Spis treści:
- Szkolne centrum dowodzenia
- Koszyk, do którego trafia wszystko
- Nauczyciele też mają dość
- Nie każde zaglądnięcie jest "kontrolą"
- Co na to uczniowie?
- Między troską a kontrolą
Szkolne centrum dowodzenia
Wraz z rozwojem informatycznym szkół pojawiły się e-dzienniki. Tradycyjny papierowy dziennik zaczęto zastępować systemem, który pozwala nauczycielom szybciej wpisywać oceny i frekwencję, a rodzicom i uczniom na bieżąco śledzić postępy w nauce. Rozporządzenie MEN z 29 sierpnia 2014 r. dopuściło prowadzenie dzienników wyłącznie elektronicznie, za zgodą odpowiednich władz szkoły. Choć e-dziennik nie został w Polsce wprowadzony jako obowiązkowy dla wszystkich szkół, zdecydowana większość płynnie i dość szybko przeszła na tę formę komunikacji pomiędzy szkołą, a rodzicami i uczniami.
Obecnie MEN, we współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji, pracuje nad stworzeniem bezpłatnego, państwowego e-Dziennika. W roku szkolnym 2026/2027 ma on być testowany w wybranych szkołach w ramach pilotażu, natomiast od roku szkolnego 2027/2028 ma zostać udostępniony wszystkim zainteresowanym szkołom. System ma być zintegrowany z Systemem Informacji Oświatowej, a rodzice, nauczyciele i uczniowie mają mieć możliwość korzystania z niego m.in. za pośrednictwem aplikacji mObywatel i mObywatel Junior.
Jeśli chodzi o sposób korzystania z Librusa czy Vulcana, rodzice dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy logują się codziennie lub co kilka dni do systemu poprzez przeglądarkę i zbiorczo sprawdzają oceny, frekwencję, ogłoszenia i ewentualne zmiany w planie. Drudzy, za opłatą kilkudziesięciu złotych, śledzą wszelkie zmiany w aplikacji na bieżąco, otrzymując powiadomienia w czasie rzeczywistym, tzn. gdy nauczyciel wpisuje ocenę, uwagę czy wiadomość - rodzic wie o tym natychmiast. I tu pojawiają się wątpliwości i kolejny podział. Padają pytania o prywatność dziecka, przesadną inwigilację młodego człowieka, zarzuty o odbieranie mu sprawczości i odpowiedzialności, porównania z czasami "przedlibrusowymi", pojawiają się głosy mówiące o przeciążaniu mentalnym uczniów i rodziców.
Koszyk, do którego trafia wszystko

Nauczycielska potrzeba dzielenia się z rodzicami wszystkim, bez sortowania wagi zdarzeń to główny zarzut dot. funkcjonowania e-dzienników według Małgorzaty, mamy ucznia 3 klasy szkoły podstawowej z Krakowa. - Kiedy byłam dzieckiem, w szkole były wywiadówki, jeśli ktoś sprawiał szczególne problemy, rodzice byli wzywani do szkoły. A teraz komunikaty o drobnych "przewinach" potrafią wpadać codziennie. Szczególnie w klasach 1-3. To jest męczące, bo drobne problemy szkolne typu "Mareczek porysował koleżance jej pracę" powinny być rozwiązywane w szkole, na lekcji. Jako rodzic nie lubię być angażowana w takie sytuacje, bo nie uważam, że jestem tu stroną. Nie postrzegam tego jako neutralnej chęci poinformowania mnie o zdarzeniu, tylko dorosłą formę donosicielstwa na dziecko i przerzucanie pracy wychowawcy na rodzica. Żeby była jasność: duży kaliber lub coś, co nagminnie się powtarza-jasne. Ale "na boisku wspinał się po zjeżdżalni", "kręcili się za ręce z kolegą i nie reagowali na polecenie"? Nie, no nie - mówi kobieta.
Psycholog Anna Frołowicz w często wysyłanych wiadomościach dotyczących zachowania dziecka w szkole widzi pewne ryzyko, które dotyczy zarówno dzieci jak i rodziców. - Kiedy każda taka rzecz trafia do e-dziennika, rodzic zostaje trochę z dylematem: skoro dostałam wiadomość, to powinnam jeszcze o tym porozmawiać? A jeśli nic nie zrobię, to czy właśnie zignorowałam coś ważnego? I w ten sposób sytuacja, która wydarzyła się rano i właściwie już się zakończyła, wieczorem dostaje drugie życie w domu. Jeśli takich wiadomości jest dużo, może się też okazać, że całkiem sporą część naszych rozmów z dzieckiem zajmuje to, co znowu zrobiło nie tak - zaznacza. Specjalistka radzi, by zawsze po odczytaniu tego typu wiadomości zwrócić się do dziecka. - Nie chodzi o zakładanie, że nauczyciel nie ma racji. Po prostu jego wiadomość jest jedną perspektywą, a dziecko też powinno mieć możliwość opowiedzenia swojej - mówi.

Nauczyciele też mają dość
Wad e-dzienników jest więcej i to nie tylko w opinii rodziców. Nauczyciele także skarżą się na podobny zalew informacji, ale od nadgorliwych rodziców. - Na pierwszym zebraniu wychowawczyni od razu z ulgą zaznaczyła, że cieszy się, że wchodzą nowe regulacje i po godz. 16:00 nie będą jej przychodzić żadne wiadomości od rodziców. Stwierdziła, że ona też ma swoje życie, a rodzice ze swoją ułańską fantazją potrafią wypisywać nawet po 22 lub w weekendy z "pierdołami" typu "kiedy poprawa sprawdzianu" albo informacja o tym, że dziecko coś zgubiło. Ja się z nią zgadzam, pod warunkiem, że rodzice też będą mieli możliwość odpocząć od dręczącego pikania gdy wieczorami nauczyciele dokonują zmian w planie i wpisują zastępstwa. Oszaleć można - mówi z kolei Katarzyna, mama 6-klasistki z Poznania.
Jednak uporczywe powiadomienia to tylko wierzchołek góry lodowej. Olga Legosz, prowadząca na Instagramie popularne konto parentingowe @nomadmum81, które obserwuje ponad 200 tys. osób, opublikowała niedawno post dotyczący tematu e-dzienników, w którym przeniosła system powiadomień na świat dorosłych. "Wyobraźcie sobie sytuacje z pracy i że macie taki system rodzinny. Wasza matka dowiaduje się, czy dostaniecie premie zanim sami się o tym dowiecie i już do Was wydzwania z komentarzem. Wasz mąż wie o każdym spóźnieniu i czyta: <Po przerwie lunchowej Basia zbyt długo rozmawiała z Waldkiem z logistyki>. O każdym Waszym niepowodzeniu informowana jest cała rodzina" - wymienia w poście zilustrowanym zdjęciem plecaka szkolnego. "Nie jest normalne, że siedzisz z rodziną w niedzielę i jest miło i nagle wpada jedynka z matmy, bo nauczyciel właśnie wstawił i robi się syfna atmosfera" - pisze Olga na kolejnym slajdzie instagramowym. Jest całkowicie przeciwna e-dziennikom jako źródle ciągłego stresu i uwiązania a przy okazji kontroli. "Ja protestuję. Chcę, żeby moje dziecko o pracy domowej dowiadywało się w szkole, a jak zapomni, to trudno. To nauka zarządzania swoją kuwetą" - podsumowuje.
Anna Frołowicz ma mieszane odczucia w związku z porównaniami sytuacji dzieci na życie dorosłych. - Nie powiedziałabym, że to do końca adekwatne. Jako rodzice odpowiadamy za dzieci i to jest ważna różnica, szczególnie kiedy są młodsze. Nie możemy więc po prostu przełożyć relacji dorosły - dorosły na relację rodzic - dziecko. Ale mimo tego przejaskrawienia to porównanie może być pomocne, bo pozwala nam choć trochę poczuć, jak taka kontrola może wyglądać z perspektywy dziecka. Nie jako dowód na to, że rodzic nie powinien mieć dostępu do informacji, tylko jako sposób na zobaczenie drugiej strony: jak to jest wiedzieć, że ktoś dorosły może niemal na bieżąco śledzić nasze potknięcia, oceny czy spóźnienia. Myślę, że pod tym względem to porównanie może dać rodzicom do myślenia - zauważa ekspertka.
Nie każde zaglądnięcie jest "kontrolą"

Choć głosy krytyki odbijają się szerokim echem, nie brakuje także rodziców, którzy bez Librusa nie wyobrażają sobie funkcjonowania. Ewa, której syn uczęszcza do jednej z zielonogórskich podstawówek, uważa, że to narzędzie wspomagające dzieci takie, jak jej. - Leon jest roztrzepany. Zapominalski. Nie tylko w szkole, on notorycznie wychodząc z domu zapomina kluczy czy telefonu. Jest już w 4 klasie i jest o niebo lepiej, ale w klasach początkowych to był koszmar. On nie pamiętał absolutnie o żadnej bibule, którą trzeba przynieść, o żadnej opłacie za teatr, ba, ciągle zostawiał worek ze strojem na w-f w szatni. Dzięki wiadomościom i ogłoszeniom na Librusie mogłam nie dopuścić, by dziecko z powodu zwyczajnego roztargnienia miało być poszkodowane. Leon jest samodzielny, pakuje się, sprząta, przygotowuje, odrabia i uczy na sprawdziany, ale wszystkich tych pobocznych tematów nie ogarniał. Wieszanie psów na e-dziennikach jest zdecydowanie na wyrost - twierdzi 42-latka.
Według psycholożki kluczem jest dopasowanie do etapu rozwoju dziecka. - Dzieci naprawdę są różne. Jedno w tym wieku samo ogarnia plecak, sprawdziany i pięć rzeczy do przyniesienia następnego dnia, a drugie świetnie radzi sobie z wieloma rzeczami, ale akurat organizacja kompletnie mu nie wychodzi. Znaczenie ma wiek i etap rozwoju, ale też temperament, konkretne możliwości dziecka czy neuroróżnorodność. Dla dziecka z ADHD pamiętanie o bibule na plastykę, stroju na WF i zgodzie na wycieczkę może być naprawdę dużo trudniejsze niż dla jego kolegi z tej samej klasy - zaznacza. I dodaje, że zbytnie uogólnienie złożoności sytuacji nie przyniesie nic dobrego.
- Samo sprawdzanie e-dziennika przez rodzica nie oznacza dla mnie od razu nadopiekuńczości. Bardziej patrzyłabym na to, czy pomagamy tam, gdzie dziecko tej pomocy rzeczywiście potrzebuje, i czy potrafimy się stopniowo wycofywać tam, gdzie już radzi sobie samo. To wsparcie nie musi przecież wyglądać tak samo w pierwszej, czwartej i ósmej klasie - mówi Anna Frołowicz.
Co na to uczniowie?

Główni zainteresowani, czyli uczniowie rzadko brani są pod uwagę w dyskusji. A przecież oni także instalują na swoich telefonach e-dzienniki. W teorii mają dzięki temu rozeznanie w wynikach w nauce, postępach i terminach. Wiedzą o wycieczkach szkolnych, zmianach w planie, zastępstwach.
- Pod tym względem to jest spoko. Jak byłam młodsza, czasem prosiłam mamę, żeby pokazała mi moje oceny, bo nie wiedziałam jak wyglądają zbiorczo. Teraz już sama to śledzę, mogę wyliczyć średnią, zaznaczyć kiedy jest poprawa sprawdzianu albo kiedy jest wolne. Uważam, że od 8 klasy wzwyż e-dzienniki nie powinny już być dla rodziców, tylko właśnie dla uczniów i nauczycieli. My jesteśmy już na tyle ogarnięci, że naprawdę mieszanie w to rodziców to przesada. Gdy coś się dzieje, przecież nauczyciel może zadzwonić po rodzica i wezwać go na spotkanie. Nie tylko ja czuję się kontrolowana. Jak słucham i czytam jak to się kiedyś wagarowało to ja nie umiem sobie tego wyobrazić. W momencie wstawienia nieobecności mama zaraz by dzwoniła i miałabym przechlapane. A czy dorośli nie wspominają takich ucieczek jako miłych? Czemu nam to się odbiera? - pyta uczennica 8 klasy, Amelia.
Anna Frołowicz jest ostrożna w ocenie pomysłu uczennicy. - Nie ustalałabym jednej granicy typu: od ósmej klasy rodzic nie powinien już mieć dostępu do e-dziennika. Sam fakt, że mam dostęp, nie oznacza przecież, że muszę zamienić się w centrum monitoringu i reagować pięć minut po pojawieniu się każdej oceny czy nieobecności - twierdzi psycholożka.
Między troską a kontrolą

Z pewnością odkąd pojawiły się w większości szkół, e-dzienniki mocno ograniczyły sytuacje, w których uczeń o 22:00 przypomina sobie, że na rano potrzebuje siatki kasztanów i domku zbudowanego z zapałek. Ułatwiły codzienne funkcjonowanie, dały rodzicom większy dostęp do informacji, a nauczycielom szybki kanał kontaktu z domem. Jednocześnie skróciły dystans pomiędzy szkołą a rodzicami. Z kilku spotkań w roku na zebraniach powstała płynna, niemal całodobowa "infolinia" obejmująca nie tylko oceny i frekwencję, ale coraz częściej także zachowanie, postępy i drobne sytuacje z codziennego życia ucznia.
Dziś trudno wyobrazić sobie szkołę bez tego cyfrowego dodatku. Pytanie tylko, czy wraz z możliwością sprawdzania wszystkiego i natychmiastowego reagowania rodzice nie odbierają nieświadomie czegoś, co może być niewygodne, ale niezbędne w procesie dorastania: prawa do popełnienia błędu i możliwości samodzielnego rozwiązania problemu. A także budowania zaufania. - Brakuje tutaj jednego bardzo prostego rozwiązania: zapytania samego dziecka. Jak się czuje z tym, że sprawdzamy e-dziennik? Co odbiera jako pomoc, a co już jako kontrolę? Z czym chce sobie radzić samo, a gdzie nadal chciałoby mieć nasze wsparcie? Skoro rozmawiamy o jego samodzielności i prywatności, to jego zdanie powinno być w tej rozmowie naprawdę ważne. Granica może być zupełnie inna dla dwóch dzieci w tym samym wieku - podsumowuje Anna Frołowicz.












