Cena zaniedbań. 20 lat po katastrofie budowlanej w Katowicach
28 stycznia 2006 r. m.in. pod naporem zalegającego śniegu zawalił się dach hali Międzynarodowych Targów Katowickich. W środku znajdowało się ok. 700 osób przybyłych z okazji organizowanej, trzydniowej wystawy gołębi pocztowych.
Po trwającym siedem lat procesie prok. Katarzyna Wychowałek-Szczygieł w mowie końcowej powie przed sądem, że przyczyną katastrofy nie były siły natury, lecz złożyły się na nią błędy i zaniechania konkretnych ludzi - od samego procesu projektowania, przez budowę, aż po użytkowanie pawilonu.
Zobacz reportaż wideo "Cena zaniedbań. 20 lat po katastrofie budowlanej w Katowicach"
***
Marian Pacuk od kilkudziesięciu lat hoduje gołębie pocztowe. Na 56. Ogólnopolską Wystawę Gołębi Pocztowych, która w dniach 27-29 stycznia 2006 r. odbywała się na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich, wybrał się wraz z rodziną.
W piątek, pierwszego dnia wystawy, pan Marian od niemieckiego handlarza Martina Wagnera kupuje gołębia. Nie planuje powrotu na wystawę w sobotę, ale ostatecznie uznają z żoną, że do samczyka należy dokupić jeszcze samiczkę.
- Postanowiliśmy, że i tak nie mamy nic do roboty w sobotę po obiedzie, więc weźmiemy córkę i jej narzeczonego, i pojedziemy po drugiego gołębia. Było około szesnastej, więc sporo ludzi zaczęło z tej hali wychodzić, żeby wrócić do domu na Małysza. My zostaliśmy w środku - wspomina w rozmowie z Interią.
Czytaj także: Halo, straż? Zniknął wieżowiec. 30 lat od gdańskiej tragedii
Świadkowie katastrofy budowlanej w Katowicach, z którymi rozmawialiśmy, zgodnie podkreślają, że gdyby nie skaczący wówczas w Zakopanem Adam Małysz, który przed telewizory przyciągał milionową widownię, ofiary śmiertelne liczone byłyby w setkach. Większość zwiedzających na kilkadziesiąt minut przed zawaleniem się dachu w hali MTK wróciło do domów obejrzeć transmisję z zawodów. Szacuje się, że gdyby nie ten fakt, w hali, w momencie katastrofy przebywałoby nawet trzy tysiące osób, a jej skutki byłyby z pewnością jeszcze bardziej przerażające.
Kiedy Marian Pacuk z żoną kończą dopijać kawę w jednym z punktów gastronomicznych w MTK i zamierzając dobić targu z Wagnerem, w hali rozlega się potężny huk. Zanim jednak doszło do zawalenia się dachu, Marian Pacuk zwrócił uwagę dużą liczbę leżących na posadzce nakrętek. Jak się później okaże - miały one odpadać od elementów tworzących konstrukcję dachu. Jego zdziwienie i konsternacje wzbudzają również spadające z góry krople wody, pomimo zadaszenia hali.
- Zerwało się wszystko. To były sekundy. Ten dach cały zaczął się łamać - wspomina.
Pacuk w ostatniej chwili odepchnął żonę, prawdopodobnie ratując jej w ten sposób życie. Sam znalazł się pod po wieloma warstwami powyginanej blachy i elementów konstrukcji dachu. Po odzyskaniu przytomności usłyszał nawoływania żony - Marian, Marian. Z uwagi na odniesione obrażenia nie mógł się jednak ruszać. Resztami sił przez niewielką szczelinę udaje mu się wystawić dłoń.
- Mnie o nic nie chodziło, tylko czy żyją ci moi najbliżsi. Czy żona żyje, czy córka żyje - tłumaczy wyraźnie wzruszony, przypominając sobie wydarzenia sprzed 20 lat.
Wystającą spod zgliszczy dłoń Pacuka zauważa jego żona. Rozpoczyna się dramatyczna próba wydostania mężczyzny przygniecionego dachem katowickiej hali. Jego organizm z każdą minutą coraz bardziej się wychładza, w Katowicach temperatura powietrza spada do ok. siedemnastu st. C poniżej zera. Przy pomocy ocalałych w katastrofie osób udaje się wydostać Mariana Pacuka na powierzchnię.
- W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że skoro mnie wyciągnięto, to pomogę ratować innych. Zdałem sobie jednak sprawę, że nie mogę się ruszyć. Miałem uszkodzony kręgosłup, pękniętą miednicę, połamane żebra, zmiażdżony bark. Nie czułem nóg. Pamiętam, że było mi bardzo zimno. Pojawili się ratownicy. Najpierw podłożyli mi pod plecy jakiś styropian, żebym nie zamarzł. Później przeniesiono mnie na nosze i trafiłem do karetki, następnie do szpitala na OIOM.
W katastrofie budowlanej MTK ocalała żona Mariana Pacuka, córka i jej narzeczony, choć wszyscy byli mocno poturbowani. Niemiecki hodowca gołębi pocztowych Martin Wagner zginął na miejscu.
- Wydawało mi się, że skoro Wagner ma stoisko pod ścianą, to na pewno go to minie, że przeżyje. A on był przecięty - mówi Marian Pacuk, który dodaje również, że gołąb kupiony od Niemca, po katastrofie był dla niego oczkiem w głowie.
W kulminacyjnym momencie akcji ratowniczej na miejscu katastrofy pracowało ponad 1,3 tys. strażaków, ratowników górniczych i medycznych, policjantów, goprowców i żołnierzy. Żadna z ofiar nie zmarła na skutek zamarznięcia. Jak wykazały sekcje zwłok - bezpośrednią przyczyną śmierci były obrażenia odniesione w momencie zawalenia się konstrukcji stalowej.
Rozliczenie winnych
Główną przyczyną zawalenia się dachu hali Międzynarodowych Targów Katowickich (MTK) w styczniu 2006 r. były błędy projektowe i wykonawcze, które sprawiły, że konstrukcja nie była w stanie wytrzymać ciężaru zalegającego śniegu i lodu.
Wyrok Sądu Okręgowego w Katowicach z czerwca 2016 r. oraz Sądu Apelacyjnego w Katowicach z września 2017 r. ostatecznie potwierdziły winę projektanta i zarządców obiektu.
Jacek J., główny projektant, został skazany na 9 lat więzienia. Sąd uznał go za winnego sprowadzenia katastrofy z tzw. winy umyślnej (zamiar ewentualny), ponieważ wiedział o wadach projektu i nie podjął działań naprawczych.
Nowozelandczyk Bruce R., były członek zarządu MTK został skazany na 1,5 roku więzienia. Sąd uznał, że Bruce R. postąpił niedbale, nie zachował należytej ostrożności, co doprowadziło do katastrofy, ponadto mógł on przewidzieć, że dojdzie do tragedii.
Ryszard Z., były członek zarządu MTK został skazany na 2 lata więzienia. Maria K., powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Chorzowie została skazana na 2 lata więzienia. Grzegorz S., rzeczoznawca budowlany został skazany na 2 lata więzienia. Adam H., były dyrektor techniczny MTK został skazany na 1,5 roku więzienia.
28 stycznia 2006 r. w katastrofie budowlanej Międzynarodowych Targów Katowickich zginęło 65 osób, a ponad 170 zostało rannych.










