Reklama

Reklama

"Pod presją". Mocny teatr

​Jeśli macie zobaczyć choć jedno, tylko jedno przedstawienie w roku, niech to będzie "Pod presją" Mai Kleczewskiej. Ten spektakl sprawia, że nawet jeśli wasza relacja z teatrem jest skomplikowana, pokochacie scenę na nowo.

Maja Kleczewska wraz z Łukaszem Chotkowskim wzięli na warsztat film Johna Cassavetesa z 1974 roku "Kobieta pod presją". Gdy reżyser zmuszony był przejąć opiekę nad swoimi dziećmi zrozumiał, pod jaką presją i naciskiem na co dzień funkcjonują kobiety. Temat zainteresował go na tyle, że wraz z żoną, Geną Rawlands, zaczął pracę nad filmem.

Od pierwszych scen ma się wrażenie, że doskonale znamy tytułową Mabel (Sandra Korzeniak). Kobieta z ulgą oddaje dzieci pod opiekę babci, a gdy zostaje sama w mieszkaniu, nie bardzo wie, co zrobić z tą niespodziewaną wolnością. Widzimy w niej nasze siostry, matki, przyjaciółki.

Reklama

Początkowo dziwaczne nawyki Mabel mogą nas bawić. Jej zabawne gesty, mimika. Swobodne żarty skierowane w stronę kolegów męża, którzy przyszli z niespodziewaną wizytą. Wśród publiczności słychać życzliwy śmiech. Jednak z każdą kolejną minutą spektaklu ma się wrażenie, że wszystkie uśmiechy są zupełnie nie na miejscu.

Na pierwszy plan wyłania się samotność głównej bohaterki, która całe swoje życie podporządkowała innym. Mabel ma jedno ogromne pragnienie: chce być zaakceptowana. Całe swoje życie uczyła się spełniać czyjeś oczekiwania: rodziców, teściów, dzieci, społeczeństwa, które wtłacza ją w coraz to nowe normy. Zdaje sobie sprawę ze swojej odmienności, ale póki czuje miłość i akceptację bliskich, nie jest ona dla niej problemem. Gdy jej mąż  po nieudanej kolacji ze znajomymi odczuwa wstyd za własną żonę, puszczają mu nerwy i atakuje Mabel. To wtedy kobieta błagalnym głosem pyta: "Jaka mam być, powiedz, jaka? Potrafię być każda" i naprawdę oczekuje odpowiedzi.

Mimo że jest pod nieustanną presją, nie ma w niej agresji w stosunku do bliskich. Gdy jej mąż sfrustrowany tym, że nie może zrozumieć ukochanej, podnosi rękę na Mabel, ona momentalnie mu wybacza. Kobieta kocha wszystkich z wyjątkiem siebie.

"Pod presją" to spektakl prosty i oszczędny w formie. Obecność kamer i ekranu, które zwykle przeszkadzają mi w teatrze, tu pozwala widzowi skupić się na wymownych gestach i mimice Sandry Korzeniak. Jest jak dodatkowa opcja zoomu w teatralnej przestrzeni, z której można skorzystać, gdy tylko ma się na to ochotę.

A ma się ochotę bardzo często, bo niezawodna Sandra Korzeniak dała popis najlepszego aktorstwa. To o niej mówią widzowie po wyjściu z sali teatru. Pozostali aktorzy są jedynie tłem dla jej bezbłędnej gry, ale zdaje się być to przewidzianym zabiegiem i z pewnością trafionym.

Maja Kleczewska przypomniała wszystkim, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. "Pod presją" to 105 minut teatralnego arcydzieła o bolesnej codzienności, którą wielu z nas przeżywało lub będzie przeżywać. To historia o łaknieniu miłości i akceptacji, tych, którzy najczęściej nas ranią. O tym, jak trudno żyć z poczuciem, że jest się na świecie, by spełniać cudze oczekiwania i o tym, jak łatwo to poczucie w kimś wywołać. 

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy