Reklama

Reklama

"Rewolucja, której nie było": Poznajmy się bliżej

Gdy w pierwszej scenie „Rewolucji, której nie było” do Macieja Pesty dołączają dwie kobiety z zespołem Downa, widzowie nagły niepokój zagłuszają głośnym śmiechem. Pod koniec widowiska śmiać będą się ponownie, jednak tym razem szczerze, pełną piersią i w towarzystwie oklasków.

W spektaklu Justyny Sobczyk bierze udział trzech aktorów profesjonalnych (Beata Bandurska, Martyna Peszko i wspomniany Maciej Pesta), ośmiu niepełnosprawnych amatorów (Teresa Foks, Daniel Krajewski, Maja Kowalczyk, Barbara Lityńska, Aleksander Orliński, Aleksandra Skotarek, Magdalena Świątkowska, Piotr Sakowski) i, grający na żywo, zespół Pokusa.

Punktem wyjścia do teatralnej improwizacji był protest osób z niepełnosprawnościami oraz ich rodziców (RON), który rozpoczął się 18 kwietnia, a zakończył 27 maja 2018 roku. Kobiety walczące o lepsze warunki dla swoich dzieci szybko wylądowały na świeczniku: komentowano ich stroje, fryzury, pouczano, co powinny zrobić. Z kolei obecność w sejmie osób niepełnosprawnych obnażyła, jak niewiele wiemy o ich życiu, spojrzeniu na świat czy potrzebach. Ostatecznie, nieznacznie podwyższono wysokość renty socjalnej i wprowadzono ustawę gwarantującą m.in. dostęp do lekarzy specjalistów bez kolejki.

Reklama

Wątek samego protestu oraz jego konsekwencji stanowi trzon pierwszej części "Rewolucji...". To teatr mocno zaangażowany, momentami publicystyczny, nie bojący się przywoływania konkretnych nazwisk (Beaty Szydło, Lecha Wałęsy czy Doroty Stalińskiej) i formułowania zarzutów. Te ostatnie dotyczą nie tylko nagannych postaw dużej części społeczeństwa podczas 40-dniowego strajku, ale przede wszystkim marginalizowania niepełnosprawnych na co dzień. Temu poświęcona jest część druga, w moim przekonaniu lepsza, bo uświadamiająca, jak bardzo mylimy się w powierzchownych ocenach tych, którzy na pierwszy rzut oka nie pasują do oswojonego obrazu świata.

Na początku obecność sceniczna aktorów z zespołem Downa wydaje się mocno ograniczona. Można odnieść wrażenie, że czują się niekomfortowo, wkładają duży wysiłek w wypowiadanie poszczególnych kwestii, wykonywanie ruchów. Wśród transparentów, kilkanaście miesięcy wcześniej rozwieszonych w sejmie, poruszają się niepewnie, z dużą ostrożnością. Ale z każdą kolejną sceną stają się mniej anonimowi: opowiadają o swoich marzeniach i umiejętnościach, jednocześnie otwierając się coraz bardziej także fizycznie. Wreszcie - w finałowych scenach pod szyldem "Downtown Club", urastającego tu do rangi wolnościowej utopi -  ekstatycznie tańczą, śpiewają, pokrzykują. Tak, jakby wreszcie mogli porzucić ograniczenia narzucane im latami przez dominujący dyskurs społeczny. Bowiem ogranicza nie sama niepełnosprawność, a mity czy praktyki, które się wokół niej wytworzyły.

Dlatego na scenie widzimy całująca się parę - "normalnego mężczyznę" i "normalną kobietę", jak sami o sobie mówią. Jedna z aktorek przyznaje, że marzy o zamążpójściu i podróży poślubnej do Dźwirzyna, w trakcie której będzie uprawiać seks. Inny aktor, spokojnie i z namysłem, wymienia wszystkie swoje pozytywne cechy charakteru. Jest tu miejsce dla autorskich wierszy, utrzymanych w rockowym klimacie manifestów oraz imponujących tanecznych popisów. A w każdym z tych działań wybrzmiewa, wyartykułowane zresztą w jednej ze scen, zdanie: "nie traktujcie nas jak dzieci, jesteśmy dorośli". Niesamodzielność (do której niektórzy aktorzy głośno się przyznają) nie idzie wszak w parze z infantylizacją, narzucaniem określonych zachowań, ograniczaniem wolności. "Rewolucja..." jest też apelem o mądre, bo partnerskie, wsparcie.

I choć punktem wyjścia do spektaklu są postulaty ekonomiczne (bezdyskusyjnie zasadne), to jego istotą jest pragnienie i potrzeba zmiany społecznych przyzwyczajeń. Justynie Sobczyk i Justynie Lipko-Koniecznej (dramaturgia) oraz pracującym z nimi aktorom (gra zespołowa to niewątpliwie atut "Rewolucji...") udało się przedstawić widzom szerszą perspektywę. Spektakl odczarował obraz niepełnosprawnego z potrzebami zredukowanymi do pełnego brzucha i wygodnego łóżka. Może zamiast przymusowego kolorowania i robienia ludzików z kasztanów, zajęcia w świetlicach środowiskowych należałoby rozpocząć od pytania: "co was interesuje?". Bo w imię takiej rewolucji warto podnieść rękawicę. 

Katarzyna Pawlicka

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Boska Komedia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy