Reklama

Reklama

"Wściekłość" Mai Kleczewskiej

​Maja Kleczewska kolejny raz sięgnęła po tekst Elfriede Jelinek. Tym razem rozpisała go na nowo i podzieliła na role. Dzieło austriacka noblistka powstało niedługo po zamachach na redakcję Charlie Hebdo i morderstwie czterech osób w sklepie z koszerną żywnością. Jelinek chciała pokazać, jak bogowie służą nam do tego, by zabijać, nienawidzić. Hasło "bój się Boga" przestaje być aktualne. Boimy się siebie nawzajem.

"Wściekłość" Kleczewskiej to spektakl o ludziach, którzy nienawidzą innych ludzi. Pierwsze uderzenie nadchodzi zaraz po wejściu do teatru. Idąc w stronę sali teatralnej, przechodzi się przez korytarz. Na jego ścianach rozwieszone są kartki z listą nazwisk 23 tysięcy uchodźców, którzy utonęli próbując przedostać się do Europy. Pod nimi leżą pozostawione rzeczy. Ubrania, koce, materace, but.

Nad sceną wisi duży ekran. Po jednej stronie wyświetlana jest telewizja TVP Info. Po drugiej przygotowany wcześniej materiał przez TV Wściekłość. Poniżej widać studio telewizyjne, w centralnym punkcie sceny znajduje się okrągłe podwyższenie, które nieustannie się obraca.

Reklama

Podczas spektaklu Kleczewskiej nikt nie może poczuć się bezpiecznie. Obrywa się wszystkim. Młodzieńcom w dresach, którzy chcą walczyć, co nie jest "nasze". Panom z wąsem i gitarą, którzy agresywnie mówią o wierze i miłości. Ale też publiczności festiwalowej, wykształconej klasie średniej, która tylko deklaruje się, że chciałaby pomóc. Zwykle na wysyłaniu ubrań i dobrej energii się kończy.

Kleczewskiej zarzuca się, że zrobiła spektakl zachowawczy. Niczym nie zaskoczyła, nie wzburzyła publiczności. Z tym się nie zgodzę. W jednej ze scen aktorki wnoszą figurę Jezusa zdjętego z krzyża. Układają go w wodzie. Rzeźba się topi. Stoją nad nią i odczytają nazwiska spośród 23 tysięcy uchodźców, którzy zginęli. Kartki z ich danymi opuszczają, topią się razem z Jezusem.

Jednak mimo seksownego tańca na sztuce surowego mięsa, wlewania w siebie majonezu i upychaniu w usta jedzenia, najbardziej obłąkana scena to ta, podczas której aktorzy leżą na obracającej się scenie i wpadają w histeryczny śmiech, który zdaje się nie mieć końca. Oszaleli we wściekłości.

Na uznanie zasługuje fantastyczna pod każdym względem 27-letnia Magdalena Koleśnik. Jest bez wątpienia gwiazdą przedstawienia. Wzbudza podziw, zazdrość, wzrusza, niepokoi. Pokazała cały wachlarz emocji i nie zdarzył jej się żaden fałsz.

Ubolewam nad tym, że po rozpędzonej pierwszej części spektaklu ta finałowa zdaje się nie mieć końca. Kiedy widz myśli, że wreszcie nadchodzi finał, po nim przychodzi kolejny i kolejny.

Czy Kleczewska porusza ludzi? Wzbudza emocje? Niech odpowiedzią na te pytania będzie zachowanie jednego z widzów, który po spektaklu tak mocno uderzył w lusterko luksusowego samochodu, którego promocja odbywała się w Centrum Kongresowym, że całkowicie je urwał.

"Wściekłość" to spektakl, po którym długo nie opuszczało mnie poczucie winy. Niech to będzie najlepszą recenzją.

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje