Katarzyna Drelich, Interia: Pamiętam, że gdy w liceum przyszło do omawiania "Lalki", byłam zaskoczona, że akurat tę lekturę wszyscy stosunkowo tak chętnie czytali. Jak to się dzieje, że wzbudza takie emocje nawet w młodzieży?
Aneta Korycińska: Sama forma "Lalki" jest przyjazna młodemu odbiorcy. Mamy powieść, dialogi, więc czyta się ją zdecydowanie łatwiej niż dramaty romantyczne czy epopeje, które poprzedzają jej omawianie. Więc jest to jednak pewna ulga. Pojawia się "Lalka" i mimo że jest długa, to młodzi ludzie mówią sobie: albo ją dokończę, albo przynajmniej spróbuję zacząć. Tym bardziej że wszyscy o niej mówią, więc trudno ją całkowicie ominąć.
I dość łatwo wchłaniana do pop-kultury. Z czego to wynika?
Dlatego że "Lalka" jest jednak napisana w taki sposób, że opowiada po prostu o człowieku, a przez to pozostaje uniwersalna. Możemy odnaleźć w tych postaciach i postawach samych siebie. Co ciekawe, nasze spojrzenie na bohaterów i to, z kim się utożsamiamy, zmienia się wraz z upływem lat. Myślę, że kiedy byliśmy młodsi, wielu z nas współczuło Wokulskiemu. Być może wpływ miał na to pewien romantyczny sposób wychowania, obecny w naszej edukacji, zwłaszcza w tym patriotyczno-romantycznym modelu myślenia. Była w nas wielka sympatia i współczucie dla człowieka, który tak bardzo i tak bezgranicznie się zaangażował.
Kiedy sama poszłam do pracy jako nauczycielka, czytałam "Lalkę" już zupełnie inaczej. Zaczęłam się zastanawiać: z jakiej właściwie racji Izabela miałaby być Wokulskiemu wdzięczna? Za co? Za to, że ją kochał? Że chciał ją niejako "kupić"? Dzisiaj takie spojrzenie wydaje mi się po prostu obrzydliwe. Zmienia się więc nasz obraz świata, ale zmieniamy się również my jako czytelnicy. Dorastamy i zaczynamy patrzeć na te same historie z zupełnie innej perspektywy.
Myślę też, że ogromną zmianą w sposobie myślenia społecznego, właściwie na całym świecie, była akcja #MeToo. Być może był to moment, w którym zwrócono uwagę na rzeczywistość, której wcześniej po prostu mi nie pokazywano. Na to, że jako kobieta mam podmiotowość, możliwość wyboru i że pewne zachowania, które przez lata uznawano za normę, wcale nie są ani normalne, ani dobre.
A może zbiegło się to po prostu z moim własnym dorastaniem, również emocjonalnym, i stawaniem się dorosłą osobą. W pewnym momencie nastąpił taki przeskok i nagle ta sama powieść zaczęła być dla mnie zupełnie inną książką. Możemy ją analizować z innej perspektywy. I właśnie to daje nam sposób, w jaki napisał ją Prus. On nie przedstawił żadnej postaci jednoznacznie jako dobrej albo złej.

Chociaż paradoksalnie ta sympatia do Wokulskiego pojawia się niemal automatycznie. Mimo wszystko gdzieś odruchowo zaczynamy mu współczuć i mu kibicować.
Bo mamy jednak narrację w dużej mierze z jego perspektywy. Często słyszymy jego myśli, natomiast Prus nie daje nam tak łatwo wejść w świat wewnętrzny Izabeli. A jeżeli już pokazuje jej sposób myślenia, to często robi to z pewnym przekąsem. Wokulski bardzo mocno uporządkował sobie przecież swoje myślenie o arystokracji i o Izabeli. Mamy choćby sugestię, że ona została wychowana "w puchu", w świecie, w którym uważała, że ręce, które pracują, powinny być wdzięczne tym, dla których pracują.
I zdecydowanie mamy przez to pewien filtr, przez który patrzymy na te postaci. Ale z drugiej strony nie dostajemy też jednoznacznego obrazu samego Wokulskiego. Już pierwsza scena powieści jest przecież pełna plotek i wątpliwości: czy ten Wokulski to właściwie dobry człowiek, czy nie? Patriota, owszem, ale przecież robił interesy z Rosją. Zarobił fortunę na dostawach wojennych. Podobno uczciwie, tak przynajmniej się mówi, i on sam twierdzi, że uczciwie zarobił swoje pieniądze, otwiera się w nowym oknie. Ale inni bohaterowie mają wątpliwości. No dobrze, ale właściwie co on tam sprzedawał? Mąkę, pieczywo, żywność? A może jednak handlował czymś więcej? Może bronią? Tego oczywiście nikt nie stwierdza, wiemy tylko o mące, ale nielegalne interesy są mu insynuowane.
Nie wiemy też wszystkiego o jego biznesie z Suzinem ani o tym, co właściwie robili, kiedy spotkali się później w Paryżu. Rzecki oczywiście interpretuje to po swojemu: na pewno były to jakieś ważne, patriotyczne, polityczne sprawy, bo przecież Wokulski nie mógłby zajmować się czymś niegodnym. Ale plotkarze patrzą na to zupełnie inaczej: może po prostu pieniądze mu pachniały? I to jest bardzo ciekawe, bo Wokulski gardzi arystokracją między innymi za to, że małżeństwo traktuje jak transakcję finansową, jak pewnego rodzaju biznes. A przecież sam również nie jest całkowicie wolny od tego sposobu myślenia.
Co więcej, jego własna droga społeczna też nie jest tak prosta i jednoznaczna. Dzięki małżeństwu z Małgorzatą Minclową zyskał majątek i możliwość awansu. To właśnie dzięki temu z pozycji zwykłego pracownika stał się później właścicielem sklepu i przejął właściwie wielopokoleniowy biznes. Więc kiedy oskarża arystokrację o kalkulację i traktowanie relacji jak interesu, można powiedzieć: no dobrze, ale czy jego własna historia nie jest w pewnym sensie podobna?
Dzięki temu Wokulski mógł w ogóle poznać Izabelę. I właśnie zastanawia mnie: czy ona już w czasach Prusa była tak znienawidzona przez czytelników, czy ten obraz Izabeli jako jednej z najbardziej antypatycznych bohaterek utrwalił się dopiero później, między innymi przez internet?
Pierwsi krytycy bardzo różnie oceniali Izabelę. Świętochowski uważał, że Prus początkowo stworzył ciekawy pomysł na bohaterkę: kobietę delikatną, odizolowaną od rzeczywistości przez arystokratyczne wychowanie, która nie potrafi docenić Wokulskiego przede wszystkim przez barierę społeczną. Jego zdaniem później Prus uprościł tę postać, robiąc z niej bezduszną i obłudną kokietkę. Chmielowski z kolei zwracał uwagę na niejasność jej portretu psychologicznego. Dostrzegał w niej nawet pewną inteligencję i szlachetne odruchy, dlatego uważał, że późniejsze przedstawienie jej jako pięknej, ale ograniczonej "gęsi" było nie do końca przekonujące.
A Kotarbiński patrzył na nią trochę inaczej. Uważał, że Izabela nie jest z natury zła, tylko została ukształtowana przez swoje środowisko i próżniaczy sposób życia. Jednocześnie dostrzegał jej kokieterię i samolubstwo, a nawet uważał ją za bezpośrednią przyczynę zguby Wokulskiego. Bardzo wysoko oceniał jednak sam kunszt Prusa i twierdził, że jest to postać "kreślona doskonale".
Czasem odnoszę wrażenie, że recenzje w tamtych czasach miały większy sens, były być może bardziej obiektywne?
Dzisiaj mamy media społecznościowe. Kiedyś opinie publikowano głównie w gazetach, ludzie więcej czytali, a dzisiaj dochodzi do tego jeszcze mechanizm reklamy. Zresztą to jest ciekawe, bo nawet jeśli napiszę o książce, że coś mi się w niej nie podobało, ludzie i tak potrafią powiedzieć: "Dziękuję za polecenie".
Bo przecież nigdy nie jest tak, że książka jest wyłącznie dobra albo wyłącznie zła. Zawsze znajdziemy coś pozytywnego i coś negatywnego. Ale sam fakt, że coś publikujemy w internecie, sprawia, że ludzie chcą to przeczytać i sami wyrobić sobie opinię. I to chyba rzeczywiście bardzo zmieniło sposób, w jaki odbieramy książki.
Zresztą podobnie było z pierwszymi recenzjami "Lalki". Świętochowski zarzucał Prusowi brak wyraźnego planu i spójnej kompozycji, Bogusławski widział w powieści przede wszystkim zbiór świetnych obserwacji i scenek, a Chmielowski krytykował rozbudowany "Pamiętnik starego subiekta", który jego zdaniem zbyt mocno przerywał główną akcję. Kotarbiński i Lange również doceniali poszczególne sceny i postaci, ale zarzucali powieści brak artystycznej jedności.

Czy Izabela Łęcka rzeczywiście słusznie jest dziś aż tak znienawidzona? Bo przyznam szczerze, że zaczęłam ją usprawiedliwiać.
Ja też ją usprawiedliwiam. I myślę, że to jest związane ze zmianą światopoglądową, która zaszła również w nas, kobietach. Co ciekawe, widzę też, że dla młodzieży to jest zupełnie naturalne. Oni jej bronią. Mam kontakt z młodzieżą i widzę, jak reagują na tę bohaterkę. Mówią: "No dobrze, ale skąd ona miała wiedzieć, że jest inaczej, skoro tak ją wychowano? Takie było jej otoczenie, taka była rodzina, wszyscy wokół tak myśleli". Albo: "Ona jest przecież produktem swojej klasy".
Pojawia się też argument, który z dzisiejszej perspektywy jest bardzo mocny: "Z jakiej racji to ma być romantyczne? Przecież on najpierw zaprzyjaźnił się z jej ojcem i całym jej otoczeniem, a potem wszędzie się pojawiał". Dziewczyny mówią: "Gdybym miała być w związku z facetem, który najpierw zbliżył się do mojego ojca i całego mojego otoczenia, a potem wszędzie, gdzie się pojawiam, też go widzę, to miałabym paranoję. Bałabym się go i uciekałabym przed nim".
I rzeczywiście trudno całkowicie zignorować fakt, że Wokulski nie dawał za wygraną. On ją śledził, zabiegał o nią właściwie bez przerwy. Izabela zresztą od początku ma świadomość, że Wokulski pojechał się dorobić również po to, żeby zbliżyć się do niej. Ona wcale nie jest taka głupia, jak często się ją przedstawia.
Widziała już pani którąś z nowych ekranizacji "Lalki"? Bo jednak Prus, choć nie ocenia bohaterów wprost, bardzo dużo sugeruje językiem i sposobem ich przedstawienia. Ekranizacja może to przecież zupełnie inaczej rozłożyć. Ciekawi mnie więc, czy w filmie lub serialu też widać, że jedna postać jest bardziej usprawiedliwiona, a druga mocniej "dostaje po głowie"?
Jeżeli mówimy o ekranizacji filmowej, to musimy przede wszystkim wziąć pod uwagę, że będziemy podążać za jednym głównym bohaterem. Niby jest nim Wokulski, ale w gruncie rzeczy mamy też Rzeckiego i wiele innych ważnych postaci. Gdybyśmy chcieli opowiedzieć wszystko, wyszłoby z tego chyba ze dwadzieścia godzin. Film trwa prawie trzy, więc siłą rzeczy ciągle trzeba było coś wycinać. Widziałam też wcześniejszą wersję, później była pięciogodzinna i nawet wtedy trzeba było usuwać jakieś wątki czy postaci, bo nie da się opowiedzieć tak obszernej historii w sposób spójny, żeby widz był w stanie to wszystko obejrzeć.
Marzeniem jest, żeby kiedyś z tych materiałów można było tę historię rozwinąć na nowo i zrobić serial. Tylko że to są ogromne pieniądze. Na przykład do filmu szyto specjalne kostiumy, zaprojektowane przez Tomasza Ossolińskiego i Kasię Lewińską. Są wykonane z tkanin i według krojów z epoki, więc to naprawdę ogromny koszt. Twórcy chcą zresztą jeździć z tymi strojami po Europie i prezentować je jako wystawę.
Jeżeli więc chcieliby utrzymać taki standard, a nie zrobić czegoś w rodzaju "Korony królów", to taki serial byłby po prostu bardzo drogi. Dlatego z kolei Netflix odszedł od wiernego trzymania się fabuły Prusa. To nie jest "Lalka" Prusa. To zupełnie inne forma sztuki: miks czarnej komedii, parodii, dydaktyzmu, wulgarności.
Czy na Izabelę twórcy ekranizacji "Netfliksa" patrzą zatem nieco przychylniej niż Prus?
Ona jest inną kobietą, jest tą główną bohaterką. Jest najważniejsza, ale to jest opowieść o czymś zupełnie innym. Historia nie jest bezpośrednio związana z "Lalką" Bolesława Prusa. Jeżeli jakaś postać ma takie samo imię, to ma zupełnie inny los niż w powieści.
To może być ważna wskazówka dla przyszłych maturzystów, żeby jednak przeczytali książkę, bo na maturze warto odnieść się do źródła, a nie tylko do jego współczesnych interpretacji.
Powstaje teraz zresztą bardzo dużo kontynuacji i nowych wariacji na temat "Lalki". Uczniowie przede wszystkim mają przeczytać powieść Bolesława Prusa, a gdy to zrobią, będą mogli czerpać z bogactwa nawet fanfiction, które jest pisane w uniwersum "Lalki". Wersja serialowa jest np. też kryminałem.
Kryminałem? To ciekawe, bo osobiście chyba nie szukałabym w "Lalce" wątków stricte kryminalnych.
Nie, bo to jest zupełnie inna opowieść, inne dzieje. Wszystko zostało wymyślone na nowo. W filmie podążamy za Wokulskim. W serialu za Izabelą, ale to zupełnie inna historia. To jest takie "co by było, gdyby?". Gdyby jej los potoczył się zupełnie inaczej i gdyby mogła wyrwać się z tego świata arystokracji.
Natomiast jeśli chodzi o film, jest on wierny Prusowi, choć patrzymy na tę historię przede wszystkim oczami Wokulskiego. Izabela jest napisana zgodnie z tym, jak stworzył ją Prus, a jednak kamera pokazuje nam coś więcej. Widzimy, że ona nie jest zadowolona z tego, że ciotki i cała rodzina próbują nakłonić ją do małżeństwa ze starszym mężczyzną. Ona tego nie mówi wprost, ale bardzo dużo można pokazać oczami, mimiką.
Jest też ostatnia scena, której oczywiście nie będę spoilerować. Ona otwiera nam to zakończenie i pokazuje, że Izabela wcale nie była głupia. Nikt nie musi tego nawet wypowiadać, wystarczy jeden gest. Bo przecież ostatecznie również w powieści Prusa to ona decyduje o sobie. Idzie do zakonu, nie wybiera starego mężczyzny tylko dla pieniędzy. I w tym też jest pewien pierwiastek buntu, takie pokazanie środkowego palca całej rodzinie.

No tak, chociaż Rzecki też miał wobec niej niejednoznaczny stosunek. Paradoksalnie to, jak postrzegamy Izabelę, w dużej mierze zależy od tego, czy patrzymy na nią oczami Wokulskiego, Rzeckiego czy współczesnego czytelnika. Ona w powieści nie jest przecież przedstawiona wyłącznie jako skrajnie głupia kobieta. I właśnie ta niejednoznaczność bardzo mnie w tej postaci pociągała.
Szuman też tłumaczy, że ten kryzys polega między innymi na edukacji kobiet: uczymy je ładnie trzymać sztućce, mówić po francusku, ale nie uczymy ich tego, jak mogą zadbać o siebie i o swój byt. Dlatego przypisywanie jej na przykład tego, że jest próżna, jest trochę niesprawiedliwe. Kobieta z arystokracji w tamtych czasach właściwie nie miała prawa być niepróżna, bo inaczej nie byłaby w stanie funkcjonować, szczególnie w tej klasie społecznej. Izabela nie miała przecież realnie dokąd pójść. Ostatecznie, kiedy traci wszystko, nie ma gdzie mieszkać i musi iść do zakonu.
To tak naprawdę pokazuje, jak bardzo współczesność i tamte czasy są ze sobą połączone. I już zupełnie wychodząc poza książkę, dopiero teraz zaczynamy mówić o tym, że jeszcze do niedawna funkcjonowało przekonanie, że kobieta, żeby mieć zapewnione bezpieczeństwo, musi wyjść za mąż, że właściwie jej niezależność była uzależniona od tego, czy znajdzie odpowiedniego mężczyznę.
Więc tak naprawdę największe szczęście to być wdową, to w kontekście Wąsowskiej, która może mówić, co uważa, bo jej już na niczym nie zależy. Jest wdową, ma swoją pozycję i niezależność. Nie musi już podporządkowywać się mężowi ani liczyć się z tym, co on powie. Ma za sobą małżeństwo, mąż już nie żyje, majątek został, więc paradoksalnie dopiero wtedy może naprawdę decydować o sobie.
To jest niesamowite, jak bardzo Prus wyprzedził swoje czasy. Pewnie wtedy wiele z tych obserwacji nie było jeszcze w pełni zrozumiałych, a dzisiaj, kiedy czytam "Lalkę" ponownie po kilkunastu latach, widzę, jak bardzo jest aktualna. Oczywiście zmieniła się Warszawa, nie ma już arystokracji, zmieniło się też społeczne postrzeganie poszczególnych dzielnic. Kiedyś Powiśle kojarzyło się z biedą, a dziś jest jednym z najdroższych miejsc w Warszawie. A jednak wiele problemów i obserwacji Prusa pozostaje zaskakująco aktualnych.
Tylko czy to rzeczywiście Prus wyprzedził swoje czasy, czy może po prostu my za mało się zmieniliśmy? To też jest ciekawe pytanie. W końcu mamy podobny świat jak u Balzaka, bo rzeczywiście już wtedy pisano o podmiotowości człowieka, nie tylko o jego wzniosłych, egzaltowanych uczuciach, ale też o bardzo przyziemnych potrzebach i mechanizmach biologicznych. To było związane również z ewolucjonizmem i nowym sposobem myślenia o człowieku i społeczeństwie. Więc może po prostu przez te 130 lat za mało się zmieniliśmy.
Wówczas byliśmy już po przegranych powstaniach, więc nie musieliśmy żyć romantyczną nadzieją, że tym razem się uda. Nie udało się. A Wokulski, kiedy przechodzi przez Powiśle i idzie bulwarami wiślanymi, już wtedy myśli o tym, że można byłoby ten teren odbudować, zrobić tam kawiarnie i stworzyć miejsce dla ludzi. I dzisiaj mamy dokładnie to. Czyli ta myśl już wtedy była, tylko przez kolejne dziesięciolecia rządzący nie potrafili albo nie chcieli jej zrealizować.
Fascynujące dziś są też fragmenty z Geistem, który jest tu wariatem-naukowcem, bo chce przekazać wynalazki garstce ludzi, by ta garstka decydowała o życiu innych. Jakie to ważne w dobie pytań o etykę i rozwój sztucznej inteligencji.
I nawet mechanizm działania Wokulskiego jest zaskakująco współczesny. Chce rozwinąć sklep i wie, że musi wydać mnóstwo pieniędzy, żeby zrobić fetę i zaprosić najbogatszych. Trochę jak dzisiejszy networking, trochę jak influencerzy: spotykamy się, budujemy relacje, żeby później robić interesy. Rzecki łapie się za głowę, że bogaci potrafią za darmo wypić tyle alkoholu, a przecież Wokulski robi to wszystko w najdroższym, również dzisiaj, hotelu w Warszawie.
Kiedy Wokulski jeździ do Zasławka, też nie dlatego, że nagle pokochał życie na wsi, tylko dlatego, że chce nawiązywać kontakty i robić interesy.

Ale mimo tego, że ich nie lubił i wręcz nimi gardził, miał w sobie tę niesamowitą żyłkę do interesów.
Tak, zrobił fetę, urządził imprezę. Dokładnie tak, jak robi się dzisiaj: chcesz rozwinąć sklep, wprowadzasz nowy produkt, więc zapraszasz odpowiednich ludzi, żeby dać znać innym bogatym, że coś się dzieje. Rozwój kapitalizmu, interesów i całego tego mechanizmu biznesowego już wtedy był bardzo dobrze wyczuwalny. Oni naprawdę wiedzieli, jak to się robi.
Skoro już mówimy o tym, jak wiele podobieństw można znaleźć między tamtymi czasami a współczesnością, ciekawi mnie też Warszawa jako osobny bohater "Lalki". Jak została pokazana w tych dwóch najnowszych ekranizacjach? Czy ten aspekt również został w nich mocno zaznaczony?
Różne lokalizacje są oczywiście bohaterami. Jeżeli chodzi o serial, Warszawa jest potraktowana trochę inaczej. Jest przede wszystkim tłem. Sklep Wokulskiego znajduje się w innym miejscu i jest bardziej rozbudowany, pojawia się tam nawet elektryczność, której w powieści nie ma. Można powiedzieć, że twórcy trochę przyspieszyli bieg wydarzeń. Ale nie jest to przecież wierna adaptacja historyczna. To zabawa konwencją: czarna komedia z bardzo rozbudowanym wątkiem kryminalnym.
Jeżeli natomiast chodzi o film, tam Warszawa jest pokazana bardzo dokładnie. Świetnie odwzorowano Krakowskie Przedmieście, a dom Wokulskiego znajduje się dokładnie w miejscu, które wskazuje Prus. To samo dotyczy widoku z jego balkonu. W powieści jest dokładnie opisane, co Wokulski widzi, kiedy z niego wychodzi, i film bardzo wiernie odtwarza tę lokalizację. Zachowano nawet takie drobiazgi, które dla osób znających "Lalkę" mogą być świetnymi smaczkami: bohater wychodzi z budynku i rzeczywiście idzie tą samą ulicą, którą wskazuje powieść.
Co ciekawe, zachowano również realia zaboru rosyjskiego. Oczywiście nie widać na każdym kroku rosyjskich wojsk, choć przecież stacjonowały wtedy w Warszawie. To było związane również z cenzurą i tym, że Prus musiał pewne rzeczy omijać. W filmie ten temat jest jednak subtelnie zaznaczony. Na przykład szyldy sklepów są po rosyjsku, więc historyczne tło pozostaje obecne, nawet jeśli nie jest eksponowane wprost.
Czyli jeśli ktoś przygotowuje się do matury i przegapi lekturę książki, to lepiej obejrzeć film niż serial?
Na pewno, bo film jest wierny, ale też nie ma wszystkich postaci, które są u Prusa.
A kogo nie ma z tych najważniejszych?
Nie ma Stawskiej. Cały wątek z jej dzieckiem i matką został wycięty. Za to Zasławek został odtworzony naprawdę bardzo dokładnie. Ruiny zamku, miejsce, w którym siedzą przy kamieniu - to wszystko jest zrobione świetnie. Są takie szczegóły, które naprawdę docenią osoby znające powieść.
Ciekawi mnie jeszcze matematyczność Prusa. Miał przecież ogromny talent do nauk ścisłych. Jak dalece, pani zdaniem, widać to w samej "Lalce"? Oczywiście mamy tam kult nauki i pozytywistyczną wiarę w jej rozwój, ale czy matematyczny sposób myślenia Prusa w jakiś sposób przekłada się na konstrukcję tej powieści?
Na pewno widać ją w kompozycji. To jest moim zdaniem nie lada sztuka, żeby pisać powieść na poczekaniu, w krótkich odcinkach, publikowanych co tydzień w tygodniku, i mimo wszystko zachować taką spójność całości.
Właściwie jedyna większa nieścisłość dotyczy wieku Rzeckiego. W jednym miejscu pojawia się informacja, że od czterdziestu lat jest subiektem, a później wyliczamy, że ma około 47 lat. Wynikałoby z tego, że jest tylko dwa lata starszy od Wokulskiego. Można to jednak wyjaśnić tym, że naukę zawodu zaczął jako bardzo młody chłopak. W powieści jest przecież mowa o tym, że ojciec posyłał go do nauki u starszego subiekta.
To zresztą ciekawe, bo Rzecki jest tylko dwa lata starszy od Wokulskiego, a mentalnie wydaje się od niego znacznie starszy. Mimo że "Lalka" była publikowana w odcinkach, ta spójność jest naprawdę imponująca. Co ciekawe, ówcześni krytycy wcale nie zawsze to doceniali. Jeden z pierwszych recenzentów, kiedy "Lalka" ukazała się już w formie książkowej, uznał nawet, że jej kompozycja jest jedną z jej najsłabszych stron. Możliwe, że czytelnicy tamtych czasów odbierali ją bardziej jak współczesny serial: co tydzień dostawali kolejny odcinek i chcieli przede wszystkim wiedzieć, co będzie dalej.
Najbardziej krytykowano chyba przerywanie akcji obszernymi fragmentami "Pamiętnika starego subiekta" i sposób, w jaki Rzecki opowiada swoją historię. A przecież dzisiaj rozumiemy, że to jest właśnie celowe spowolnienie akcji. Współczesne seriale robią to samo. Oglądamy "Breaking Bad", jesteśmy w środku akcji, a nagle dostajemy cały odcinek o tym, jak bohater próbuje złapać muchę w laboratorium. Fabuła właściwie stoi w miejscu, ale dzięki temu napięcie jeszcze bardziej rośnie. W "Archiwum X" też pojawiały się takie odcinki, które nagle zupełnie zmieniały tempo. Więc może Prus naprawdę doskonale wiedział, co robi. I podobnie skonstruował Wokulskiego: pozornie wszystko jest rozciągnięte i spowolnione, ale właśnie dzięki temu możemy lepiej wejść w jego sposób myślenia.

Czy ma pani wrażenie, że Prus był bardziej kronikarzem swoich czasów, czy może przede wszystkim świetnym obserwatorem ludzkich mechanizmów, które wcale tak bardzo się nie zmieniły? No bo oczywiście wątek niespełnionej miłości jest ponadczasowy i chyba zawsze będzie się przewijał.
Dla mnie najciekawsze są właśnie te drobne obserwacje społeczne. Na przykład Wokulski sprzedaje sklep Szlangbaumowi, a wszyscy nagle uważają, że właściwie sprzedał polski kapitał obcemu, że "oddał go Żydom". Dopóki Żydzi są wokół, wszystko jest w porządku, można od nich pożyczać pieniądze, robić z nimi interesy, ale kiedy przejmują sklep, nagle pojawia się oburzenie. Dzisiaj nazwalibyśmy te reakcje po prostu antysemickimi i niestety pod tym względem niewiele się zmieniło. Nadal potrafimy w złości reagować dokładnie w ten sposób.
Bardzo ciekawe są też obserwacje dotyczące tego, czym właściwie powinien być dobry sprzedawca. Wokulski popełnia przecież mnóstwo błędów, choćby zwalniając Maruszewicza dlatego, że ten flirtował z Izabelą przy okazji sprzedaży rękawiczek. A Rzecki właściwie łapie się za głowę, bo przecież to był świetny subiekt.
Prus świetnie pokazuje, na czym polegał jego talent. Maruszewicz potrafił spojrzeć na klienta i od razu zorientować się, czego ten może potrzebować. Przychodzi człowiek zainteresowany jednym produktem, a on tak prowadzi rozmowę, że ostatecznie sprzedaje mu jeszcze coś dodatkowego. I to jest przecież dokładnie to, co dzisiaj nazwalibyśmy świetną techniką sprzedaży.
W tej scenie pojawiają się zresztą bardzo ciekawe szczegóły dotyczące życia codziennego ówczesnej Warszawy, choćby kalosze zakładane na buty. Były gumowe, miały chronić obuwie przed wszechobecnym brudem, a często jeszcze je haftowano inicjałami, żeby w teatrze czy innym miejscu można było rozpoznać swoje. I nagle przez taką drobną scenę widzimy całą Warszawę: jej brud, sposób funkcjonowania miasta, handel, ale też mechanizmy sprzedaży. To właśnie takie szczegóły najbardziej mnie w "Lalce" fascynują.
Choć dziś coraz rzadziej spotykamy takie miejsca z tradycją, ale bardzo lubię to, że niektóre sklepy wciąż są przekazywane z pokolenia na pokolenie. To taka namiastka świata, który nie został całkowicie wyparty przez fast fashion. Sama mam zresztą wrażenie, że moje zainteresowanie takimi rzeczami zaczęło się właśnie od "Lalki". To zabrzmi sztampowo, ale jednak lektury, nawet jeśli czytane z obowiązku, może potrafią nam coś zostawić na całe życie?
To też zależy od tego, w jakim wieku dajemy młodym ludziom konkretne książki. "Lalkę" czytamy już w liceum, kiedy jesteśmy właściwie dorosłymi osobami, więc możemy ją naprawdę zrozumieć. A "Pana Tadeusza" dostajemy w siódmej czy ósmej klasie, kiedy uczeń często jeszcze nie wie nawet, czym był romantyzm. Nie rozumie języka, nie wie, kim był Mickiewicz, nie ma kontekstu, który pozwoliłby mu połączyć te wszystkie wątki.
Podobnie jest z "Jankiem Muzykantem" (już nie widnieje na liście lektur). Gdybyśmy przeczytali tę nowelę w liceum, po omówieniu pozytywizmu i tego, że literatura pokazywała problemy społeczne, moglibyśmy odebrać ją zupełnie inaczej. Bez tego kontekstu trudno zrozumieć, z czego wynikają pewne rzeczy. A przecież znajomość tych podstawowych mechanizmów jest potrzebna również w dorosłym życiu, więc tym bardziej trudno oczekiwać, że dziecko samo je odczyta.
A gdybyśmy teraz przenieśli Wokulskiego do współczesności? Myśli pani, że z Izabelą miałby łatwiej, czy właśnie przez to, że kobiety są dziś bardziej świadome siebie i niezależne, miałby jeszcze większy problem?
To zależy. Nie umiałabym chyba jednoznacznie odpowiedzieć. Izabela mogłaby przecież podjąć taką decyzję jak reszta arystokratek czy Wąsowska: stary i bogaty mąż to dobry mąż, bo szybciej umrze, a wtedy będziesz wolna i to odziedziczysz jego majątek.
Z drugiej strony dzisiaj pewnie byłaby znaną osobą, może nawet influencerką albo celebrytką, właśnie ze względu na to, że obraca się w określonych kręgach. Byłaby więc uprzywilejowana i jej życie również byłoby uprzywilejowane. Zresztą wtedy też funkcjonował mechanizm, który znamy do dziś: bogaty dostaje wiele za darmo, a biedny musi za wszystko płacić. Myślę więc, że te realia dałoby się całkiem łatwo przełożyć na współczesność.
Tylko Wokulski był człowiekiem pracy u podstaw, cały czas ciężko pracującym na wysoki poziom życia. On by pracował, a ona by korzystała. I przecież takich relacji, takich związków, również dzisiaj mamy mnóstwo.

Ale zastanawiam się, czy współczesnemu Wokulskiemu nie byłoby łatwiej zrozumieć, co się z nim dzieje. Mamy dziś większy dostęp do wiedzy psychologicznej, więc być może szybciej ktoś uświadomiłby mu, że to, co bierze za miłość, jest bardziej jego wyobrażeniem o Izabeli niż uczuciem do niej. Bo przecież tak naprawdę jej nie zna. Kocha raczej obraz, który sam sobie o niej stworzył. I to jest chyba trochę narcystyczne.
On w Paryżu łapie tę poezję Adama Mickiewicza, rzuca ją w kąt i mówi, że zmarnowaliście wizję miłości, przez was cierpią dwa pokolenia, a później jednak zbiera te kartki. Więc on chyba ma pewną świadomość tego, co się z nim dzieje. Zresztą w opisach Izabeli bardzo często pojawiają się takie sformułowania jak "zdawało mu się", "wydawało mu się", "myślał", "czuł". To są właśnie takie czasowniki związane z jego postrzeganiem tej postaci, więc nawet na poziomie języka Prus pokazuje, że to jest przede wszystkim jego wyobrażenie.
A jednocześnie mam taką, nigdzie niepotwierdzoną hipotezę. Ja to czytam tak, że Wokulski był po prostu romantykiem, który nie chce żyć. Trochę takim Werterem. Wyznaczył sobie cel, który miał go jeszcze przy życiu zatrzymać, cel właściwie niemożliwy do zrealizowania, i po prostu po trupach do niego dążył.
A im bliżej końca, tym bardziej widać, że jego wyobrażenie o Izabeli zaczyna się rozpadać. Przecież on sam ją później wyzywa, mówi o niej "krowa", pojawiają się też sugestie dotyczące jej seksualności czy nawet prostytucji. Tyle że w tekście nie ma żadnych dowodów na to, że Izabela rzeczywiście robiła coś takiego. Ona po prostu mówi, że chciałaby być w otwartym związku, bo lubi flirtować. I właściwie nic więcej. A to przecież arystokracja, ona mówi takie rzeczy innym kobietom, więc równie dobrze mogła po prostu chcieć się popisać, trochę zaszpanować takim poglądem.
Ciekawe, bo ona też niewątpliwie w pewnych kwestiach wyprzedzała swoje czasy. Chociażby tym, że nie zgadzała się na to, żeby Wokulski właściwie "wykupił" jej rodzinę i przez małżeństwo z nią ponownie postawił ją na nogi. To akurat mogło być dla ówczesnych czytelników szczególnie irytujące. A co pani zdaniem dzisiaj najbardziej interesuje młodzież w "Lalce"? Na co zwracają uwagę, kiedy ją czytają?
Myślę, że na pewno nie mówiłabym o wątku romantycznym, chociaż on przesłania większość dyskusji. Chyba najciekawsze w "Lalce" jest to, jak człowiek funkcjonuje w świecie i jak zdobywa pozycję. Jak rozwija się kapitalizm, na jakie układy trzeba iść, jak właściwie cały czas działa zasada "coś za coś". Wokulski też nie jest przecież bezinteresownym dobroczyńcą. Pomaga innym również dlatego, że chce znaleźć się w środowisku, do którego wcześniej nie miał dostępu. I to są moim zdaniem bardzo ciekawe tematy.
Dla tych, którzy znają Warszawę, interesujące są też wszystkie zmiany, jakie zaszły w mieście. Ale ważny jest również wątek nauki w Polsce i tego, jak trudno było ją finansować. Mamy przecież studentów, o których mówi się, że powinni służyć społeczeństwu i ratować ludzi, a jednocześnie społeczeństwo każe im cały czas dokładać i nie daje im właściwie możliwości rozwoju.
Wokulski sam dochodzi do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby wyjechał do Paryża, bo tam mógłby rozwijać się również naukowo, podczas gdy tutaj jest to właściwie niemożliwe. Z drugiej strony mamy Geista, którego otoczenie traktuje jak wariata. Nauka jest więc bardzo ciekawym i wciąż aktualnym wątkiem.
Tym bardziej że dzisiaj stoimy przed ogromnymi wyzwaniami. Budujemy centra AI, mówimy o broni atomowej i jądrowej, o wynalazkach, które mogą zmienić świat. I w "Lalce" też pojawia się pytanie o to, w czyje ręce powinny trafiać takie odkrycia.
Pojawia się tu również etyka związana z nauką, czyli temat, który w "Lalce" powraca wielokrotnie i który dzisiaj wydaje mi się szczególnie aktualny.

















