Katarzyna Pruszkowska, Interia: Na kilka dni przed zakończeniem roku szkolnego zaczęłam baczniej obserwować rozmaite rodzicielskie grupy, do których należę. Z lektury wpisów wynika, że w niektórych domach wręczanie świadectw to "dzień jak co dzień", w innych - powód do świętowania zakończenia kolejnego etapu edukacji, bez względu na stopnie. Ale były i wpisy sugerujące, że przynajmniej niektóre dzieci usłyszą odwieczne: a co dostała Ania? A dlaczego "tylko" czwórka? Jak może wpłynąć na dzieci takie porównywanie do rówieśników?
Aleksandra Piotrowska: - Myślę, że efekty mogą być dokładnie przeciwne do tych, których oczekują dorośli. Sięgają po porównania, bo wierzą, że dzięki temu dzieci zmobilizują się do nauki i zaczną dążyć do tego, by osiągać coraz lepsze wyniki. Jednak tak naprawdę rodzice tylko utwierdzają dzieci w przeświadczeniu, że są gorsze od innych, czegoś nie potrafią, są pozbawione jakiegoś talentu. Mało tego, mogą zacząć darzyć niechęcią, i to bardzo głęboką, tych, którzy w porównaniu z nimi wypadają lepiej - nawet, jeśli wcześniej byli serdecznymi przyjaciółmi. Z psychologicznego punktu widzenia porównania nie mają absolutnie żadnych zalet.
W takim razie skąd wzięło się przekonanie, ciągle przecież żywe, że porównywanie jest dobrą i skuteczną metodą wychowawczą?
- Jednym z powodów jest nadzieja - nadzieja na to, że jeśli pokażemy dziecku, że komuś idzie lepiej, ono będzie chciało osiągać takie same, albo nawet lepsze wyniki. Jednak takie myślenie opiera się na przekonaniu, że każdy z nas lubi rywalizację, ustawianie się na tej metaforycznej linii startu i branie udziału w wyścigu o to czy tamto. Kłopot w tym, że to nieprawda. Są osoby, zarówno dzieci, jak i dorośli, które rywalizacji wprost nie znoszą. I jeśli ktoś ma takie właśnie dziecko, a bezrefleksyjnie sięga po metody, które nie pasują do jego charakteru, nic nie osiągnie.
- Wielu rodzicom pogodzenie się z tym, że ich prawdziwe dziecko różni się od tego wyobrażonego, a więc idealnego, naprawdę przychodzi z trudem. Szczególnie często obserwuję to u ludzi, którzy sami w dzieciństwie doświadczali oceniania i wartościowania, a porównywane do innych, zawsze wypadały gorzej, jako słabsze, wolniejsze. W dorosłości, za sprawą mechanizmu kompensacji, oczekują, że ich dziecko osiągnie więcej - będzie lepsze od dziecka szwagra, sąsiadki, koleżanki z pracy. Pół biedy, jeśli trafi na dzieci, które mają mocny układ nerwowy i postępowanie rodziców nie zaburzy ich rozwoju. Jednak nie oszukujmy się - takich mocarzy to na świecie zbyt wielu nie ma.
Czyli ten czerwony pasek na świadectwie dziecka może być dla rodzica cenny, bo "wreszcie" coś mu się udało?
- To jeden z powodów, bo nie można wytłumaczyć, nawet z pozoru do siebie podobnych, rodzicielskich zachowań i motywacji za pomocą jednego czynnika. Przypuszczam jednak, że u wielu rodziców, którzy chwalą się osiągnięciami swoich dzieci, mamy do czynienia z podobnym przeświadczeniem, mianowicie: moje dziecko świadczy o tym, jakim jestem rodzicem, a jego zdolności i osiągnięcia - o moim zaangażowaniu wychowywanie. To dość naturalne, że chcemy prezentować się dobrze w oczach innych osób, ale nie kosztem naszego dziecka, udowadniania, że jest lepsze od innych dzieci, bo ma na świadectwie czerwony pasek.
Myślę, że to przekonanie może być, przynajmniej czasami, wzmacniane przez otoczenie. Znajoma opowiadała mi, że kiedy jej synowi nie szła nauka pisania, wychowawczyni skomentowała: no widać, że nie poświęca pani dziecku czasu. Stąd nietrudno o wniosek: muszę być złą matką, skoro moje dziecko stawia w zeszycie kulfony.
- Och, mówi pani o czymś, czego w polskiej szkole wprost nie znoszę. Mianowicie nie rozumiem, dlaczego w ogóle włącza się rodziców w kwestie, które powinny dotyczyć tylko nauczyciela i dziecka? Rodzice mają inne zadania wychowawcze, np. uczenie współżycia w rodzinie, wykonywania obowiązków domowych. Ale na litość boską, nie siedzenie godzinami z dzieckiem, bo ono krzywo stawia literki! Nauka pisania, czytania czy potem zdobywania wiedzy z konkretnych przedmiotów powinna odbywać się w szkole, pod okiem odpowiedzialnego za edukację nauczyciela. Jasne, szkoła może współpracować z rodzicami, np. prosić o współudział w organizacji jakiejś szkolnej imprezy czy pikniku, ale nie oczekiwać od rodziców współedukowania dzieci.

Podejrzewam, że w różnych szkołach oczekuje się różnego poziomu zaangażowania rodzica. Jednak przyszło mi do głowy, że tam, gdzie to zaangażowanie jest duże, rodzice mogą chwalić się świadectwem, bo tak naprawdę "zapracowali" na nie na spółkę z dzieckiem.
- Powiem krótko: paranoja. Takie sytuacje naprawdę nie powinny mieć miejsca. Ale wracając do ocen, które potem stają się podstawą do "paska" i dumy rodziców - przecież ocena wcale nie musi oddawać faktycznego stanu wiedzy ucznia ani stopnia wysiłku, który włożył w naukę. Do tego dochodzi jeszcze stopień opanowania rozmaitych kompetencji, który również trudno ocenić. Weźmy taki przykład: mamy dziecko, które nauczyło się wiersza. Ale ponieważ dokucza mu lęk społeczny, boi się oceny innych, wstydzi występowania na forum, wyrecytuje gorzej, może zapomni słów, może się "zatnie". Jaką należy postawić ocenę? Co dokładnie jest oceniane? Czy opanowanie materiału czy jego aktualna prezentacja?
- Naprawdę jest wiele dzieci, u których to, czy będą odpowiadały ustnie, czy pisemnie, zrobi wielką różnicę i w ogromnym stopniu zaważy na ocenie. Ktoś może powiedzieć, że te wszystkie: ale proszę pani, ale ja się uczyłam, powtarzane przez dzieci po nieudanej odpowiedzi, to bajki. Nieprawda - to bywają prawdziwe sytuacje, można opanować cały materiał, ale wrócić do ławki z tróją. Skąd zatem wiele osób nadal uważa, że oceny są obiektywną miarą osiągnięcie dziecka? I żeby była jasność - nie uważam, że powinno się je całkowicie wyeliminować, bo oceny pełnią różne funkcje, w tym bardzo istotną funkcję informacyjną, która pozwala dowiedzieć się, co i w jakim stopniu dziecko opanowało. Ale co tu dużo mówić, nie lubię przywiązywania nadmiernej wagi do ocen.
Poruszyła pani temat, który skojarzył mi się z moimi własnymi wątpliwościami. Dzieci mają bowiem nie tylko inne kompetencje, charaktery, talenty, ale i warunki domowe. Ponieważ sama zawsze chodziłam do wielkich szkół publicznych widziałam, kto po szkole wraca do czystego domu, je obiad i siada do lekcji, a kto idzie na "drugi etat" - do pomocy przy rodzeństwie, w gospodarstwie, a kto nie ma gdzie wrócić i włóczy się po mieście, bo uzależniona mama znowu "poszła w tango".
- Mówiąc precyzyjnie, różnice między dziećmi zaczynają się już na etapie poczęcia. Komuś trafią się tzw. "dobre geny" i wyjściowy poziom zdolności znacznie wyższy, niż przeciętny, a na dodatek często te geny wiążą się z tym, że rodzice potrafili dobrze i dostatnio poukładać sobie życie. A więc dzieciak ma i biologiczną, i środowiskową przewagę nad kolegami, co przecież żadną miarą nie jest jego zasługą. A przecież to wszystko niewiarygodnie wpływa na oceny. Nie chcę przez to oczywiście powiedzieć, że wszystkie dzieci, które wychowywały się w bardzo dobrych warunkach, osiągają dobre wyniki w szkole, bo to oczywiście nieprawda. Raczej to, że na te wszystkie oceny i paski wpływa wiele czynników, często od dziecka zupełnie niezależnych. To nieprawda, że ważne są jedynie starania dziecka.
Załóżmy więc, że dziecko wraca do domu z "przeciętnym" świadectwem, a w rodzicu się gotuje. Czuje złość, wstyd, żal, rozczarowanie. Czuje - ale nie chce pokazać tego dziecku, bo wie, że nie tędy droga. Jak zacząć pracę "nad sobą", która pozwoli nabrać dystansu do szkolnych osiągnięć dzieci?
- Na pewno nie w momencie, kiedy dziecko wraca ze szkoły i pokazuje nam świadectwo. Mądre postępowanie wobec dziecka zaczyna się wcześniej, m.in. od poświęcenia czasu na to, by zastanowić się nad swoimi reakcjami i ich przyczynami. Czasem spotykam osoby, które mówią, że polegają wyłącznie na intuicji i stawiają na spontaniczne reakcje. Jednak ja nie jestem zwolenniczką takiego postępowania, m.in. dlatego, że jest oparte wyłącznie na emocjach, a one bywają zwodnicze. Na przykład mamy dziecko, które poświęciło bardzo dużo czasu i wysiłku, żeby przygotować się do sprawdzianu, a wraca do domu rozczarowane, bo dostało trójkę. A mamie wyrywa się: a nie mogłaś postarać się bardziej? Widzi tu pani jakieś zalety takiej reakcji? Bo ja nie. Uważam, że rodzic powinien wtedy powstrzymać się od wyrażania swoich emocji i skupić na dziecku - na tym, co ono czuje. Kto wie, może jest już w wieku, w którym samo zaczęło porównywać się z innymi i nie dość, że jest rozczarowane oceną, to jeszcze zawstydzone, przekonane o tym, że musi być gorsze? A od mamy, która powinna być bezpieczną przystanią, dostaje jeszcze wymówki i pretensje.
- Dlatego uważam, że w wychowywaniu dziecka są sytuacje, w których nie może dominować spontaniczność, a reakcje powinny być przemyślane wcześniej. Wiem, że nie zawsze to jest łatwe, ale naprawdę da się zmienić te wszystkie szkodliwe przekonania, które przyjęliśmy bezrefleksyjnie w młodości, a potem wlekliśmy za sobą w dorosłość. Można przyjrzeć się każdemu z nich i zdecydować, co ja uważam za słuszne, a co jest zwyczajnie głupie. Powiedziałabym nawet, że dorośli, którzy mają dzieci, muszą przejść taki proces, bo od nich oczekuje się dojrzałości i właściwego reagowania. Bez obrażania się na dzieci, bez fochów, krzyków, cichych dni - a zaręczam, że wszystko to w polskich domach nadal się zdarza.
Nie bez powodu od lat mówi się o tym, że dzieci uczą się na przykładach - jeżeli więc przyniosą świadectwo, a rodzice się obrażą, albo zaczną komentować, że nauczyciel na pewno jest niesprawiedliwy, że się "uwziął", to dziecko dostanie właśnie taki wzorzec radzenia sobie z trudną sytuacją. Zamknąć się w sobie, ukarać innych ciszą, oskarżyć o porażkę innych. No nie są to modelowe sposoby na radzenie sobie z przykrościami, których życie przecież nie szczęści nikomu. Jak pani widzi daleka jestem od dawania rad, jak utulić żal rodzica, rozczarowanego tym, że dziecko nie dostało szóstki. Nic z tych rzeczy - taki rodzic powinien usiąść i pomyśleć, czy w ogóle ma jakieś powody, by oczekiwać, że jego dziecko ma dostawać właśnie szóstki, bo wszystko, co niżej, jest porażką.

Zastanawiam się, czy taki nacisk na oceny nie jest echem dawnych czasów, w których skończenie dobrej szkoły czy studiów zapewniało prestiż i pracę.
- Trudno potępiać rodziców, którzy chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Problem w tym, że to założenie, które pani przywołała, legło w gruzach. Dziś bycie prymusem, który rok za rokiem przynosi świadectwo z paskiem, nie jest już równoznaczne z osiągnięciem sukcesu w dorosłym życiu. To prawda, że dawniej zdarzało się, że cała rodzina składała się, by wysłać jedno dziecko do "Warsiawy" na studia, licząc na to, że ono się ustawi i będzie im pomagać. Ale to już nie te czasy. I jeszcze jedno - nawet, jeśli mielibyśmy pewność, że dostanie się na konkretny kierunek zagwarantuje sukces finansowy, musimy pamiętać o predyspozycjach dziecka. Człowiek nie rodzi się jako "pusta karta", o czym zresztą już rozmawiałyśmy, ma swoje talenty, możliwości i ograniczenia, i nie wolno na nim wymuszać rozwijania się w kierunku niezgodnym z jego predyspozycjami. To się naprawdę na ogół kończy tragedią.
To kolejny duży temat, często znajdujący odbicie w liczbie zajęć pozalekcyjnych. Niby wszyscy wiemy, że nie powinniśmy przesadzać, ale oferta jest tak bogata, możliwości kuszą… Dlaczego tak łatwo nam uwierzyć, że bez tych zajęć nasze dziecko coś straci, zostanie "z tyłu"?
- Po pierwsze dlatego, że większość rodziców naprawdę chce dla swoich dzieci jak najlepiej. A skoro ktoś mówi, że te lub tamte zajęcia pomogą rozwijać ważne umiejętności, dzięki którym dziecku będzie w życiu łatwiej, trudno czasem powiedzieć "nie". Drugi powód jest nieco mniej "altruistyczny" - mianowicie są rodzice, którzy chcą, by dzieci osiągnęły to, co osiągnąć chcieli oni sami. Dlatego popychają je w określoną stronę, nie pozwalają rezygnować, są głusi na słowa sprzeciwu - bo ścieżka dziecka jest tak naprawdę ich niezrealizowanym marzeniem, które teraz ma szanse się zmaterializować.
A co, jeśli dziecko nie chce realizować tych planów?
- No cóż, dla wielu rodziców to jest dramat; nie mogą pogodzić się z tym, że ich dziecko jest odrębnym człowiekiem, a nie ich własnością. Dlatego raz jeszcze powtórzę, jak bardzo ważna w procesie wychowywania dzieci jest praca rodziców nad sobą, zwłaszcza krytyczne przyjrzenie się swoim reakcjom i swojemu postępowaniu. Dzieciom rozsądni, stabilni emocjonalnie rodzice są bardzo potrzebni.
Rozmawiamy o ocenach, ale przecież na nich świat się nie kończy. W życiu czeka na nasze dzieci wiele radości i pięknych chwil, ale również przykrości i rozczarowań. A ponieważ nie możemy sprawić, żeby w życiu trafiały tylko na sprawiedliwych szefów, mądrych nauczycieli czy wiernych przyjaciół, musimy je nauczyć, jak reagować na te trudne, bolesne sytuacje. Sądzę, że jednym z większych współczesnych błędów rodzicielskich, który prawie nie występował dawniej, jest dążenie do tego, by za wszelką cenę zaoszczędzić dzieciom przykrości i smutku. Nie chodzi o to, by tworzyć idealny świat, a na ewentualne rozpacze reagować słowami "nos do góry, będzie lepiej, nie masz powodów do smutku". Szanujmy te dziecięce przeżycia, a zamiast prób ich stłumienia powiedzmy: widzę, że jesteś smutny, tak czasem jest. Chcesz pogadać? Chcesz wiedzieć, co mi pomaga?
Wróćmy na moment do ocen - kilka lat temu pani Wioletta Matusiak, nauczycielka z Cieszyna, wymyśliła akcję dodawania różnokolorowych pasków do świadectw dzieci - nie tylko za dobre wyniki, ale także za koleżeństwo, dbanie o środowisko, postawy prospołeczne. Do akcji przyłączyli się także nauczyciele z innych szkół, którzy uznali, że warto honorować nie tylko oceny i zachowanie.
- Co mam powiedzieć, ta pani postąpiła cudownie, naprawdę wspaniały pomysł. Skoro już tak bardzo przywiązaliśmy się do tych pasków, to tak - dawajmy ich więcej. Za wypożyczenie największej liczby książek, za troskę o słabszych, pokojowe rozwiązywanie konfliktów - myślę, że możliwości są tak naprawdę nieograniczone. Niech ta nasza paskoza będzie chociaż kolorowa i różnorodna, a przez to bardziej sprawiedliwie traktująca dzieci o różnych możliwościach.
Skoro powstało rozwiązanie "na paski" pomyślałam także o sposobie na porównywanie - może bardziej wychowawcze byłoby porównywanie obecnych umiejętności dzieci do tych sprzed kilku miesięcy?
- O tak, to jedyna sytuacja, w której porównywanie rzeczywiście ma sens i faktycznie może zmotywować. Bo dziecko widzi, że np. trzy miesiące temu przeczytanie połowy strony zajmowało mu 20 minut, a teraz już tylko 10 i na tej podstawie może sobie uświadomić, że jego wysiłek nie poszedł na marne. Wtedy fakt, że np. koleżanka z klasy czyta jeszcze szybciej nie jest ważny - bo można skoncentrować się na swoim postępie. Przy okazji można z dzieckiem porozmawiać o tym, że świat nie jest sprawiedliwy i nie wszyscy dysponują takimi samymi talentami czy predyspozycjami. Ale warto się starać, bo wysiłek zawsze w końcu przyniesie jakiś efekt.
Właśnie przypomniała mi się pewna sytuacja z dzieciństwa, a że pasuje do tematu naszej rozmowy, opowiem. Otóż jako dziecko czasem przejmowałam się ocenami, zdarzało mi się mieć z ich powodu kiepski humor. Pamiętam, że mój tata zawsze próbował pocieszyć mnie pewnym powiedzonkiem, które zawsze działało. Brzmi tak: uczeń bez jedynki jest jak żołnierz bez karabinu.
- Bardzo ładne powiedzonko. I bardzo prawdziwe.













