Reklama

Reklama

Polska. Biała siła, czarna pamięć

Piotr Ratajczak ściąga z Polaków pelerynę tolerancji, przenosząc na deski teatru zbiór reportaży Marcina Kąckiego pod tytułem "Białystok. Biała siła, czarna pamięć". Spektakl nie jest jednak wierną adaptacją książki. Tu sztuka miesza się z dobrze znaną nam rzeczywistością, gdzie pod pozorami miłosierdzia i troski o własny kraj, jesteśmy świadkami antysemityzmu, ksenofobii oraz antyimigranckich pikiet. O pracy w teatrze, protestach ONR i subiektywnym wizerunku Polski opowiada reżyser Piotr Ratajczak.

Magdalena Janczura: - W spektaklu nie pada ani razu nazwa "Białystok". To celowy zabieg?

Piotr Ratajczak: - Tak. Chciałbym, żeby ta sztuka była uniwersalna. Wszyscy, którzy znają Białystok, będą wiedzieć, że chodzi o to miasto.  I chociaż ma swoją specyfikę, nie jest tak, że Białystok to patologiczne miejsce, odróżniające się od innych polskich miejscowości.

Białystok jest więc odbiciem innych polskich miast?

- Jak najbardziej. Historie z Białegostoku są tylko przykładem tego, co dzieje się w naszym kraju. Na pierwszą próbę przyszedłem ze zdjęciem protestu antyimigranckiego we Wrocławiu. Nieważne więc dla mnie jest czy to Wrocław, Białystok lub Kraków. Takie problemy dotyczą każdej szerokości geograficznej. Gdy czytałem reportaż Marcina Kąckiego "Białystok. Biała siła, czarna pamięć" nie myślałem o tym, żeby przenieść historie do teatru. Dopiero, gdy w telewizji zobaczyłem relację z demonstracji przeciwko imigrantom, która miała miejsce tylko w Białymstoku, stwierdziłem, że chyba warto spróbować.

Reklama

O skomplikowanej sytuacji tego miasta wiadomo od lat. Ani ty, ani Marcin Kącki nie jesteście z Białegostoku. Dlaczego potrzebny jest ktoś z zewnątrz, żeby o tym mówić?

- Pewnie dlatego, że ludzie z zewnątrz mają dystans. Nie są skorumpowani. Pewnie też nie mają czego się bać. Trzeba mieć umiejętność bezwzględnego i obiektywnego patrzenia na historię miasta. W przestrzeni, w której mieszkamy, chcemy się czuć dobrze i swobodnie, dlatego osoby niezwiązane emocjonalnie patrzą na wydarzenia z determinacją, z większą przenikliwością. Najlepszym dowodem na to będą nasze próby. Między nami, gdzie część osób jest z Białegostoku, dochodziło do różnych kontrowersji. Żadna ze stron jednak nie chciała narzucać swojego zdania. Staraliśmy się nawiązać kompromis. Wbić się w tę tkankę pośrodku, rozmawiać i szukać racji różnych stron po to, żeby całokształt okazał się jak najbardziej pełny i prawdziwy.

Już przed premierą zaczęły się problemy: protesty, próby zablokowania. A dziś z perspektywy czasu jak spektakl jest odbierany?

- Nie mam możliwości bycia na każdym spektaklu, jednak z tego co wiem, jest bardzo dobrze odbierany. Na zakończenie zawsze mamy owacje na stojąco, z czego jestem bardzo zadowolony. Wiem jednak, że za chwilę będzie to miało swoje konsekwencje. Jest grupa polityków, radnych wspieranych przez Kościół katolickich, którzy od początku za wszelką cenę dążą do tego, aby ten spektakl zamknąć. I prawdopodobnie w związku z dobrą zmianą, zmianą dyrekcji pewnie im się to uda.

I mówisz to z takim spokojem?

- Bo mnie już nic nie zdziwi. U nas były przeróżne sytuacje. Jeszcze przed premierą nie wiadomo jak, ale został wykradziony scenariusz. Dla nas to świetne uczucie, bo wiemy, że robimy coś ważnego. Wszyscy samorządowcy, radni, biskupi czytali od deski do deski nasz materiał, po czym mieliśmy telefony, żeby pozmieniać scenariusz i wątki, bo im nie odpowiada taka historia. Oczywiście nie wzięliśmy tych wskazówek pod uwagę. To też ciekawe, że ludzie boją się i zdają sobie sprawę z siły, jaką ma teatr.

W dniu premiery też było sporo szumu.

- Tak, był protest, podczas którego zebrało się kilkudziesięciu takich młodych chłopaczków z transparentami. Nic poważnego też się nie działo. Jedna sytuacja natomiast bardzo mnie rozbawiła. Podczas protestu zabrakło im prądu do wzmacniaczy, więc podpięli się pod prąd z siedziby teatru. I jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że w tej krótkiej anegdocie jest cała Polska. Ostatnio też mieliśmy problem. Jeden z radnych napisał interpelacje do prezydenta miasta o to, że na spektaklu pojawia się młodzież. No dość absurdalne. Młodzież w teatrze? Ja rozumiem, że pan radny ugrywa swój kapitał polityczny na patriotyzmie i katolicyzmie, ale z drugiej strony te metody są dość mętne.

A nie boisz się oskarżeń o rujnowanie wizerunku Polski?

- Nie wiem. Kącki miał faktycznie duże problemy z tym. Nasza wizja przedstawia nasze emocje i myślenie, poczucie moralne i etyczne oraz niezgodę na wybrane zachowania. Ja nigdy też nie mówiłem, że moje spektakle są obiektywne i oparte wyłącznie na faktach. Nie na tym do końca polega teatr. To czy ktoś zostanie dotknięty jakimś dziełem czy to w formie spektaklu, filmu czy książki według mnie często jest przypadkiem i konsekwencją szumu medialnego. "Golgota Picnic" obiła się szerokim echem. Kto jest wie o tym, że w tym czasie w pozostałych teatrach były o wiele bardziej odważne sztuki? Skąd protestujący mają to wiedzieć? To ludzie, którzy raczej nie chodzą do teatru. Wystarczy, że ksiądz z ambony lub ktoś z rady miasta czy wsi powie, że trzeba protestować, to oni idą, jakby mieli do wykonania misję.

Białystok teoretycznie to najbardziej wielokulturowe miasto. Wg rankingu "The Guardian" jest jednocześnie najlepszym do zamieszkania miastem w Polsce. Rzeczywistość wydaje się jednak inna. Czy to nie paradoks?

- Ta wielokulturowość to wymysł medialny. Oczywiście miasto ma piękną historię, jednak realia temu zaprzeczają. Cały czas historia pisze się na naszych oczach. W spektaklu poruszamy wątek Centrum Ludwika Zamenhofa. Dziś jest ono zamknięte. Dlaczego? Wystarczy wejść na profil jednego z polityków PiS, który cieszy się z tego powodu, wypisując że wreszcie z lewactwem i żydostwem koniec. W sztuce posiłkujemy się też tekstami innego polityka Adama Andruszkiewicza, który jest narodowcem. Nie musieliśmy nic dodawać, ponieważ one same w sobie są szokujące.

Mówiąc o narodowcach, kogo masz na myśli?

- Ludzi, którzy odwołując się do tradycji patriotycznych, działają na emocje innych ludzi w imię jakiś ideologii. Pod płaszczykiem prawdziwych wartości państwowych mogą bezkarnie namawiać do rasizmu, nazizmu i faszyzmu.

Czy w Polsce w ostatnim czasie nie ma miejsca na tolerancję i wielokulturowość?

- To jest właśnie niesamowite, ale jest go coraz mniej i robi się ciaśniej. Mnie się wydaje, że to jest efekt kultu militaryzmu i wojskowości, który przez niektórych jest źle rozumiany jako dominacja i przemoc, a przecież nie o to w tym chodzi.  Potem właśnie jakiś młody mężczyzna w koszulce z godłem, który nie rozumie idei wojska, dręczy ludzi innych narodowości. Ale to nie jego wina, jeśli w szkołach pojawiają się na apelach narodowcy. Niedawno też była głośna sprawa o tym, że rządząca partia udostępniła swoje lokale. Wydaje się, że dzisiejszy system daje narodowcom coraz większe pole do działania.

W dniu waszej premiery, gdy ONR organizował protest. Politechnika Białostocka wystosowała więc list do zagranicznych studentów z prośbą o niewychodzenie z akademików dla własnego bezpieczeństwa. Chyba nie tak ma wyglądać działanie władzy.

- I to jest przykład tego, że władza nie działa, że się chowa. A to przecież do niej należy ten krok. Jest szereg praw i kodeksów, które trzeba poprawić. Poprzednia władza odwoływała się do liberalnej wolności, dzisiejsza do patriotyzmu i zranionej dumy, ale żadna nie potrafiła poradzić sobie z czołowymi problemami.

Skąd bierze się ta niechęć do innych?

- To jest syndrom kozła ofiarnego. Dlaczego chłopi w Jedwabnem mordowali Żydów? Bo wreszcie poczuli, że nie są ostatnimi w hierarchii. Nie byli już najbiedniejsi i najgorsi. Mogli całą swoją nienawiść i lata upokorzeń zrzucić na kogoś innego. Według mnie ludzie generalnie są nieszczęśliwi, niespełnieni, za mało zarabiają, mają poczucie niesprawiedliwości patrząc np. na polityków. Kiedyś byli to Żydzi, dziś to jest ten biedny imigrant, który dobija się do nas.

Da się zwalczyć tę wrogość?

- W tym pokoleniu chyba nie. Ja już w to nie wierzę. Mnie się zawsze wydawało, że dla człowieka największą wartością jest wolność, która nie ogranicza innych. Wolność słowa, wolność poglądów. To co pozwala nam na spokojne życie. Ostatnio jednak mam wrażenie, że priorytetem jest narodowa godność, honor, wspólnota danego kraju, która nie dopuszcza do siebie innych. Może właśnie niektórym bezgraniczna wolność wydaje się bezkarna pod warunkiem, że dotyczy tylko niego.

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy