Reklama

Reklama

Nie każdy dostanie to, w co wierzy

​Masz przyjaciela, męża, siostrę, którego nie możesz przekonać do teatru? "Każdy dostanie to, w co wierzy" duetu Rubin&Janiczak zrobi to za ciebie. Spektakl Teatru Powszechnego w Warszawie powstał na motywach "Mistrza i Małgorzaty". Dużo się w nim dzieje, choć Bułhakowa w nim niewiele.

Scenografia to olbrzymi, okrągły stół. Przy nim, w jednym rzędzie, siedzi widownia. Każdy widz dostaje arkusz papieru, długopis i panele do głosowania: TAK lub NIE. Ten sam stół to również scena. Na nim będą poruszać się aktorzy. Na środku stoi przezroczysta wanna. W niej aktor, Michał Czachor, grający Wolanda. Rozpoczyna się spektakl, w którym główną rolę grają widzowie.

Wszystko zależy od nich. Widz jest nieustannie pytany i to on, głosują przy pomocy odpowiednich guzików, decyduje o podejmowanych tematach, dalszym ciągu przedstawienia, o tym ile powie o sobie aktorom i czy wejdzie z nimi w liczne interakcje.

Reklama

Pierwsza decyzja, którą musi podjąć jest błaha. Jedna z aktorek przejeżdża po sali z wózkiem, który kojarzyć się może z pendolino. Jednak ona oferuje szerszy wybór napojów. Znajdzie się i sok, i cola, a nawet piwo, wódka, czy wiśniówka. Pomyśleli nawet o ogórku. W trakcie spektaklu aktorka rozlewa dodatkowe porcje alkoholu tym widzom, którzy zostali wciągnięci w interakcje, tak na odwagę. Po kilkudziesięciu minutach spektaklu po niektórych z publiczności widać, że świetnie się bawią.

A kieliszek na odwagę może się przydać. Widzowie nieustannie podejmują decyzję większością głosów. Tak, jak nakazuje demokracja. W efekcie mężczyzna, który nie miał ochoty rozmawiać o sobie, swoich zarobkach i doświadczeniach seksualnych, musi to zrobić. Bo tego chciała większość. Inny widz jest zaproszony na stół i na oczach publiczności rozbiera się z koszuli, myje kark i zakłada suknię ślubną. Aktorzy nie mogą przewidzieć tego, jak zachowa się publiczność i muszą stale improwizować. Całość momentami przypomina happening, nie spektakl teatralny.

Wiktor Rubin i Jolanta Janiczak chcieli obnażyć demokrację. Pokazać, że nie jest ona doskonałym systemem. Niektórzy z widzów przekonali się o tym, gdy byli przepytywani przez aktorów ku uciesze publiczności mimo, że wcale nie mieli na to ochoty.

Ja przekonałam się o tym w momencie, gdy publiczność miała zadecydować o dalszym ciągu przedstawienia. Widzowie zostali zapytani, czego pragną: demaskacji, czy dalszej iluzji w spektaklu. Przegłosowali to drugie, wbrew mnie. I dlatego ostatnie 20 minut pokazu było dla mnie nużącą, miłosną historią Mistrza i Małgorzaty.

Przebieg spektaklu w dużej mierze zależy od publiczności, która się zgromadzi i od jej decyzji. Dlatego najlepiej zobaczyć tę sztukę kilka razy, w różnych wariantach i zobaczyć jak zmienia się jej przebieg w zależności od głosowania. Jedno jest pewne, nie każdy dostanie to, w co wierzy. Każdy dostanie to, czego będzie chciała większość.

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy