Dzietność spada, ale świadomość rośnie. Paulina Małochleb o rodzicielstwie w Polsce
Macierzyństwo bez lukru i bez mitów. Zamiast instagramowej sielanki - zmęczenie, presja i system, który coraz częściej zostawia rodziców samych sobie. Paulina Małochleb, krytyczka literacka, badaczka i wykładowczyni akademicka, w książce "Mięśnie mam od miłości" rozbraja społeczne wyobrażenia o rodzinie i stawia niewygodne pytania: czy w Polsce naprawdę da się mieć dzieci bez poczucia, że płaci się za to zbyt wysoką cenę?

W swojej książce "Mięśnie mam od miłości" Paulina Małochleb opisuje macierzyństwo z perspektywy matki, Polki, kobiety, feministki i badaczki. Opisuje zmiany, które zaszły na przestrzeni ostatnich wieków w tym, jak zmienia się ciężar dźwiganych przez matki obowiązków, poświęceń i oczekiwań. Obok presji jest jednak także miłość. Z panoramicznego obrazu rodziny, matki i kobiety płynnie przenosi się w skalę mikro: budowania relacji, codziennego gotowania obiadu, rozmów z dziećmi i dotyku małej rączki, który uziemia.
W książce nie brakuje także trafnych, choć ostrych, obserwacji dotyczących współczesnych bolączek osób opiekuńczych: niewidzialności dzieci w przestrzeni publicznej, pomimo deklarowanej świętości rodziny, czy przyczyn spadku demografii. Boleśnie prawdziwie, uderzając w najczulsze struny człowieczeństwa, pyta o kondycję współczesnej rodziny - najczęściej zatomizowanej - i o to, czy da się pod presją oczekiwań z kneblem: "chciałaś dzieci, to masz" znaleźć swoje miejsce w ciasnej przestrzeni społeczeństwa.
Olga Klamecka, Interia: W książce "Mięśnie mam od miłości" dokłada pani swoją "cegiełkę" do procesu "zdzierania" kolejnych lukrowanych latami warstw pokrywających macierzyństwo i odsłania prawdę na jego temat. Jak ocenia pani przebieg tego procesu?
Paulina Małochleb: - W macierzyństwie lukier przeplata się z popiołem - jednak dopiero od kilkudziesięciu lat widzimy obie te warstwy w pełni. Patrząc na historię macierzyństwa przez epoki: z biologicznego punktu widzenia dopiero od pokolenia naszych rodziców macierzyństwo stało się świadomym wyborem, choć też nie dla wszystkich. Jaki jest tego rezultat? Największy w historii spadek dzietności. Okazuje się, że osoby, których dotyczy problem rodzenia i wychowywania, są bardzo świadome ceny, jaką za to zapłacą.
- Paradoksalnie to, że lukier pęka i wysypuje się z niego popiół, to bardzo dobrze. Bo z decyzji o posiadaniu dzieci nie sposób się wykręcić, zrzucić jej konsekwencje. Przywilej patriarchatu w przypadku mężczyzn polega jednak na tym, że to mężczyźni sami określają, czy i jak się opiekują swoimi dziećmi, a kobiety dostają ten obowiązek z automatu.

W swojej książce często sięga pani do historii. Jak na przestrzeni epok zmieniała się rola matki i sposób opieki nad dziećmi?
- Przez całe wieki kobiety z zamożnych rodzin miały opiekunki do dzieci, a rzemieślniczki i chłopki zabierały dzieci ze sobą do pracy. To stąd mająca na celu zawstydzić nas narracja: "Chcecie znieczulenia przy porodzie, a kiedyś nasze babki dzieci nawet w pole zabierały".
- Takie książki jak "Chłopki" czy "Akuszerki" pokazują kobiety jako osoby do dzieci przywiązane, ale jednocześnie takie, które nie musiały opiekować się nimi przez całą dobę - bo obowiązki te przejmowały starsze dzieci w rodzinie albo niańki i guwernantki w rodzinach szlacheckich. Dla dzieci robotnic w XIX w. przy fabrykach i szwalniach organizowane były żłobki, by kobiety mogły spędzić przy warsztacie cały dzień. To był oczywiście system wyzysku, który pozwalał na drenowanie sił kobiet, bo ich dniówka wynosiła raczej 10-12 godzin, nie osiem. Gdy teraz słyszę, że korporacje chwalą się żłobkami powstającymi przy zakładach pracy, mam ochotę klasnąć w dłonie i powiedzieć: "Wspaniale, wróciliśmy do osiągnięcia sprzed 150 lat".
Relacja państwa i rodziny nie jest tak cukierkowa, jak się może wydawać. Jak ona wygląda, odkąd funkcjonujemy w familializmie, czyli ustroju zakładającym, że podstawową składową społeczeństwa nie jest jednostka, ale rodzina?
- Od 1989 roku w Polsce, niezależnie od tego, kto rządzi, kolejne ekipy "nie ruszają" rodziny, uznając ją za "prywatną przestrzeń". Ona jest wyłącznie oddana rodzicom, czyli w porządku ideologicznym ojcu, w porządku organizacyjnym - matce. Państwo stopniowo wycofuje się z socjalnych osiągnięć: nie ma w szkole dentysty, higienistki, lekarza. Obiady bezpłatne są tylko dla tych, którzy nie osiągają pewnego dochodu.
- Rzadko organizuje się dodatkowe zajęcia, bo szkoły nie mają na to budżetów, lekcje kończą się o 11, i to my organizujemy im cały czas później - po nauczaniu początkowym dziecko traci prawo do świetlicy. Mała dzietność sprawia też, że w niektórych regionach Polski trzeba rodzić na SOR, potem dowozić dzieci do szkoły - często coraz dalej, bo przez małą dzietność placówki w małych miejscowościach się zamykają. Polska to kraj, który nie lubi dzieci.
Dziś dzietność spada, ale jednocześnie rośnie świadomość związana z rodzicielstwem. Jak te rzeczy wpłyną na demografię w dłuższej perspektywie?
- Będzie rósł poziom frustracji. Żyjemy w świecie, w którym stawiamy na siebie: samorozwój, samodoskonalenie. Wyrośliśmy w kulturze "ja", a rodzicielstwo to "ja" spycha na dalszy plan. Ludzie, którzy się decydują na rodzicielstwo, wiedzą, że trudno jest wychowywać, bo cudze potrzeby trzeba postawić przed swoimi. Ja się cieszę, że dzietność w Polsce spada, bo dopiero to - być może - doprowadzi do prawdziwej debaty społecznej, skoro głosu kobiet się nie słucha i lekceważy ich potrzeby. W tym wypadku kobiety głosują polityką faktów.

To bardzo odważna teza.
- O prawach kobiet w studiach telewizyjnych dyskutują najczęściej mężczyźni, a kobiety stawiające żądania, protestujące, są nazywane sukami, wściekłymi matkami, alimenciarami, madkami. Gdy podejmujemy dyskusję o zwiększającej się liczbie cesarek, pada pytanie, czy prawo nie powinno zmuszać kobiet do rodzenia naturalnego. A prawo do aborcji? Zapomnij! Aborcja, jeśli jest w Polsce legalna, nie jest jednocześnie bezpieczna. Kontrole, obserwacja, policja. Kobiety traktowane są jak zwierzęta, którymi trzeba pokierować, myśleć i podejmować za nie decyzje.
- Ponieważ to kobiety zachodzą w ciążę i rodzą, podjęły decyzję: "nie będziemy tego robić. Nie mamy pracy na stałe, nie mamy mieszkań, nasze pensje są niższe niż męskie, ceny opieki nad małymi dziećmi poszybowały w górę - system stawia potężny opór". Jeżeli nie da się dyskutować, kolejne ekipy zdradzają i nie wywiązują się z obietnic wyborczych, to będziemy dyskutować za pomocą faktów. Chyba, że będzie jak w Rosji, która zamierza wysyłać kobiety, które nie chcą dzieci, do psychiatry.
Przejdźmy do wychowania. Czy to, jak mówimy do dzieci i jakie wartości im przekazujemy, może realnie zmienić społeczne schematy i stereotypy?
- Wszystkie teorie pedagogiczne mówią o tym, że dzieci nie uczą się, słuchając nas, tylko naśladując nasze zachowania. Próby wychowywania poprzez wykłady nie zdają egzaminu. Jeśli skupiamy się tylko na naszej rodzinie, nie możemy oczekiwać, że dzieci będą budować wspólnotę czy będą chętne do pomocy. Jeśli uczymy ich ślepego posłuszeństwa i całowania w rękę autorytetu, nie oczekujmy, że po 18 urodzinach staną się asertywnymi jednostkami. Szkoła i żaden system zewnętrzny nie przekaże, nie nauczy ich postaw, jeżeli czegoś nie wyniosą z domu. Dziecko odwzorowuje zachowania rodziców.
A co z językiem i codziennymi komunikatami?
- Jeśli się w domu przeklina - dzieci będą przeklinać, jeśli używamy języka przemocowego, pogardy, wyśmiewania - utrwali się w kolejnym pokoleniu. Rozmowy prowadzone po pracy, w domu, kiedy spuszczamy ciśnienie i się odprężamy, nie są niewinne, bo słyszą je małe uszka. Z dziećmi jest tak, że kto pierwszy zapisze tę białą tablicę, ten wygrywa. Jak matka mówi na ludzi na ulicy "ciapaci", to nikt nie przebije tego straszliwego komunikatu domowego, nawet nauczyciele. Jeśli ojciec mówi do dzieci "nie histeryzuj", "nie przesadzaj" - nie wychowamy pokolenia asertywnego i dojrzałego emocjonalnie.

W książce pisze pani o tej "niewidzialności" dzieci i opiekunów w kraju, który - teoretycznie - wynosi rodzinę na piedestał. Skąd ten paradoks?
- Polacy zajmują tylko swoją rodziną. Nas nie interesują rodziny innych, no chyba, że chcemy akurat coś skomentować w internecie. Państwo nie wnika w to, co się dzieje w domach, dlatego tak trudno jest na przykład założyć niebieską kartę. Jesteśmy zabiegani, mamy dzieci pod opieką w całości, w każdym aspekcie życia. System mówi, że masz pełną władzę i pełną kontrolę, ale z nim wiąże się też pełna odpowiedzialność. Uczymy też dzieci, że jak ktoś leży na ulicy, to mówimy: "zostaw, nie patrz, to ktoś pijany". Odciągamy ich od ludzi i uczymy obojętności, pogardy. Jak często używamy przy nich słowa "patologia"? Dzieci zauważane są tylko, gdy przeszkadzają, są zbyt słyszalne.
Opowiadając o książce, w filmie promującym ją stwierdziła pani, że pytanie o to, czy jest się dobrym rodzicem to przejaw narcyzmu. Dlaczego?
- Gdy skupiamy się nad tym, czy jesteśmy dobrymi rodzicami, gdy to jest główny obszar naszej refleksji, stawiamy siebie na pierwszym planie: "czy dobrze wykonuję obowiązki, czy jestem wystarczająco dobrą mamą?". Nie ma w tym zdaniu dziecka, nie ma miejsca na relację. Taka koncentracja na ocenianiu siebie jest też krzywdząca, bo z reguły nie spełniamy standardów, które sobie sami ustanawiamy.
- Zastąpmy to innymi pytaniami: ile czasu spędziłam z dzieckiem, czy udało mi się je nakarmić, pogadać, czy w jakiś sposób mu pomogłam i okazałam wsparcie, czy moje dziecko powiedziało mi coś ważnego, czy mieliśmy dziś moment relacji. Zamiast pytać, czy jestem dobrą/wystarczająco dobrą mamą albo tatą, należy się zastanawiać, jaką mamy relację, czy dobrze się dziećmi opiekujemy, czy budujemy wspólnotę. Kiedy ostatnio nakarmiliśmy nie swoje dziecko?
***
Jeśli lubisz być na bieżąco z trendami i tematami, które naprawdę mają znaczenie, Styl Interia to dobre miejsce na dalszą lekturę. Zajrzyj po więcej artykułów i wybierz coś dla siebie.









