Reklama

Reklama

"Trojanki": W dzień końca świata

W „Trojankach” Jana Klaty upadek Troi symbolizuje zagładę współczesnego świata. Próżno szukać tu jednak prostych analogii do palących zagrożeń: katastrofy klimatycznej czy obaw przed konfliktem zbrojnym. Reżyser przypomina za to: nawet najtrwalszy porządek może w każdej chwili zatrząść się w posadach, a powód najkrwawszych wojen jest zazwyczaj błahy, prozaiczny, śmieszny.

Autor scenografii, Mirek Kaczmarek, z którym Klata współpracuje od lat, zamienił scenę w wielką piaskownicę. Z pozoru beztroskie, bo kojarzące się z dzieciństwem, zamki z piasku kontrastują z rzeźbami przypominającymi zwęglone ciała wkopane na różnych wysokościach w ziemię. Skojarzenie z wrocławskim Pomnikiem Anonimowego Przechodnia - symbolem ustroju komunistycznego i stanu wojennego - nie jest tu chyba bezzasadne. Ale znów - nie chodzi o dosłowne nawiązania do Polski lat 80., tylko raczej stworzenie atmosfery schyłku czy upadku, w której człowiek łapie oddech ostatkiem sił.

Reklama

Z tyłu sceny ustawiono podest, na którym przez niemal cały czas trwania spektaklu urzęduje Kasandra (Małgorzata Gorol). W tiulowej, krótkiej sukience, wysokich butach i z gitarą elektryczną wygląda jak zbuntowana rockmanka. Szybko okaże się jednak, że o prawdziwej kontestacji nie może być mowy. Wieszczka doskonale zna dramatyczną przyszłość ojczyzny, dlatego nie podejmuje nawet prób sprzeciwu. Nie boi się też śmierci. Głośnymi brzdękami gitary odprowadza kolejnych zmarłych na drugą stronę, by wreszcie wykonać ekstatyczny dance macabre.

Hekabe (doskonała Dorota Kolak), królowa Troi, straciła już męża, teraz zaś traci po kolei wszystkie dzieci. Na początku ma siłę, by protestować, prosić, by wreszcie ulgi i zadośćuczynienia wypatrywać wyłącznie w zemście. U Klaty tworzy jeden organizm z innymi Trojankami, które spotkał równie straszny los. Łączy je czarna płachta z miejscem na ręce, kapturem i szeroką, pięknie pracującą w trakcie ruchu, spódnicą dla każdej z aktorek. Są (także dosłownie) solidarne w żałobie, ale jednocześnie spętane - nie tylko materiałem, ale też konwenansem oraz społecznym konstruktem płci i seksualności.

Bo wspomnieć trzeba, że przepaść między kobietami i mężczyznami (Grekami) jest ogromna. Pierwsze - w czerni i surowych fryzurach - są silne, zdecydowane, ale jednocześnie w każdej chwili gotowe opowiedzieć o swoich przeżyciach i emocjach. Grecy zaś w grupie są niemal pozbawieni mowy (ograniczono ją do pokrzykiwań), pierwotni, zredukowani do zaspokajania żądzy (przejmująca scena gwałtu na Poliksenie, którą gra rewelacyjna, bardzo fizyczna Magdalena Gorzelańczyk). Mężczyźni, nawet, gdy dojdą już do głosu w scenach indywidualnych, są tu karykaturami macho: niegramotni, kanciaści, z sześciopakiem wymalowanym na koszulkach opinających spore brzuchy i włosami jaskiniowca nie dają nadziei na porozumienie. Ich szacunek do królowej Hekabe jest jedynie pozorny, podszyty ironią, pozostałe kobiety mogą liczyć wyłącznie na czysto erotyczne zainteresowanie.

Kiedy wydaje się, że opowieść jest już domknięta, na scenę wkracza Katarzyna Figura w roli Heleny. Klata korzysta z emploi aktorki z lat 80. i 90. - ubiera ją w satynowy szlafrok i buty na niebotycznym obcasie. Figura przypomina odurzoną lekami Marilyn Monroe i uruchamia sztafaż podstarzałej kokietki. Jej sceny z Menelaosem (Grzegorz Gzyl) i Theoklymenosem (Jacek Labijak) nurzają się w kabaretowym sosie. Relacje międzyludzkie są wyłącznie powierzchowne, papierowe, a o potrzebie przeżywania żałoby i żądzy zemsty nikt już nie pamięta. Świat okrutny, ale prawdziwy został zastąpiony slapstickową wydmuszką, o czym Jan Klata przypomina nam zresztą nie po raz pierwszy.

Katarzyna Pawlicka

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Boska Komedia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy