Karolina Wachowicz: Pamiętasz podróż, od której to wszystko tak naprawdę się zaczęło?
Dorota Kulesza: Zawsze byłam ciekawa świata, ale nie w turystycznym znaczeniu tego słowa. Nie podróżuję dla opalenizny, odpoczynku czy samej przyjemności zmiany miejsca. Zresztą podczas podróży właściwie nie wypoczywam. Wracam często bardziej zmęczona niż przed wyjazdem. Podróżowanie jest dla mnie sposobem poznawania świata. Interesuje mnie, jak żyją ludzie, których codzienność wygląda zupełnie inaczej niż moja. Jak wygląda ich dom, rodzina, praca, szkoła, co jedzą, w co wierzą, czego się boją, z czego są dumni. Co sprawiło, że ich świat jest właśnie taki. Dlatego nigdy nie wystarczało mi zobaczenie najważniejszego zabytku, zrobienie zdjęcia i pojechanie dalej. Chcę zobaczyć, co jest za tym obrazem.
Z czasem zaczęłam szukać miejsc, do których nie dotarła jeszcze turystyka. Im mniej gotowego obrazu mam przed wyjazdem, tym bardziej jestem ciekawa tego, co zastanę na miejscu. Obserwuję, pytam, porównuję, próbuję zrozumieć. A kiedy wracam, często mam więcej pytań niż przed wyjazdem.
Odwiedziłaś wiele miejsc na świecie. Co musi się zadziać, żeby któreś z nich zostało z tobą na dłużej?
Nie potrafię przywiązać się do miejsca tylko dlatego, że jest piękne. Pięknych miejsc jest na świecie mnóstwo. Zostają ze mną te, w których poznałam czyjąś historię albo zobaczyłam coś, czego wcześniej nie rozumiałam, o czym nie miałam pojęcia a nawet trudno mi sobie wyobrazić siebie w tych warunkach. Gra mi wtedy w głowie utwór grupy Perfect - "Bujanie w obłokach" i jej pierwsze cztery wersy:
Czasem myślę co by stało się
Gdyby bocian co mnie niósł
Przez pomyłkę wybrał inny dom
Gdzieś daleko stąd zrobił zrzut
Ciekawi mnie to inne życie. Dlatego po latach potrafię pamiętać czyjąś twarz, sposób mówienia czy konkretną sytuację, a nie pamiętać nazwy hotelu. Interesuje mnie życie poza tym, co przygotowano dla turystów. Jak wygląda targ, szkoła, dom. Jak ludzie radzą sobie z czymś, co dla nas byłoby problemem nie do wyobrażenia.

Jak trafiłaś do Etiopii? Dlaczego właśnie ten kraj?
Zawsze miałam potrzebę poruszania się trochę pod prąd, otwiera się w nowym oknie. Kiedy jakiś kierunek staje się modny, pojawia się w katalogach, na Instagramie, w ofertach biur podróży i wszyscy zaczynają jeździć w to samo miejsce, czuję odpychanie. Zaczyna mnie ciągnąć gdzie indziej. W drugą stronę. Nie dlatego, że chcę być na przekór. Po prostu bardziej ciekawi mnie to, czego jeszcze nie znam. Szukam miejsc, które nie kojarzą się z wakacjami. Takich, do których nie jedzie się po słońce, hotel i odpoczynek. Miejsc, w których sama obecność turysty jest trochę czymś niezwykłym.
I właśnie dlatego pojawiła się Etiopia. Nie jechałam tam z fascynacją Afryką. Jechałam, bo chciałam zobaczyć miejsce, które wydawało mi się zupełnie nieoczywiste. Odległe od tego, co znamy z folderów i reklam. Byłam ciekawa, jak wygląda świat, do którego właściwie nie ma po co jechać.
Pamiętam to poczucie, że jadę gdzieś, o czym niewiele wiem i czego nie da się łatwo przewidzieć. Właśnie to lubię w podróżach najbardziej: moment, kiedy nie mam już gotowego obrazka w głowie. To poczucie, że naprawdę wyjechałam poza świat, który znam.
I wtedy wydarzyło się coś, czego zupełnie nie planowałam. Pojechałam do Etiopii, żeby zobaczyć nieznane miejsce. A zostałam z ludźmi, których nie potrafiłam już traktować jak przypadkowych bohaterów jednej podróży.
Z jakim wyobrażeniem o Etiopii jechałaś? Sprawdziło się?
Myślę, że każdy jedzie gdzieś z jakimś wyobrażeniem. Nawet jeśli bardzo chce się od niego uwolnić. Miałam swoje. I bardzo szybko zaczęły się rozpadać. Etiopia nie jest jednym obrazem. Nie jest tylko suszą, biedą, plemionami i pięknymi krajobrazami. Jest też zwyczajnym życiem. Ludźmi, którzy mają swoje ambicje, poczucie humoru, dumę, konflikty i marzenia.
Bardzo łatwo patrzeć na Afrykę przez gotowy filtr. Zobaczyć kobietę w tradycyjnym stroju, dziecko, wojownika, wyschniętą ziemię i pomyśleć: oto Afryka.
Tylko że za tym obrazem zawsze jest człowiek, jego historia, codzienność, przyszłość. Im dłużej jestem w Etiopii, tym mniej interesuje mnie egzotyczny obraz tego kontynentu, a coraz bardziej to, co znajduje się pod nim.

Czy był konkretny moment albo spotkanie, po którym pomyślałaś: chcę zrobić tutaj coś więcej niż tylko przyjechać jako turystka?
Tak. I pamiętam go bardzo dokładnie, bo właściwie od niego zaczęła się historia CoolFoundation. Podczas naszej pierwszej podróży do Etiopii dotarliśmy do Doliny Omo, do społeczności Arbore. Zobaczyliśmy, jak wygląda tam problem z wodą. Kobiety i dzieci pokonują wiele kilometrów, żeby ją przynieść, w upale, z ciężkimi pojemnikami. Woda, która dla nas jest czymś oczywistym, tam wyznacza rytm całego dnia. I wtedy, trochę spontanicznie, powiedzieliśmy sobie: a może wybudujemy im studnię?
Nie mieliśmy pojęcia, w co się pakujemy. Nie wiedzieliśmy, ile będzie kosztował odwiert, jak głęboko trzeba będzie szukać wody, jakie będą potrzebne pozwolenia i jak skomplikowana okaże się logistyka. Wiedzieliśmy tylko, że ludzie, których właśnie poznaliśmy, potrzebują wody.
Dopiero później zaczęliśmy sprawdzać, co właściwie oznacza wybudowanie studni w takim miejscu. Okazało się, że to poważna inwestycja, wymagająca odwiertu, badań, odpowiedniego sprzętu, wykonawcy, pozwoleń i całej logistyki. Ale skoro raz powiedzieliśmy "spróbujemy", trzeba było spróbować. I tak pomysł, który narodził się podczas rozmowy w Arbore, zaczął zamieniać się w konkretny projekt.
Czy były też takie sytuacje, w których Etiopia przestała być dla ciebie "poznawaniem egzotycznego świata", a stała się po prostu spotkaniem z drugim człowiekiem?
Tak. Było ich wiele. Jedna z takich sytuacji wydarzyła się podczas spotkania ze społecznością Mursi. To jeden z najsurowszych, najbardziej odizolowanych i bezwzględnych obszarów zamieszkanych przez człowieka.
Zjeżdżając z przetartych szlaków w stronę Parku Narodowego Mago, zmienia się nie tylko krajobraz, ale i sama atmosfera powietrza. Znika gdzieś ulotna radość podróży, a w jej miejsce wkrada się ciche przygnębienie i podskórny niepokój. Nasze auto z napędem cztery na cztery przedzierało się przez gęstwę ostrych krzewów i wysuszonych gałęzi, które z głośnym, monotonnym świstem smagały szyby samochodu. Głębokie koleiny i bezdroża skutecznie odcinają ten świat od reszty cywilizacji. Od najbliższego miasta, Dżinki, gdzie znajduje się jedyny w tym rejonie szpital, dzieli ich dystans, który w tych warunkach staje się barierą wręcz nie do przebycia.
Gdy zatrzymaliśmy się w wiosce, pod rozłożystą koroną drzewa zauważyliśmy młodą kobietę. Siedziała na ziemi w towarzystwie innej - być może matki, sąsiadki lub przyjaciółki. Jej twarz była skrajnie wyniszczona bólem i wycieńczeniem. Noga kobiety była nienaturalnie wykrzywiona i owinięta brudnym, zużytym materiałem. Jak się dowiedzieliśmy, od ponad miesiąca żyła z ciężkim, otwartym złamaniem, konsekwencją brutalnego pobicia przez pijanego męża. W naszej rzeczywistości pierwszą, wręcz odruchową reakcją na taki widok jest pytanie: dlaczego nikt jej nie pomógł? Czemu nie pojechali do szpitala?
Odpowiedź przyniosły same warunki, w jakich się znajdowaliśmy. Żadna karetka tutaj nie dojedzie - brak dróg i ekstremalny teren bezlitośnie eliminują służby medyczne. Drugą, znacznie twardszą barierą okazała się ta ekonomiczna i mentalna. Postanowiliśmy drążyć sprawę i zrobić wszystko, by sprowadzić dla niej ratunek. Kiedy zapytaliśmy, ile kosztowałoby zorganizowanie prywatnego transportu, który mógłby przebyć tak trudny teren i zabrać ją do Dżinki, odpowiedź zwaliła nas z nóg. Równowartość około 150 złotych. Na tyle w tym miejscu wyceniono ludzkie zdrowie i życie. Kwota, która dla nas jest drobnym wydatkiem, dla nich stanowiła barierę nie do przebicia. Natychmiast zadeklarowaliśmy sfinansowanie transportu, by przewieźć ją przez te trudne bezdroża wprost do szpitala w Dżince.
Stanęliśmy w progach tej placówki medycznej. Odrapane, żółte ściany, staromodne wiatraki sufitowe powoli mieszające gorące powietrze i tablice korkowe ogłoszone procedurami medycznymi - to tu przebiega granica między tradycyjnym światem Doliny Omo a współczesną medycyną. Na korytarzach, na prostych metalowych łóżkach i drewnianych ławkach, w milczeniu czekali inni chorzy. Czuć było zapach płynów dezynfekcyjnych mieszający się z kurzem afrykańskiej drogi. To spotkanie przypomniało nam, że pod warstwą tradycji, ozdób i kulturowej odmienności, na samym końcu zawsze pozostaje nagie, ludzkie cierpienie i prosta sprawa: czy znajdzie się ktoś, kto poda dłoń, zanim będzie za późno.

Dolina Omo jest jednak miejscem, w którym ta różnorodność kultur jest wyjątkowo widoczna. Co najbardziej cię tam fascynuje?
W Dolinie Omo spotykamy między innymi Arbore, Ari, Hamer, Mursi, Karo, Dasanech czy Konso. Każda z tych społeczności ma własną historię, obyczaje i sposób funkcjonowania. Ale z czasem coraz mniej interesowała mnie sama egzotyka. Bo egzotyka jest wygodna. Pozwala spojrzeć na czyjeś życie jak na obraz. Kobieta w tradycyjnym stroju. Dziecko. Wojownik. Ozdoby. Taniec. Zrobić zdjęcie i pojechać dalej. A za tym obrazem zawsze jest człowiek. Kobieta, która rano musi zdobyć wodę. Dziecko, które chce iść do szkoły. Rodzina, która zastanawia się, co zrobić, kiedy kolejna pora deszczowa nie przyniesie wystarczającej ilości wody. Mężczyzna, który próbuje zachować sposób życia swoich przodków, choć świat wokół niego zmienia się coraz szybciej. To właśnie mnie interesuje. Nie sama odmienność, ale to, jak ci ludzie próbują zachować własną tożsamość w świecie, który coraz mocniej się zmienia.
Jedną z osób, z którymi masz dziś stały kontakt, jest wasz przewodnik pochodzący z plemienia Ari. Jego historia jest chyba równie ciekawa jak sama podróż?
Tak, bo on jest dziś częścią naszej historii z Etiopią. Od pierwszej podróży pozostajemy w stałym kontakcie. Jest naszym przewodnikiem, ale również pośrednikiem, wsparciem i osobą, która pomaga nam pilnować spraw związanych z fundacją na miejscu.
A jego własna historia bardzo dużo mówi o możliwościach, jakie daje edukacja. Wychował się w domu bez prądu i bez wody. W jednej izbie, na klepisku. Spał na skórze krowy, tak jak do dziś śpi wiele osób w jego rodzinnych stronach.
Jego matka pędziła arak i sprzedawała go na lokalnym targu. Z tych pieniędzy utrzymywała rodzinę i finansowała jego naukę. Uparcie pilnowała, żeby skończył szkołę, a później wspierała go, kiedy wyjechał na studia do Addis Abeby. Dzisiaj mówi doskonale po angielsku, jest świetnie wykształcony, bardzo inteligentny i niezwykle pracowity i zaradny. Potrafi odnaleźć się w swojej rodzinnej wiosce, ale też w Addis Abebie czy podczas rozmowy z ludźmi z całego świata. Kiedy patrzę na jego drogę, myślę o tym, jak łatwo przyzwyczajamy się do tego, że wszystko musi być gotowe, żebyśmy mogli zacząć działać. On nie miał własnego pokoju, biurka, komputera ani prądu. Miał matkę, która wierzyła, że edukacja może zmienić jego życie, i własną determinację, żeby tę szansę wykorzystać. Nie chcę przez to romantyzować biedy. Brak wody czy prądu nie jest żadną wartością. Ale jego historia pokazuje, że czasami człowiek potrafi zrobić bardzo dużo z bardzo niewielu rzeczy, jeśli ma talent, ambicję, pracowitość i kogoś, kto nie pozwoli mu się poddać.
To właśnie z takich doświadczeń narodziła się CoolFoundation. Jak wyglądała droga od pomysłu do realnego działania?
CoolFoundation nie powstała przy biurku. Najpierw była Arbore i pomysł studni. Potem zaczęliśmy dostrzegać kolejne potrzeby. W Ari są dzieci, które potrzebują podstawowych rzeczy do życia i nauki. Zaczęli zgłaszać się ludzie, którzy pytali, jak mogą pomóc. Pojawiły się zbiórki, aukcje, wpłaty i w końcu fundacja.
Od początku zależało mi jednak na jednej rzeczy: żeby pomoc była konkretna i żeby pieniądze, otwiera się w nowym oknie były przeznaczone na pomoc, a nie na utrzymywanie organizacji. Ani ja, ani nikt, kto działa w fundacji, nie pobiera wynagrodzenia. Ani złotówki. Nie mamy etatów, premii ani ukrytych kosztów. Koszty administracyjne i organizacyjne pokrywamy sami, z własnych środków. Chcemy, żeby pieniądze przekazywane przez darczyńców rzeczywiście trafiły tam, gdzie są potrzebne. Dlatego od początku postawiliśmy też na pełną przejrzystość. Mamy Niezależny Komitet Zaufania, który ma wgląd w historię konta fundacji i dokumentację księgową. Dla mnie to kwestia elementarnej uczciwości i działania w 100 proc. pro bono. Jeżeli ktoś daje pieniądze na pomoc dziecku w Etiopii, powinien mieć możliwość sprawdzenia, co się z nimi stało.
Na co konkretnie przeznaczacie tę pomoc?
W przypadku Arbore naszym głównym projektem jest studnia. W Ari koncentrujemy się przede wszystkim na dzieciach i edukacji. Pomagaliśmy już między innymi w zakupie materacy, obuwia, żywności, laptopa, projektora i generatora prądu. Dostarczamy też ubrania, zabawki. Projektor może brzmieć jak coś zupełnie zwyczajnego. Ale jeżeli w szkole można dzięki niemu wyświetlić dzieciom materiał edukacyjny czy bajkę, nagle zwyczajny przedmiot zaczyna mieć zupełnie inne znaczenie. Podobnie z generatorem. Butami. Piłkami do gry czy przyborami szkolnymi. To nie są rzeczy spektakularne. Ale pomoc nie musi być spektakularna. Ma być potrzebna.
Powiedz proszę, bo może to nie dla wszystkich jest oczywiste, dlaczego tak ważna jest właśnie edukacja?
Bo widzę, co może zrobić z człowiekiem. Nasz przewodnik z Ari jest tego najlepszym przykładem. Jego matka nie mogła zapewnić mu wygodnego dzieciństwa. Mogła natomiast dopilnować jednej rzeczy: żeby się uczył. I zrobiła to. Dzięki temu człowiek, który wychował się bez prądu, wody i podstawowych wygód, skończył studia w Addis Abebie i dziś potrafi pracować w świecie, który jest bardzo daleko od tego, w którym dorastał. Dlatego kiedy myślę o dzieciach z Ari, nie myślę tylko o tym, żeby miały buty czy materace. Chciałabym, żeby miały możliwość wyboru. Żeby edukacja nie była dla nich czymś, co kończy się tam, gdzie kończy się ich wioska.

Jak wygląda organizowanie takiej pomocy od środka?
Trudniej, niż można sobie wyobrazić. Samo zebranie pieniędzy jest dopiero początkiem. Potem trzeba znaleźć ludzi, którym można zaufać, sprawdzić ceny, znaleźć wykonawcę, załatwić pozwolenia, zorganizować transport i pilnować kolejnych etapów. Etiopia ma swoją logikę i swoje tempo. Nie wszystko można załatwić jednym telefonem. Czasem trzeba pojechać. Porozmawiać. Poczekać. Wrócić do rozmowy. Dlatego tak ważny jest dla nas człowiek na miejscu. Nasz przewodnik z Ari nie jest kimś, kto pojawia się tylko wtedy, kiedy przyjeżdżamy. Dzięki stałemu kontaktowi możemy sprawdzać, co dzieje się z projektami, czego aktualnie potrzeba i co możemy zrobić dalej. To zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności niż wysłanie pieniędzy i oczekiwanie, że ktoś gdzieś się wszystkim zajmie.
Czy podróżowanie zmieniło twój sposób patrzenia na pomaganie?
Zdecydowanie. Kiedyś wydawało mi się, że pomoc polega przede wszystkim na tym, żeby coś dać. Dzisiaj wiem, że trudniejsze jest odpowiedzieć sobie na pytanie: co właściwie warto dać? Nie zawsze to, co nam wydaje się potrzebne, jest tym, czego naprawdę potrzebują ludzie na miejscu. Dlatego trzeba słuchać. Nie przyjeżdżać z gotowym rozwiązaniem. Nie zakładać, że wiemy lepiej. I przede wszystkim wracać.
Jeżeli chcemy komuś pomagać, dobrze jest zobaczyć, co wydarzyło się po pierwszej pomocy. Czy coś rzeczywiście się zmieniło. Czy rozwiązanie działa. Czy pojawił się kolejny problem. Dlatego nasze powroty do Etiopii są dla mnie tak ważne. To nie są już tylko kolejne wyjazdy. Wracamy też do ludzi i spraw, które rozpoczęliśmy wcześniej.
Co chciałabyś, żeby dzięki CoolFoundation zmieniło się w życiu tych ludzi za kilka lat?
Chciałabym, żeby za kilka lat nie trzeba było wracać do tych samych problemów. Żeby w Arbore była woda. Żeby dzieci z Ari mogły regularnie chodzić do szkoły. Żeby szkoła miała podstawowe wyposażenie. I żeby pomoc, którą dzisiaj przywozimy, z czasem przestała być potrzebna. Nie chcę budować zależności. Chcę budować możliwości.
Gdy wywiercimy studnię, chciałabym, żeby służyła ludziom przez lata. Jeżeli pomagamy w edukacji, chciałabym, żeby dzięki temu kolejne dzieci miały większy wybór w dorosłym życiu. Nie interesuje mnie pomoc, która dobrze wygląda na zdjęciu. Interesuje mnie taka, po której coś zostaje.
Masz już w głowie kolejne projekty?
Oczywiście. W Etiopii potrzeb jest znacznie więcej niż jedna studnia i jedna szkoła. Ale wiem, że nie można robić wszystkiego naraz. W wiosce Bazet, gdzie od jakiegoś czasu opiekujemy się dziećmi z plemienia Ari chcemy doposażyć szkołę. Nadać jej kształt drugiego domu dla nich. I zorganizować w niej to - czego w domu nie mają i długo nie będą mieć - prąd, bieżąca woda z kranu. To początek. Najpierw jedna rzecz. Potem trzeba wrócić i zobaczyć, co się wydarzyło. Porozmawiać z ludźmi. Sprawdzić, co działa. Dopiero wtedy decydować, co dalej.
To jest też coś, czego nauczyły mnie podróże. Nie można przyjechać do czyjegoś świata z przekonaniem, że w kilka dni rozwiąże się jego problemy.
Powiedz czy po tylu podróżach nadal potrafisz zachwycać się światem?
Tak, ale chyba inaczej niż kiedyś. Coraz mniej zachwycają mnie same miejsca. Bardziej ludzie i ich historie. Ktoś, kto potrafi zbudować swoje życie mimo warunków, w których większość z nas nie potrafiłaby sobie wyobrazić dorastania. Kobieta, która każdego dnia organizuje życie swojej rodziny wokół dostępu do wody. Dziecko, które chce się uczyć. Człowiek, który zna dwa światy: ten, z którego pochodzi, i ten, do którego dotarł dzięki edukacji.
Czego nauczyła cię Etiopia o tobie samej?
Że bardzo łatwo oceniać cudze życie z własnej perspektywy. Dopiero kiedy zaczynasz poznawać ludzi, rozumiesz, jak niewiele wiesz o ich wyborach i ograniczeniach. Nauczyła mnie też pokory wobec własnych przyzwyczajeń. Woda lecąca z kranu. Prąd. Łóżko. Szkoła. Samochód, który można naprawić w warsztacie. Internet. Przestajesz patrzeć na te rzeczy jak na oczywistość. Ale nie chodzi o to, żeby po powrocie cieszyć się, że mamy więcej niż inni. Chodzi o świadomość, że warunki, w których się urodziliśmy, w dużej mierze decydują o tym, jakie mamy możliwości. I że jeżeli mamy więcej możliwości, możemy czasem zrobić z nimi coś więcej niż tylko korzystać z nich dla siebie.

Czym więc jest dziś dla ciebie podróż?
Poznawaniem. Nie odpoczynkiem. Nie kolekcjonowaniem krajów. Nie liczbą odwiedzonych miejsc. Poznawaniem świata przez ludzi. Ich domy, pracę, jedzenie, język, historię, religię, relacje, sposób wychowywania dzieci. To wszystko mówi o miejscu znacznie więcej niż lista zabytków. Najbardziej lubię podróże, po których nie wracam z poczuciem, że "zobaczyłam wszystko". Wracam raczej z poczuciem, że wiem, jak mało wiem.
Do Etiopii wracam już nie tylko dlatego, że wciąż mam tam coś do zobaczenia. Wracam do ludzi, których znam. Do spraw, które zaczęliśmy. Do miejsc, które przestały być anonimowe.
Pierwszy raz pojechałam tam, bo chciałam zobaczyć kraj, który nie był jeszcze turystycznym obrazkiem. Dzisiaj wracam, bo mam tam ludzi i odpowiedzialność za rzeczy, które zaczęły się podczas tamtej pierwszej podróży. To chyba jest największa zmiana, jaką podróż może przynieść.
Najpierw jedziesz gdzieś, żeby poznać świat. Potem zaczynasz wracać, bo ten świat stał się częścią twojego życia.















