Spis treści:
- Kiedy niebo spadło na ziemię
- Człowiek, który nie chciał pokonać wulkanu
- Jak zwiedzać ziemię, po której nie wolno chodzić?
- Śladami ognia i sztuki
- Kilka praktycznych rzeczy na koniec
Timanfaya, Las Montañas del Fuego, czyli Góry Ognia, nie jest zwykłym parkiem narodowym. To miejsce, które uczy pokory i to dosłownie, bo ta ziemia wciąż pamięta, czym była trzysta lat temu. Czerń zastygłej lawy, kontrastująca z błękitem oceanu i bielą architektury, tworzy krajobraz, który trudno z czymkolwiek pomylić. Człowiek nie zdominował tu natury, co najwyżej nauczył się być jej gościem.
Kiedy niebo spadło na ziemię
Andrés Lorenzo Curbelo, proboszcz z pobliskiej Yaizy, spisywał to, co widział, dzień po dniu. Jego relacja jest dziś jednym z najpełniejszych XVIII-wiecznych zapisów erupcji wulkanicznej w Europie. Zanotował, że wieczorem, między dziewiątą a dziesiątą, ziemia otworzyła się niedaleko wioski Timanfaya, a z jej wnętrza zaczęła wyrastać góra, z której buchały płomienie.
To był początek najdłuższej erupcji szczelinowej w historii Wysp Kanaryjskich. Trwała nieprzerwanie 2056 dni, aż do 16 kwietnia 1736 roku. W tym czasie z ziemi wyłoniło się kilkadziesiąt nowych stożków wulkanicznych, a lawa zalała ogromne połacie wyspy, łącznie około 200 km², czyli mniej więcej jedną czwartą powierzchni Lanzarote. Pod bazaltem zniknęły żyzne pola, które wcześniej żywiły całą wyspę, i kilka wiosek. Źródła różnią się co do dokładnej liczby, mówi się o sześciu do kilkunastu. Ludzie uciekali na sąsiednie wyspy, bo ziemia, na której żyli od pokoleń, po prostu przestała istnieć.
Dziś, prawie trzysta lat później, krajobraz wygląda niemal identycznie jak zaraz po erupcji. Klimat jest tak suchy, a erozja tak powolna, że natura ledwie zaczęła odzyskiwać ten teren. Park jest niemal całkowicie pozbawiony wyższej roślinności, jedyni jego mieszkańcy to porosty, ponad dwieście gatunków, które centymetr po centymetrze kruszą lawę, zamieniając ją w przyszłą glebę. To proces liczony w stuleciach, nie w latach.
I choć ostatnia erupcja miała miejsce w 1824 roku, wulkan wcale nie jest martwy. Kilkanaście metrów pod powierzchnią temperatura sięga 600°C, a tuż przy samej ziemi bywa gorąco na tyle, że wystarczy garść suchej słomy wrzucona w otwór, by natychmiast stanęła w płomieniach. Przewodnicy pokazują to turystom codziennie, można też dotknąć gorących kamyczków. Można obejrzeć efektowny pokaz, w którym woda wlana do rury wbitej w ziemię w kilka sekund zamienia się w gejzer pary. Stoję i patrzę, jak buchają kłęby białego dymu i myślę, że to najbardziej namacalny dowód na to, że ta ziemia naprawdę wciąż oddycha.

Człowiek, który nie chciał pokonać wulkanu
Lanzarote mogła stać się kolejnym betonowym kurortem na mapie Wysp Kanaryjskich. Na szczęście się nie stała i to głównie za sprawą jednego człowieka. César Manrique, malarz i architekt urodzony tutaj, wrócił na wyspę po latach spędzonych w Nowym Jorku z przekonaniem, że da się budować w zgodzie z naturą, a nie przeciwko niej. Jego filozofię najlepiej oddaje hasło, które sam ukuł: Arte y Naturaleza, czyli Sztuka i Natura. Do swojej wizji przekonał mieszkańców wyspy i jej włodarzy. Myśl zakorzeniła się mocno. Do tego stopnia, że nawet po jego śmierci Lanzarote trwa i rozwija się właśnie w duchu Manrique.
To on zaprojektował uśmiechniętego czerwonego diabełka z widłami (ciekawostka: na jednej ze ścian wulkanicznych nieliczni są w stanie dostrzec kształt tego diabełka, wyryty przez naturę, to ten kształt był inspiracją), który dziś wita turystów przy wjeździe do parku i stał się nieoficjalnym symbolem całej wyspy. Ale prawdziwym majstersztykiem jest restauracja El Diablo, zbudowana na planie koła, z ogromnymi przeszkleniami, przez które krajobraz wulkaniczny wlewa się niemal do środka. Największą atrakcją jest naturalny grill. To otwór w ziemi, nad którym piecze się mięso, wykorzystując wyłącznie ciepło bijące z wnętrza Ziemi. Nie ma tu gazu, nie ma prądu, jest tylko wulkan, pracujący jak najlepszy piec.
Manrique zadbał też o coś, co łatwo przeoczyć: parkingi, murki, całą infrastrukturę wykonano z ciemnego kamienia wulkanicznego, więc niemal znika ona w krajobrazie. Z punktu widokowego Mirador de las Montañas del Fuego rozciąga się widok na tzw. morze lawy i trudno oprzeć się wrażeniu, że architekt naprawdę stał się tu jedynie gościem, a nie panem terenu.

Jak zwiedzać ziemię, po której nie wolno chodzić?
Timanfaya rządzi się swoimi prawami. To jeden z niewielu parków narodowych, w którym samodzielne wędrowanie poza wyznaczonymi strefami jest surowo zabronione. Decyzja odważna, dla turystów radykalna, ale słuszna, bo ekosystem, który dopiero raczkuje po katastrofie sprzed trzech wieków, jest wyjątkowo kruchy. Nie można nawet wyjść z autobusu, żeby "cyknąć" fotkę. Nie deptać wulkanów, chciałoby się rzec.

Swoje w kolejce trzeba odstać, ale warto. Kupujemy bilet (ok. 20 EUR za osobę dorosłą) zostawiamy samochód na parkingu przy restauracji El Diablo i przesiadamy do specjalnego autobusu. To jedyny sposób, by przejechać wąską, krętą drogą prowadzącą prosto między kraterami. Trasa nazywa się Ruta de los Volcanes. Dla tych, którzy chcą zobaczyć więcej, park oferuje piesze wędrówki z przewodnikiem, ale trzeba się na nie zapisywać z wyprzedzeniem na oficjalnej stronie hiszpańskich parków narodowych, grupy liczą maksymalnie osiem osób. Koszt takiej atrakcji to około 200 zł od osoby.
Tuż przed wjazdem do parku czeka jeszcze jedna, bardziej kontrowersyjna atrakcja - Echadero de Camellos, postój wielbłądów oferujących dwudziestominutową przejażdżkę po zboczu wulkanu. Klasyka turystyczna, choć nie każdemu przypadnie do gustu.
Jeśli planujecie wizytę, najlepiej być na miejscu tuż po otwarciu o 9:00 albo po 15:30, w środku dnia przed wjazdem potrafią tworzyć się kolejki samochodów, w których można spędzić godziny w oczekiwaniu na wjazd, w pełnym słońcu, dodajmy. Warto zabrać ze sobą kurtkę (na szczycie zawsze wieje silny, chłodny wiatr, nawet gdy na plaży jest 30 stopni), wodę i coś do jedzenia, bo w całym parku jest tylko jedna restauracja, zwykle oblegana. Nawet jeśli planujecie tylko przejazd autokarem, podłoże wokół jest ostre i nierówne, odradzam sandałki czy klapki.

Śladami ognia i sztuki
Kto naprawdę chce zrozumieć Lanzarote, powinien zaplanować dzień, który prowadzi od ognistego południa po zieloną północ.
Zaczynam wcześnie, żeby wyprzedzić tłumy. Timanfaya od 9:00 do 11:00, z przejazdem Ruta de los Volcanes i pokazem geotermalnym przy Islote de Hilario.
Stamtąd na północ, przez La Geria. To region, którego krajobraz jest równie niesamowity, co sam park Timanfaya. Winorośle sadzi się tu w dołkach wykopanych w czarnym wulkanicznym pyle, otoczonych murkami z kamienia, które chronią rośliny przed wiatrem. Zatrzymuję się w jednej z winiarni, na przykład Bodega La Geria, na kieliszek wina (nie ja prowadziłam samochód, uspokajam), które smakuje trochę jak ta wyspa: mineralne, nieoczywiste, zrodzone z popiołu.
Kolejny przystanek to punkt obowiązkowy: Fundación César Manrique w Tahíche. Dom artysty zbudowany w pięciu bąblach lawowych - jaskiniach powstałych po erupcji - to najlepsze miejsce, by zrozumieć, czym naprawdę była jego filozofia Arte-Naturaleza. Basen wkomponowany w skałę, drzewa wyrastające prosto z podłogi, biała architektura zderzona z czarnym bazaltem. Trudno o lepsze wprowadzenie do reszty wyspy.

Na lunch kieruję się do Teguise, dawnej stolicy Lanzarote, o kolonialnej, urokliwej zabudowie. Na jednym z placyków zamawiam papas arrugadas, małe ziemniaczki w mundurkach, z chrupiącą solną skorupką, podane z dwoma sosami: pikantnym mojo rojo i ziołowym mojo verde. To najbardziej "wyspiarskie" danie, jakie można tu zjeść.
Po południu jadę na północ, do Jameos del Agua, kolejnego dzieła Manrique, tym razem wpisanego we fragment zapadniętego tunelu wulkanicznego. W jego wnętrzu znajduje się naturalne jezioro, w którym żyją maleńkie, ślepe kraby albinosy, które są gatunkiem endemicznym, niespotykanym nigdzie indziej na świecie. Manrique zbudował tu też białą, bajkową salę koncertową i basen, który wygląda, jakby przeniesiono go tu z zupełnie innej rzeczywistości.

Dzień kończę na Mirador del Río, punkcie widokowym wykutym w skale na wysokości około 475 metrów, na samym północnym krańcu wyspy. Budynek jest niemal niewidoczny z zewnątrz, Manrique przykrył go kamieniami i roślinnością tak skutecznie, że odkrywa się go dopiero w środku, gdy przez wielkie okna wpada widok na sąsiednią wyspę La Graciosa. O zachodzie słońca to jedno z tych miejsc, w których czas naprawdę zwalnia. Warto posiedzieć dłużej. Zresztą, trudno to miejsce opuścić, jest przepięknie.
Więcej polecajek z Lanzarote znajdziecie TUTAJ!

Kilka praktycznych rzeczy na koniec
Bilety na wszystkie atrakcje CATC warto kupić z wyprzedzeniem przez Internet, można dzięki temu uniknąć kolejek.
Na trasie warto zatrzymać się też w jednym z "telaklubów", czyli dawnych wiejskich świetlic, które dziś pełnią funkcję lokalnych knajpek, np. w Teguise czy Nazaret. To tam, a nie w turystycznych restauracjach, można spróbować prawdziwej koziny czy smażonego sera z dżemem figowym w cenie 15-20 EUR za osobę.
Najlepiej wynająć samochód. Drogi na wyspie są znakomite, a parkingi przy atrakcjach bezpłatne. Jedyne, o czym trzeba pamiętać, to godziny zamknięcia Timanfaya - ostatni wjazd jest już około 15:45-16:00, więc jeśli chcecie uniknąć porannych kolejek, lepiej zaplanować trasę od drugiej strony, zaczynając od Mirador del Río.















