odcinkach czynią z tej części ośrodka obszar dla zaawansowanych. I nie jest to wyssana z palca opinia - na jej poparcie niech posłuży fakt, że to właśnie na tutejszych stokach w ubiegłym roku rozgrywano konkurencje mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim.
Położone nieco na uboczu Fieberbrunn będzie natomiast ratunkiem dla tych, którzy znaleźli się w nieco kłopotliwej sytuacji - przyjechali na narty w towarzystwie o mocno zróżnicowanym poziomie zaawansowania. W tym zakątku każdy znajdzie trasę dla siebie. Początkujący poćwiczą szusy na krótkich, lecz dających dużo radości niebieskich trasach, bardziej zaawansowani zaś śmigną czerwonymi na południowych zboczach Larchfilzkogel.

Każdy może opracować własny plan dnia, ale prawdziwą gratką jest przystąpienie do wyzwania i skorzystanie z tego, co czyni ośrodek wyjątkowym - możliwości okrążenia doliny. Trasa, którą poleca ośrodek, ma 65 kilometrów, a jej pokonanie zaprawionym narciarzom zajmuje około siedmiu godzin. Kto nie jest gotowy na tego rodzaju maraton, może poprzestać na otoczeniu jednej z miejscowości - wokół Saalbach, Hinterglemm i Leogang wytyczono pętle, których przejechanie zajmuje około dwóch godzin. Będzie mniej wyczynowo, ale nie mniej krajobrazowo.
Lässig, czyli na luzie
Jak wiadomo, dla większości narciarzy proporcje między jazdą, siedzeniem na wyciągu i siedzeniem w schronisku przyjmują układ w rodzaju: 30/40/30. Wszyscy prędzej czy później zjeżdżają więc do restauracji czy kawiarni, których w Skicircus działa sześćdziesiąt. Obowiązkowe pozycje w menu: apfelstrudel (strudel z jabłkami), kaiserschmarrn (czyli omlet cesarski) i knedle (inaczej niż w Polsce przygotowywane nie z ciasta, a przede wszystkim z chleba). Krótki przystanek na kawę i przekąskę to doskonała okazja, by uważniej przyjrzeć się temu, kogo właściwie przyciąga ten górski cyrk. Siądźmy na tarasie, zamieńmy gogle na okulary przeciwsłoneczne i popatrzmy?

Jak wiadomo, na narty człowiek wybiera się z różnych powodów i chęć aktywności na świeżym powietrzu nie zawsze pozostaje dominująca. Są więc na mapie Europy miejsca, w których liczy się to, jak się jeździ. Są takie, w których liczy się to, w czym się jeździ. Takie, w których ważne jest to, z kim się jeździ. Takie, w których najważniejsze jest to, co robi się po jeździe. A jaki jest narciarski cyrk? Na mapce, którą zabrałam z hotelu, wydrukowano napis: "Home of Lässig". Googluję: "lässig" - niedbały, nonszalancki, wykonywany z lekkością. O znaczenie pytam Fabienne, mieszkającą od kilku lat w regionie.
Po niemiecku lässig oznacza bycie „cool” bez wysiłku. Coś naturalnego, szczerego, nienachalnego, to stan lekkości, a nie efekt wykreowany czy przesadnie dopracowany – tłumaczy
- Dokładnie tak odbieramy ten region i dlatego to określenie tak mocno z nami rezonuje - mówi.
Patrzę, kto kłębi się pod wyciągiem, kto niezdarnie drepcze w butach narciarskich po kawiarni. Ubrania - sportowe, ale bez puchatych nauszników, drogich śniegowców, jednoczęściowych obcisłych kombinezonów jak z wybiegu. Sprzęt - dobry, ale nie pierwszej nowości. Technika jazdy: raczej radość i ostrożność niż popisy. Interakcje: podrzucane do nieznajomych żarty, małe uprzejmości, pomocne rady udzielane bez pytania. To jest chyba właśnie ten luz. Jesteś na zimowych wakacjach, to twój czas, nikomu niczego nie musisz udowadniać. To jeszcze jeden zjazd? Czy może jeszcze jedna kawka w słońcu? Wybieraj, nie czuj presji, jesteś tu dla przyjemności.

Między jednym kawałkiem jajka a drugim zerkam w okno. Można zjeść całe, mogłabym zjeść nawet dwa, wypić kawę i jeszcze chwilę posiedzieć, ale to taki dzień, że wiadomo, że nic się nie zmieni. Widok, jakby ktoś zawiesił za szybą białą ścierkę, zabrał góry, ukradł słońce. Prognoza orzeka: zachmurzenie całkowite.
Jednak i w takie dni kolejki, wagonik za wagonikiem, wywożą narciarzy na stoki. Warto się wybrać, przynajmniej na kilka godzin. To, czego nie oferuje słońce, wynagradza śnieg. Miękki, wybaczający, daje szansę spróbowania sił na trudniejszych trasach. Na stokach jest spokojnie, momentami ma się wrażenie, że cały ośrodek należy tylko do nas. Jest cicho. Kiedy widoki nie uwodzą oczu, myśli błądzą. Zaczynają dociekać, jak to wszystko w ogóle się zaczęło.
Gondola sunie w mleku, widoków nie żal, można wlepić oczy w ekran. Na stronie ośrodka znajduję anegdotę o początkach narciarstwa w Leogang. Opowieść biegnie tak: 11-letni chłopiec razem z grupką turystów wspina się po zboczu Asitz, pod szczytem którego jego rodzina prowadzi prywatne schronisko. Spędzają w nim noc bez wody i elektryczności, rano przypinają narty i zjeżdżają do wioski. Tyle zachodu dla kilkunastu, w tych warunkach może kilkudziesięciu minut przyjemności. Prehistoria narciarstwa.
Wszystko zrobimy sami, czyli skąd się wzięło narciarstwo w Leogang?

Skok ku nowoczesności dokonał się na początku lat 70. i on też ma posmak legendy. W 1971 roku Leogang stawia swój pierwszy wyciąg. "Swój" to w tej historii słowo-klucz - pomysł zrealizowano bowiem nie dzięki zewnętrznym inwestorom, nie w wyniku decyzji władz centralnych, ale dzięki determinacji lokalnych mieszkańców. Ci, gdy zobaczyli, jak rozwija się nieodległe, inwestujące w narciarstwo Saalbach, zamarzyli o własnym resorcie. Nikt nie chciał jednak wyłożyć na niego swoich pieniędzy, banki nie kwapiły się do udzielania kredytów, eksperci nie byli skorzy do pozytywnego opiniowania przedsięwzięcia - inwestycja wydawała się zbyt ryzykowna. Więc obywatele Leogang zakasali rękawy i sami spełnili swoje marzenie.

Mieszkańcy do dziś powtarzają historię o burmistrzu, który późnym wieczorem ruszył na wędrówkę do wspomnianego schroniska pod Asitz - impuls stanowiła pogłoska, że zatrzymał się w nim gość, który może być zainteresowany budową wyciągu. Wędrówka włodarza była spektakularna, ale o sukcesie projektu zdecydowały mniej widowiskowe spacery: od domu do domu, z pytaniami o udostępnienie gruntów i pieniędzy. Władze miasteczka musiały być przekonujące, bo finalnie udało się zebrać niebagatelną jak na owe czasy kwotę 3 milionów szylingów (218 tys. euro). Zimą 1971/72 roku pierwsi pasażerowie sunęli ponad zboczem dwuosobowymi krzesełkami. Sezon nie był jednak zbyt udany: - Owej zimy pogoda była na tyle niesprzyjająca, że szusowanie było możliwe tylko przez 14 dni. Wszystkim posiadaczom karnetów przyznano więc bilet na kolejny sezon - tłumaczy Kornel Grundner, z lokalnego samorządu, dodając że początkowe niepowodzenia nie ostudziły zapału pionierów. - Aby zbudować drugi odcinek, jedenaście rodzin z Leogang zastawiło swoje prywatne majątki jako zabezpieczenie.

W 1974 roku oficjalnie uruchomiono wyciąg. Zyski z inwestycji mogli czerpać wszyscy, którzy dołożyli do niej swoją cegiełkę.
Choć od tych wydarzeń minęło ponad pół wieku, "zrobiliśmy", "swoje", "nasze" to hasła, które wciąż pobrzmiewają w miasteczku. Odpowiedzialność za miejsce, krajobraz, dziedzictwo przejęte po dziadkach i rodzicach jest silnie odczuwalna.
Dziś działka w Leogang jest warta majątek. Jednak nikt nie wystawia swoich gruntów na sprzedaż, przechodzą z pokolenia na pokolenie
- mówi mi Michael Madreiter, którego rodzina należała do grona "pionierów", którzy doprowadzili do budowy kolejki.
- Doskonale zdajemy sobie sprawę, że gdyby nabywcą został zewnętrzny inwestor, szybko doczekalibyśmy się tutaj aparthoteli albo dużych, sieciowych obiektów wypoczynkowych. To nie byłoby już to samo miejsce - tłumaczy, dodając, że w okolicy ponad 90 procent tutejszych hoteli to rodzinne biznesy.
Od gospodarstwa do hotelu

Większość z ich właścicieli przeszła drogę od rolnictwa do hotelarstwa. Dom, w którym Madreiterowie dziś prowadzą hotel "Puradies", kiedyś był zwykłym, przylegającym do farmy mieszkalnym budynkiem.
Posiadali go moi dziadkowie, w którym sam mieszkałem jako dziecko. Jego historia sięga połowy XIX wieku, a strop zbudowano z belek, które kiedyś tworzyły kaplicę
- opowiada Michael Madreiter. - Pierwsi goście przyjeżdżali do nas podczas II wojny światowej, po prostu wynajmowali pokoje w głównym budynku. Kiedy miejscowość zaczęła się zmieniać, ewoluować gospodarczo w stronę turystyki, postawiliśmy kilkanaście drewnianych domków, a po kilku latach zaczęliśmy myśleć o adaptacji domu. Szybko zrozumieliśmy, że bez pomocy profesjonalistów się nie obejdzie.
Dawny, wiejski dom poddano metamorfozie na tyle udanej, że obiekt wielokrotnie opisywały go serwisy architektoniczne takie jak Archdaily czy Designboom. Ingerencje od frontu są niewielkie - najbardziej znaczącym elementem jest szeroki, zawieszony nad wejściem taras. Na tyłach umieszczono zaś służące rekreacji skrzydło (spa, basen, sala do jogi i restauracja) do zaprojektowania którego zaproszono pracownię NOA Architects - cenionych ekspertów od alpejskich realizacji, mających na swoim koncie tak brawurowe obiekty, takie jak zawieszony nad przepaścią zespół odwróconych do góry nogami domków (Hub of Huts), futurystyczną platformę widokową umieszczoną na wysokości 3 tys. metrów (Ötzi Peak 3251) czy stojący na górskim pustkowiu dom z kamieni, sprawiający wrażenie, jakby powstał przed setkami lat (Biwak, lodowiec Schnalstal). W Leogang zaproponowali hołd dla lokalnego krajobrazu. Układy pomieszczeń i linia dachu powtarzają ukształtowanie terenu, duże przeszklenia otwierają wnętrze na panoramę. Nieoczywistym motywem przewodnim wyposażenia całości obiektu są spiralne kształty, widoczne w linii mebli, schodów, lamp, stanowiące subtelne nawiązania do otaczającego obiekt krajobrazu. Znalazło się i miejsce na sztukę - w jednym z pomieszczeń monumentalną dekorację ścienną stworzył lokalny rzeźbiarz, Michael Lang.

Jest pięknie, ale u innych inwestorów przecież równie atrakcyjnie. W Leogang znajdziemy obrośnięte zielenią spa, wyłaniające się z ziemi jak łagodny pagórek (Atmosphere, proj. Hadi Teherani), zespół stworzonych z surowego drewna domków (Priesteregg, proj. W2 Manufaktur Studio, Ulrich Stöckl), a także - to już z zakresu inwestycji publicznych: wiaty przystanków zaprojektowano tutaj tak, by ich daszki przywodziły na myśl łagodnie układające się warstwy śniegu i lokalne centrum rekreacji o ażurowej konstrukcji (Sonnrain Recreation Center, proj. Innerhofer).

Dla każdego zainteresowanego architekturą spacer po miejscowości to ciekawe doświadczenie - pozwalające zaobserwować jak wygląda współczesna wariacja na temat tradycyjnego, alpejskiego stylu. Można pokusić się o stwierdzenie, że w Leogang tak stoki jak i architektura są na najwyższym poziomie.

Ja, jak wszyscy turyści, jestem tutaj tylko na chwilę. Zastanawiam się jednak, jak się żyje w takim miejscu? - Myślę, że to jedno z lepszych miejsc, w których można spędzić dzieciństwo. Tutaj natura, sport, wciąż wygrywają z ekranami. Młodzież ciągnie do większych ośrodków, ale po latach często wracają. Dostrzegają, że mały ośrodek pod względem usług i gastronomii nie ustępuje metropoliom, za to ludzie są bliżej siebie. Znamy się, lubimy, nadal tworzymy zżytą społeczność - mówi Michael, a ja pytam, jak to możliwe, skoro w jakiś sposób stanowią dla siebie konkurencję. - Tortu do podziału wciąż jest dość, by uchronić nas przed zazdrością. Do tego, każdy z nas wie, jak ciężko trzeba pracować, żeby coś osiągnąć.
A jeśli nie narty, to co?

O frontową ścianę hotelu oparte są sanki - nic nadzwyczajnego, zwykłe, drewniane, chociaż może to właśnie ten retro akcent sprawia, że człowiek ma ochotę przypomnieć sobie, jakie to uczucie mknąć na nich w dół. Właściwie, dlaczego nie? Kto powiedział, że zimowe wakacje są tylko dla narciarzy?
Skicircus to dobre miejsce, żeby przetestować alternatywy dla szusowania. Jak w każdym dużym ośrodku narciarskim, tak i tutaj możemy pozwiedzać okolicę na nartach biegowych, wyruszyć na odkrywanie zimowej przyrody na rakietach śnieżnych, pospacerować z alpakami, a nawet dostarczyć sobie solidnej dawki adrenaliny, oglądając dolinę z paralotni. Można sobie tylko wyobrazić, jak zapierający dech w piersiach to widok. W Leogang działa również Muzeum Górnictwa i Sztuki Gotyckiej (Bergbau und Gotikart Museum). Choć połączenie wydaje się osobliwe, obydwa człony nawiązują do przeszłości miasteczka. Leogang od średniowiecza do lat 70. było istotnym ośrodkiem górniczym.
I chociaż dziś dolina żyje turystyką, o swoich rolniczych korzeniach nie tylko pamięta, ale również je pielęgnuje. Wciąż działają tutaj farmy i bynajmniej nie mają one charakteru "minizoo". We mgle idę w stronę stodoły sąsiadującej z hotelem. Ponoć oprócz kilkudziesięciu krów są tam i kury. Można poszukać jajek, a kto znajdzie, ten dostaje je na śniadanie kolejnego dnia, przyrządzone w wybrany sposób. Atrakcją nie jest oczywiście samo jajko, a jego poszukiwanie. Tutejsze "lassig" ma w sobie również coś z ferii u dziadków. Bez scrollowania, postowania, brainrotów, ciągle zmieniających się bodźców. Zimowych wakacji, w których cieszy mróz, śnieg, krajobraz i ruch. Relax dla głowy i ciała, który dziś nazywa się luksusem.

Informacje praktyczne - ceny karnetów, noclegów, posiłków w Leogang
Dojazd samochodem do Leogang z południa Polski to około 9 godzin podróży. Alternatywę stanowi połączenie kolejowe (wygodnym rozwiązaniem jest nocny pociąg kursujący z Warszawy do Salzburga, w którym czeka nas przesiadka na pociąg do Leogang; podróż jest długa, około 14 godzin, ale pozwala na nocny odpoczynek) lub lotniczo-kolejowe (można wybrać lot do Wiednia lub Innsbrucka i kontynuować podróż pociągiem).
Jeśli chodzi o ceny: jednodniowy skipass dla dorosłej osoby w wysokim sezonie (20.12-6.04) kosztuje 79 euro, za trzy dni zapłacimy 231 euro, a za sześć 318,50 euro. Ceny noclegów zaczynają się nawet od 1000 zł za trzydniowy pobyt dla dwóch osób. Okazyjnie, ale miejmy na uwadze, że w tej cenie otrzymamy zakwaterowanie w obiekcie mocno oddalonym od centrum, oferującym bardzo skromny standard. Kto ma ochotę na pobyt w miasteczku, w klimatycznym obiekcie, ze stokiem za oknem, musi liczyć się z kosztem rzędu 1000 zł za noc.
A co z jedzeniem? Zupa w restauracji przy stoku to wydatek rzędu niecałych 10 euro, sznycel lub burgera zjemy za 25 euro, apfelstrudel zaś za 9 euro. Na pytanie "drogo czy tanio" każdy może odpowiedzieć sobie we własnym zakresie.
Podróż zaczyna się od pomysłu, a my mamy ich mnóstwo. Zobacz, jakie destynacje są teraz na topie i zainspiruj się do własnej przygody. Więcej na styl.interia.pl/podróże













