Reklama

Reklama

SHOW - magazyn o gwiazdach

Katarzyna Dowbor: Samotność mnie nie dotyczy

​Gdy ktoś jej wytknie brak męża, potrafi się odgryźć. Nam tłumaczy, dlaczego nie potrzebuje faceta u boku i niczego nie żałuje oraz po co spisała testament.

Justyna Kasprzak, SHOW: Co panią łączy ze Scarlett O’Harą?

Katarzyna Dowbor: Obie hołdujemy powiedzonku: "Jutro też jest dzień". Myślę, że my, Polacy, za bardzo się przejmujemy tym, co nas spotkało, co się wydarzyło, jak nas ktoś potraktował. Moim zdaniem, czasami nie warto się stresować i pochylać nad rzeczami, na które i tak nie mamy wpływu, tylko sobie powiedzieć: "Jutro też jest dzień!". Uwielbiam poranki, bo często właśnie wtedy okazuje się, że sprawa, która jeszcze wieczorem wydawała się nie do rozwiązania, jest zwykłą błahostką. 

Reklama

Wydała pani właśnie książkę, w której m.in. rozprawia się z przeszłością. 

- Nie wstydzę się swojej przeszłości bez względu na to, co kto uważa. Nie zrobiłam niczego, co by było naganne, niczego też nie ukrywam i nigdy nie kłamię. To ważne, bo zatajanie prawdy to trzymanie trupa w szafie. Dla naszego zdrowia psychicznego lepiej tego nie robić. Dzięki temu śpię spokojnie, a rano budzę się i wiem, że nikt mi niczego nie wyciągnie. 

Pisze pani o fiasku pierwszego małżeństwa i potyczkach z teściową. 

- Mam nadzieję, że czytając to, niejedna kobieta się zastanowi. Uważam, że moja była teściowa jest bardzo porządnym człowiekiem i prawdopodobnie w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego, jak ja odbieram jej przesadną opiekę nad nami - wówczas młodym małżeństwem. Dla niej to było normalne, że traktowała mnie jak kolejne dziecko, a ja się czułam stłamszona, bo chciałam się wykazać jako żona. To ja chciałam robić mężowi śniadania i pyszne ciasto, a nie mieć wszystko podane na tacy. Jestem teściową, która się nie wtrąca, a podczas kłótni nigdy nie staję murem za synkiem, bo wiem, że nikt nie jest święty. Trzeba być wsparciem, ale nie można być ślepo wpatrzonym w swoją latorośl. Bardzo bym chciała, by moja książka była trochę przewodnikiem po naszym skomplikowanym życiu. 

Porusza pani problem relacji po rozwodzie, kwestii dogadania się w sprawie wychowania dziecka. Dla wielu to bardzo trudne. 

- Niestety bywa tak, że młodzi ludzie nie zastanawiają się, jaki wpływ na dziecko mają ich kłótnie i walki sądowe. Nie myślą o tym, bo ważniejsze w danym momencie są ich emocje i rozgrywki. W późniejszym wieku mamy już większą świadomość i inaczej podchodzimy do wielu spraw, nie dając się ponieść emocjom. Swoje w życiu przeszłam i jeśli o czymś piszę, to dlatego, że tego doświadczyłam. Na pewno nie piszę o sprawach, na których się nie znam. 

Wypowiada się pani na temat wychowania seksualnego dzieci. 

- Jako pedagog-seksuolog z przerażeniem patrzę na to, co się dzieje w naszym kraju. Jak się ośmiesza i wyszydza wychowanie do życia w rodzinie, jaki cyrk się z tego robi. Kiedy słyszę: "A po co z dziećmi o tym rozmawiać?", odpowiadam: "A skąd się biorą dzieci? Z kapusty?". Seks jest obecny w naszym życiu! Jest rzeczą dobrą, bo dzięki niemu są dzieci. Państwo marzy, żeby ich było tak dużo, a rozmawiać o tym, skąd się biorą, już nie chce. Kiedy dziecko pyta o rzeczy związane z seksualnością, a matka odpowiada: "Nie garb się", popełnia ogromny błąd. Nie dając mu szansy dowiedzenia się o tych sprawach w kulturalny sposób, odsyła go do internetu albo na ulicę. A tam informacje są skażone, wypaczone. Z obojgiem dzieci na ten temat rozmawiałam. Bo jestem zdania, że dziecko przygotowane, któremu się tłumaczy pewne rzeczy w normalny sposób, podchodzi do tego wszystkiego bez większej ekscytacji. Dlatego tak bardzo ważne jest, żeby rozmawiać.

Jak sobie poradzić, gdy dziecko nas przyłapie na seksie? 

- Pod żadnym pozorem nie krzyczeć i nie histeryzować. Taka nerwowa reakcja sprawia, że mały człowiek ma traumę. Myśli, że coś złego zrobił. I ten temat staje się problematyczny. Szerzej o tym, jak sobie w takich sytuacjach radzić, piszę w mojej książce. 

Ostatnio zaproponowała pani, by babcie spisały ze swoimi dziećmi umowę i nie dały się wmanewrować w niańczenie wnuków. 

- Oczywiście z tą umową to był żart, ale warto czasem uświadomić młodych rodziców, że jeśli chcieli mieć dzieci, to powinni je wychowywać. Babcie są bardzo potrzebne, ale nie mogą zrobić całej roboty za rodziców. Owszem, wolałabym mieć więcej czasu dla Janki i Heleny, ale jestem babcią pracującą. Moja synowa i syn rozumieją, że pracuję i nawet gdy mam wolny dzień, mogę być zmęczona. Nie rzucę wszystkiego, żeby oni mogli wyjść wieczorem. Zresztą oni wcale tego ode mnie nie wymagają. Moja synowa nie uważa, że mam obowiązek zajmować się jej dziećmi i bardzo jestem jej za to wdzięczna. Regularnie zabieram wnuczkę na narty, co obie uwielbiamy i to są zawsze super wyjazdy, bo nie wynikają z obowiązku, tylko szczerej chęci. Gdyby babcie były mniej wykorzystywane, byłyby pogodniejsze i weselsze, a czas z wnukiem byłby dla nich przyjemnością, a nie obowiązkiem, do którego zostały przymuszone. Potrzebna jest zmiana mentalności zarówno młodych mam, jak i babć, bo każdy ma swoje życie i trzeba to szanować. 

"Dom nie zawsze był w moim życiu na pierwszym miejscu", mawia pani. Odważne wyznanie w naszym kraju.

- Jest taki czas w życiu każdego młodego człowieka, że marzy o spełnieniu zawodowym, o karierze, wielkich czynach. Nie można za to piętnować, ale trzeba dać czas na refleksję. Ja taki czas dostałam i już wiem, że w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze, i na pewno tą najważniejszą jest ciepły, pełen miłości dom. Ale dom to nie są cztery ściany tylko ludzie i zwierzęta, które w nim zamieszkują. 

>>> Czy Katarzyna Dowbor wydziedziczyła dzieci? Czytaj na następnej stronie <<<

Kiedyś wyznała pani, że nie przywiązuje się do domów. Mało tego, radziła pani, by się po kolejnym życiowym etapie przeprowadzać. 

- Przywiązuję się do ludzi i zwierząt, nie do budynku. Uważam, że nie możemy być niewolnikami swoich domów. Koleżanka mamy przez 20 lat budowała z mężem piękny dom. I tuż po jego skończeniu została w nim sama, bo jej mąż nagle zmarł. Nie miała pieniędzy, a jednak nie chciała go sprzedać. A przecież dom to tylko mury, ściany. Tak, wypełnione pamiątkami, ale przecież te pamiątki możemy zabrać ze sobą. Mieszkałam już w siedmiu albo ośmiu domach. Obecny uwielbiam, bo jest dokładnie taki, jak sobie wymarzyłam, ale gdyby się okazało, że mnie na niego nie stać, że utrzymanie go pochłania wszystkie moje pieniądze, to bym się go bez żalu pozbyła. Bo to ja jestem ważna, to ja tworzę mój dom. Dom to my.

Wydarzenia które panią ukształtowały? 

- Dzieciństwo - w sumie szczęśliwe, mimo że w domu się nie przelewało, bo cały majątek mamy został zniszczony w czasie wojny. Rodzice, pracując na państwowych posadach, musieli się wszystkiego dorobić, od garnka po meble. I jakimś cudem wyjeżdżaliśmy na wakacje, a my, dzieci, nie odczuwaliśmy, że nie jesteśmy dobrze sytuowani. Byliśmy taką 4-osobową pogodną rodziną i myślę, że taki dom bardzo kształtuje. Moja mama nigdy nie narzekała, choć miała podstawy. Sądzę, że tego się od niej nauczyłam. 

Uważa pani, że tragiczne wydarzenia są po coś? 

- Po to, żeby drugi raz nie popełnić tego samego błędu. Staram się tego trzymać. Jednocześnie, gdy wspominam dzieciństwo i młodość, czy pierwsze małżeństwo, to staram się pamiętać tylko rzeczy pozytywne, fajne. To dobra cecha, polecam. Nie jestem pamiętliwa. Na planie się śmieją, że nawet jak się o coś zezłoszczę, to po chwili i tak zapominam o co. (śmiech) 

Jest pani kowalem własnego losu? 

- Myślę, że w 80 procentach. Oczywiście mogłam pewne decyzje podjąć inaczej, ale zrobiłam, jak zrobiłam. Raz mogłam wybrać lepiej, raz gorzej, ale nie żałuję i nie rozpamiętuję. Człowiek ma siłę decyzyjności i nie powinien wszystkiego zwalać na los, albo na to, że tak wyszło, tylko pamiętać, że to on podejmuje decyzję i to on ponosi jej konsekwencje. 

Życiowe błędy? 

- Było ich bardzo wiele, ale ich nie pamiętam (śmiech). One zawsze uczą i fajnie wyciągać z nich wnioski. 

Ostatnio było głośno o pani... testamencie. Maciek wrzucił na Instagram zabawny wpis, w którym żali się, że w przyszłości "sierściuchy" przejmą całą schedę po pani. 

- Uśmiałam się i bardzo ucieszyłam, że moje dzieci podeszły do tego z takim humorem. Zaczęło się od bzdurnego tytułu, który opublikował jeden z dzienników - napisali, że cały majątek zapisałam psom i kotom, a dzieci wydziedziczyłam. Tymczasem prawda jest taka, że faktycznie sporządziłam testament. I moich spadkobierców, czyli moje dzieci, zobowiązałam do tego, by po mojej śmierci zajęli się moimi zwierzętami. Zrobiłam to, gdy przeczytałam o mężczyźnie, który miał ukochanego psa. Po jego śmierci dzieci szybko sprzedały jego dom, a psiaka oddały do schroniska. Postanowiłam zabezpieczyć moje zwierzęta przed taką sytuacją. Napisałam więc komu który zwierzak przypadnie z zastrzeżeniem, że jeśli moje dzieci je oddadzą, to mają płacić za karmę i opłacić pobyt koni w pensjonacie. Będą miały z czego. 

To chyba trudny temat do rozmowy? 

- Boimy się, że rozmawiając o śmierci, zapeszymy. Spisałam testament, ale nigdzie się nie wybieram. Mój ojciec też tak zrobił, spisał testament wiele lat przed śmiercią. Nie było sprawy spadkowej, wszystko było podzielone, nie kłóciliśmy się z bratem o pieniądze. Ileż mniej problemów by było, gdyby wszyscy tak postępowali? Tymczasem wciąż się słyszy o rodzeństwie, które po śmierci rodziców kłóci się o spadek i na lata zrywa kontakty. 

Często powtarza pani, że ważna jest dla pani przyjaźń. 

- W środowisku show-biznesowym nie mam przyjaciół, mam lepszych lub gorszych znajomych. Patrzę czasem na te celebryckie imprezy i widzę obfotografowane urodziny z pełną salą osób z pierwszych stron gazet. Zastanawiam się wtedy, czy te relacje na pewno są prawdziwe, czy faktycznie gdyby ktoś z nich miał problem, to te gwiazdy wszystko by rzuciły, żeby mu pomóc? Szczerze wątpię. Mam sporą grupę przyjaciół, których poznałam przez moją przyjaciółkę. Mieszkamy w tej samej miejscowości, ona się tam wychowała, ma więc kolegów z klasy, z harcerstwa, z podwórka. Ja weszłam w tę grupę i bardzo się z nią zżyłam. Stanowi ją kilkadziesiąt osób, z którymi razem jeździmy na wakacje, spędzamy urlopy i święta. W sobotę wielkanocną, zanim się rozjedziemy do swoich rodzin, jemy uroczyste śniadanie w domu jednej z dziewczyn. Spotykamy się też w Boże Narodzenie, legendarne są nasze letnie imprezy. To grupa ludzi spoza mojej branży, którzy są sobie nawzajem bardzo oddani. Wiem, że gdybym do któregokolwiek zadzwoniła w środku nocy, pośpieszyliby z pomocą. I jeszcze jedno - wszyscy mają w nosie, że pracuję w telewizji. 

Co z pani zdrowiem? Jak się pani dziś czuje? 

- Dużo lepiej. Po 50. faktycznie moje zdrowie się posypało, a wszystkiemu winna tarczyca. Ona zarządza wieloma funkcjami i u mnie się to zarządzanie popsuło. Dziś już nie mam tarczycy, została wycięta. Myślę, że można było to zrobić dużo wcześniej. Miałam bardzo poważną formę choroby, bo przechodziła z nadczynności w niedoczynność. Dostałam sterydy, doszły problemy ze wzrokiem. Teraz jest dobrze, wciąż ustawiamy hormony i mam nadzieję, że się poukłada. Wszystkim wokół powtarzam, że trzeba robić badania, walczyć. Bo dziś, po tym wszystkim, co przeszłam, stałam się taką specjalistką od tarczycy, że nawet uczestniczki programów diagnozuję i odsyłam na badania. Prawie nigdy się nie mylę! Trzeba się badać, bo to często ratuje zdrowie. 

Podobno nie znosi pani słowa "samotność". 

- Nie cierpię go, zdecydowanie wolę "samodzielność". Nie rozumiem tej presji, by kobieta koniecznie musiała być w związku. Szanujemy kobietę tylko dlatego, że jest przy niej jakiś facet - przecież to jakaś bzdura! Szanujmy ją za to, jaka jest, co umie, do czego doszła, jakie rzeczy osiągnęła, a nie za to, że ma męża. Jak lubi, to niech ma. Znajoma kiedyś mi powiedziała: "Ty to jesteś taka samotna". Odpowiedziałam, że samotny jest ktoś, kto nie ma dzieci, zwierząt i przyjaciół, a ja to wszystko mam, bo jestem samodzielna. Ona na to: "No tak, ale bez męża", więc się odgryzłam: "Twojego to bym nie chciała nawet, jakby mi dopłacali". I tak ten temat mam z głowy. (śmiech) 

Justyna Kasprzak

Zobacz także:

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama