Reklama

Reklama

Jestem beneficjentką projektów związanych z innością

Teatr traktuje jako miejsce spotkania z Innym, przestrzeń do rozważań dotyczących kondycji współczesnego człowieka oraz pole do myślowego i formalnego eksperymentu. Dominika Biernat jest jedną z najciekawszych aktorek młodego pokolenia i nie zamyka się na nowe doświadczenia. W rozmowie z Interią zdradziła m.in., czym kieruje się w swoich artystycznych poszukiwaniach i jak radzi sobie z przekraczaniem granicy między prywatnym i publicznym.

Katarzyna Pawlicka, Interia: Od kilku lat współpracujesz z reżyserem Michałem Borczuchem, nie tylko jako aktorka - ostatnio przygotowywaliście wspólnie performance HYBRIS na Festiwal POMADA. Co przyciąga was do siebie pod względem artystycznym?

Dominika Biernat: To jest ciekawe pytanie, którego dawno sobie nie zadawałam. Tyle ze sobą pracujemy, że nauczyliśmy się posługiwać wspólnym kodem. Podobnie myślimy, odczuwamy i odbieramy rzeczywistość. Nasza wrażliwość się spotyka, inaczej rzecz jasna nie byłoby tylu wspólnych projektów. Spędzamy ze sobą dużo czasu, także dlatego, że się przyjaźnimy.

Reklama

Łączy was chyba nie tylko wrażliwość artystyczna, ale też społeczna.

- Na pewno. Zawsze byłam zainteresowana aspektem społecznym. Na szczęście teatr daje możliwość jego poruszania: opowiadania o mniejszościach, innościach. Cieszę się, że mamy taką możliwość żeby razem dotykać ważnych tematów. Wspomniałaś o POMADZIE - to jest festiwal poświęcony queerowi. Performance HYBRIS był dla mnie ważnym i ciekawym doświadczeniem, bo stworzyliśmy go z Michałem wspólnie, na równych zasadach, z grupą fantastycznych osób, które się do nas zgłosiły. Mogliśmy przetworzyć naszą wspólną intymną historię i za jej pośrednictwem nakreślić szerszy kontekst.

Obydwoje powtarzacie, że w trakcie pracy nad spektaklem bardzo ważny (jeśli nie najważniejszy) jest dla was sam proces przygotowywania i tworzenia. Często angażujecie w niego ludzi niezwiązanych bezpośrednio z teatrem, jak np. w "Czarnych papugach" artystów zmagających się z doświadczeniem choroby psychicznej. Co jest dla ciebie najcenniejsze w tych spotkaniach?

- Czuję, że dzięki nim rozszerza się moje myślenie o świecie. Perspektywa się pogłębia. Dzięki artystom zmagającym się z doświadczeniem choroby psychicznej, o których wspomniałaś, zaczęłam się mocno zastanawiać nad samym pojęciem choroby. Kiedy choroba już jest, a kiedy jeszcze nie? Co możemy nazwać chorobą? Okazuje się, że granica jest bardzo cienka, szczególnie jeśli dotyczy psychiki. Dowiedziałam się  od nich, że psychoza to do pewnego momentu bardzo piękne, zmieniające percepcję, przeżycie. Niestety, zazwyczaj finalnie pojawia się przekonanie, że ktoś chce cię zabić, zrobić krzywdę. Stąd samookaleczenia czy autoagresja.

Na co dzień zamykamy się na inność, pozwalamy jej funkcjonować wyłącznie w ściśle określonych ramach.

- Jestem beneficjentką projektów związanych z innością. W trakcie pracy nad "Faustem" dużo dowiedziałam się o świecie ludzi niewidomych. Na przykład, że istnieje urządzenie rozpoznające kolory. Ale też, że mają niesamowity słuch, pięknie mówili, tak przecież trudny tekst Goethego. Z kolei podczas pacy nad “Paradiso" w krakowskiej Łaźni Nowej i kręcenia "Waranów w Komodo" wiele nauczyłam się o autystach. Dzisiaj zresztą ogromnie się wzruszyłam, bo po krakowskiej premierze filmu zadzwonił do mnie Krzysiu Zarzecki na FaceTime i  dał mi możliwość zobaczenia wszystkich zaangażowanych w projekt mieszkańców Farmy Życia, którzy serdecznie mnie pozdrawiali. To ta sama grupa z którą pracowaliśmy przy "Paradiso". Kamil, który jest autystą, wcielał się w Dantego i niesamowicie improwizował, przekazywał emocje, personifikował nastroje. Przy nich wyobraźnia zaczyna działać inaczej.

Nie boicie się, że efekt finalny - przedstawienie - przestanie być wam w końcu potrzebny?

- Pewnie jest takie niebezpieczeństwo, ale raczej nie boimy się, że spektakl stanie się czymś zbędnym. Bardziej zadajemy sobie pytanie: "czy to jest sprawa?", czyli temat, który zainteresuje jeszcze kogoś poza nami. Pamiętam, że Michał przed pracą nad "Wszystko o mojej matce" myślał: "czy to jest jakaś sprawa, że moja matka umarła na raka, jak byłem mały?". A jeśli tak, czy da się o tym w ogóle opowiedzieć. W moich działaniach dążę do momentu, kiedy przykładam lupę do prywatnej historii, a ona w powiększeniu tworzy szerszy obraz, z którym może zidentyfikować się widz.

Nie masz wewnętrznych oporów przed dzieleniem się z widzem prywatnym doświadczeniami? Myślę chociażby o improwizacji w "Żabach", w której opowiadasz o intymnej sytuacji z homoseksualnym przyjacielem.

-  Gdybym powiedziała, że nie mam, byłoby to nieszczere. Wczoraj w kulisach, w trakcie spektaklu pomyślałam sobie, że scena, którą gramy z Robertem [Wasiewiczem], jest taka prosta, nie musimy robić żadnych fikołków itd., ale to, że się w niej zwierzamy, cały czas mnie jakoś kosztuje. Nie czuję się potem rozdarta psychicznie, nie żałuję, nie zastanawiam się, czy powinnam, ale jestem po prostu zmęczona. Wciąż odczuwam jednak, że nasza szczerość rezonuje z ludźmi, trafia do nich. Dlatego mam poczucie, że warto.

- W "Żabach" jest bardzo dużo scen opartych na naszych improwizacjach, ułożonych przez dramaturga Tomka Śpiewaka. Intensywnie myśleliśmy o języku tego przedstawienia, który czasem balansuje na granicy pretensjonalności. Z drugiej strony, opowiadać o seksualności i relacjach wokół niej trzeba chyba wprost.

W "Żabach" bardzo mocno wybrzmiewa kontrast między, siermiężnym dziś, Arystofanesem, a słownictwem, jakiego używacie później do opisu różnych relacji. Okazuje się, że prosty, czasem naiwny język, bardziej do nas trafia, jest bliższy prawdy.

- Arystofanes jest bardziej wulgarny i przaśny niż nasze improwizacje. Mieliśmy po jednym ze spektakli spotkanie z widownią w Warszawie, które było tak szczere, że spytaliśmy się widzów, czy nie razi ich język spektaklu, czy nie jest ich zdaniem pretensjonalny. Usłyszeliśmy wtedy, że to, jak mówimy, jest dla nich bardzo prawdziwe.

Śmiało mogę nazwać cię aktorką poszukującą, masz doświadczenie performerskie i chyba coraz częściej zmierzasz w tym kierunku. Czy interesuje cię jeszcze aktorstwo tradycyjne, z kwestiami do odtworzenia, pod ścisłą kontrolą reżysera?

- Faktycznie dawno czegoś takiego nie uprawiałam. Może ostatnio, gdy robiliśmy "Kartotekę" z Radkiem Rychcikiem i zaufaliśmy tekstowi. Chociaż praca dookoła spektaklu polegała na oglądaniu filmów i niekończących się dyskusjach. Skusiłabym się na zwrot do tradycji tylko w przypadku bardzo znaczącej rzeczy, bo proces przygotowania w tak tworzonym teatrze jest już teraz dla mnie dużo uboższy.

- Ale mogłabym w ten sposób popracować nad rolą w filmie. Doświadczenie filmowe robi coś bardzo ciekawego z człowiekiem, ponieważ w trakcie kręcenia filmu, wchodzisz po prostu w alternatywną rzeczywistość i to jest niezwykłe. Teatr i film są dwoma zupełnie innymi światami. By czuć się dobrze i świeżo, należy cały czas je miksować. Przynajmniej ja tak czuję.

W teatrze też wykorzystujecie film. Czy gra w filmie robionym dla teatru to jest jeszcze inny rodzaj pracy?

- To jest faktycznie zupełnie inne doświadczenie, uzależnione od tego, na co się decydujemy. Czy to jest arthouse’owa stylistyka, czy kręcimy coś abstrakcyjnego, czy chcemy mieć kawałek fabuły. Natomiast ja się bardzo cieszę z tego miksu teatru ze sztukami wizualnymi, który się wydarza w Polsce już od paru dobrych lat. Dzięki niemu można inaczej naświetlić pewne rzeczy, rozkroić je.

Ty też nie ograniczasz swoich działań wyłącznie do teatru i filmu.

- Zrobiłam kilka rzeczy z Agnieszką Polską i Antje Majewski i to były bardzo miłe początki, do których należała 24-godzinna akcja feministyczna FF, gdzie byłam postacią łączącą performanse różnych artystek z całej Europy. Potem rozpoczęła się współpraca z Dominiką Olszowy, z którą bardzo się lubimy, jesteśmy imienniczkami, a między naszymi urodzinami jest zaledwie pięć dni różnicy. Domi została zaproszona do Zachęty, żeby zrealizować cykl "Lepsza ja", w ramach którego zrobiłyśmy performance "Ego Trip" i pokazywałyśmy go w sierpniu w CAC-u w Wilnie. Na koncie mamy też projekt "Performans TV". Teraz się cieszę na koprodukcję Zamku Ujazdowskiego, Teatru Nowego i HAU w Berlinie, którą będziemy robić z Michałem Borczuchem, dramaturgiem Mateuszem Szymanówką, choreografem i tancerzem Pawłem Sakowiczem, Anią Nowak, z którą bardzo chciałam coś zrobić i Jankiem Sobolewskim. Zapowiada się ciekawie.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Dominika Biernat | Michał Borczuch

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy