Reklama

Reklama

​Krzysztof Globisz w roli głównej

- Chcieliśmy pokazać, w jakim stanie jest teraz Krzysztof, jakie dziś ma możliwości. Chcieliśmy zrobić normalny spektakl, a to że jednemu z aktorów trochę gorzej się mówi i trochę gorzej chodzi, wcale nie musi go przekreślać. Są przecież inne środki przekazu, dzięki którym każdy z nas może się komunikować - mówi Eva Rysova, reżyserka spektaklu "Wieloryb The Globe", którego twórcami są byli studenci Krzysztofa Globisza.

W "Trylogii" grał Kmicica. W "Mizantropie" Moliera otrzymał tytułową role. Widzowie kojarzą go z "Dantona", "Crimen" lub z "Krótkiego filmu o zabijaniu". Bez względu na to gdzie się pojawiał, czy na scenie czy ekranie kinowym, zawsze czarował swoim ciepłym, niskim głosem i charyzmatycznym talentem. Ostatnio zagrał samego siebie w spektaklu "Wieloryb The Globe" w ramach festiwalu Boska Komedia. Dotknięty afazją po udarze, który miał miejsce ponad dwa lata temu, walczy na scenie każdą sylabą i głoską. Globisz udowadnia, że choroba wcale nie pokrzyżowała mu planów zawodowych. Wręcz przeciwnie.

Reklama

Magdalena Janczura: - Nie boi się pani opinii, że spektakl za bardzo wykorzystuje chorobę?

Eva Rysova: - Ale tak nie jest.

Taka opinia jednak może się pojawić.

- Ja nie mam czego się obawiać. Dlaczego? My wszyscy wiemy, jaka jest prawda i po co to robimy. Reakcje na pewno będą różne, ale ja nikomu nie mogę tego zabronić. Zdaje sobie sprawę, że nie wszystkim może spodobać się taki spektakl. Mówimy w nim dużo o chorobie, jednak nie chodziło o to, żeby wyłącznie ją podkreślać. Wręcz przeciwnie. Chcieliśmy pokazać, w jakim stanie jest teraz Krzysztof, jakie dziś ma możliwości. Chcieliśmy zrobić normalny spektakl, a to że jednemu z aktorów trochę gorzej się mówi i trochę gorzej chodzi, wcale nie musi go przekreślać. Są przecież inne środki przekazu, dzięki którym każdy z nas może się komunikować oraz wyrażać. I właśnie o to nam chodziło, żeby pokazać ludziom, że jest inny sposób wyrażanie siebie, swoich emocji. To nie muszą być wyłącznie słowa. To są gesty, mimika.

Co chciała pani pokazać tym spektaklem?

- Mnie najbardziej zależało na tym, żeby pokazać, że czasem nasza pomoc wcale nie musi okazać się pomocą. Wręcz przeciwnie. Że takie nadmierne troszczenie się, może stać się krzywdzące. W świadomości mamy zakodowane, że osobom chorym trzeba współczuć. Ale czy one tego chcą? Właśnie wydaje mi się, że nie, że one nie potrzebują pomocy w codziennych sytuacjach, bo bywa to dla nich przytłaczające, czasem hańbiące. Tracą wtedy swoją wartością, swoje człowieczeństwo, ponieważ wydaje się, że nie są w stanie same o siebie zadbać. Taka pomoc nie pomaga. Najlepiej mówi o tym Susan Sontag, która twierdzi, że człowiek bardziej cierpi z powodu degradacji niż z samej choroby.

Czy choroba może czynić człowieka mądrzejszym i wolnym?

- Tak. Człowiek staje się wtedy mądrzejszy i bogatszy o to doświadczenie, którego nikt z nas tak naprawdę nie chce mieć. Gdy próbujemy sobie wyobrazić podobne sytuacje, jest to dla nas nieosiągalne. Podczas pracy próbowaliśmy zrozumieć, ale wydaję mi się, że nawet nie sięgnęliśmy granic tej wyobraźni.

Kiedy zaczęły się próby?

- Próby zaczęły się we wrześniu z przerwami, ponieważ każdy ma też inne zobowiązania.

Widać było postępy w tym czasie?

- Tak, jak najbardziej. Przede wszystkim w naszej komunikacji. Z każdą próbą rozmawiało nam się dużo lepiej i łatwiej. Co ciekawe postęp był widoczny po obydwu stronach. My uczyliśmy się rozumieć, a Krzysztof uczył się komunikować.

Powrót do teatru to rodzaj terapii?

- Z jednej strony chyba tak, z drugiej to dla Krzysztofa po prostu powrót do pracy po chorobie - normalna rzecz.

Jak wyglądało zaproszenie Krzysztofa do współpracy?

- Oczywiście najpierw był to telefon, gdzie wstępnie przedstawiliśmy zarys naszego pomysłu. Później spotkanie. Na tej pierwszej bezpośredniej rozmowie mnie nie było. Był Mateusz z Zuzanną, ponieważ ja nie mogłam. Z tego co mi wiadomo Krzysztof już wtedy był chętny do współpracy z nami. Potem było oczekiwanie. Czekaliśmy czy spodoba się scenariusz, więc stresu nieco było, ale przeczekaliśmy i dziś wiem, że było warto.

Znacie się od kilku lat. Czy to jest ten sam Krzysztof?

- Poznaliśmy się na studiach, ale w zupełnie innych relacjach. On był profesorem, ja studentką, więc to różne płaszczyzny. Dziś znamy się, jako koledzy z pracy. Natomiast wydaje mi się, że tak. To jest ten sam Krzysztof, co sprzed lat. Tak samo kocha swoją pracę i pracę z ludźmi, jak kilka lat temu. Tego nie da się zmienić w sobie.

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy