W skrócie
- W programie poruszane są osobiste historie osób zmagających się z poważnymi problemami zdrowotnymi lub życiowymi, które, mimo trudności, znajdują w sobie siłę do walki i codziennego funkcjonowania.
- Twórcy programu przykładają dużą wagę do delikatności i autentyczności opowiadanych historii, dbając o komfort i emocje bohaterów, a także podkreślają znaczenie wsparcia psychologicznego i otwartej rozmowy.
- Główną osią programu jest pokazanie determinacji, odwagi oraz nadziei, które pozwalają bohaterom nie poddawać się nawet w bardzo trudnych sytuacjach życiowych.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Katarzyna Drelich: Program "Walka o życie" dotyka bardzo trudnych, często intymnych historii związanych z ciężkimi diagnozami i realną walką o zdrowie. W świecie, w którym silnie działa mechanizm sensacji, jaką rolę odgrywa delikatność w opowiadaniu takich historii i w prowadzeniu bohaterów przez ich doświadczenia, by nie przekroczyć granicy ich komfortu i bezpieczeństwa?
Katarzyna Zdanowicz: To jeden z najtrudniejszych rodzajów dokumentu, jaki znam. Bo stawka nie jest filmowa, jest ludzka. Musisz zadbać o komfort bohatera, jego poczucie bezpieczeństwa, swobodę. I cały czas czytać jego emocje. To najtrudniejsze, bo przy takich programach gotowego scenariusza po prostu nie ma.
Piszemy go, jasne, znamy historię, wiemy, jak chcemy ją opowiedzieć. Ale pracujemy z żywym człowiekiem, w materii, w której emocje skaczą od płaczu do nadziei w ciągu minuty. I ten scenariusz bardzo często lądował w koszu. Przyjeżdżaliśmy do rodziny, a na pierwszy plan nagle wychodził zupełnie inny wątek. Czasem trzeba było przerwać nagranie, bo ktoś po prostu nie mógł mówić, mimo rozmów, mimo ustaleń. Bo o pewnych rzeczach nie da się mówić na zawołanie.
W odcinkach są też dzieci, a one mają swój rytm. W danej chwili chcą czegoś zupełnie innego albo nie są gotowe. Tego nie zaplanujesz. I dlatego kilka historii poszło zupełnie inaczej, niż zakładaliśmy. Nie oceniam, czy lepiej, czy gorzej, wyszło prawdziwie. Dokładnie tak, jak powinno.
To była ogromna siła tej produkcji: nikt nie chciał "odhaczać" punktów z listy. W dokumencie podążasz za bohaterem, nie za planem. Czasem cała prawda mieści się w jednym geście, w chwili zawahania, w nagłym wycofaniu. To te momenty budują człowieka na ekranie, całe spektrum emocji osoby walczącej o zdrowie. I jej rodziny.
Co było dla ciebie najważniejsze przy tym projekcie? Co było takim elementem, który koniecznie chciałaś zawrzeć w każdej historii i odcinku?
Żeby pokazać, że w tym wszystkim najważniejsza jest głowa. Nastawienie. Ludzie wokół. Ale też coś, o czym mówi się rzadziej: że wsparcie nie może iść w drugą stronę, w unikanie rozmowy, której się boimy. Nie wiemy, jak zacząć, więc uciekamy.
Tak, dziś mówi się o emocjach więcej, jesteśmy bardziej świadomi. Ale żyjemy w bańce. Wyjdź poza swoje środowisko, a zobaczysz, ile osób wciąż nie potrafi się otworzyć, opowiedzieć o sobie, poprosić o pomoc. Bo "nie wypada". Bo "nie będę kogoś zamęczać". Bo "każdy ma swoje problemy".
Chcieliśmy też pokazać choroby, których nie da się schować. Na przykład otyłość. Wiele chorób można zamaskować, przykryć uśmiechem, udawać, że jest okej. Otyłości nie ukryjesz. A razem z nią przychodzi hejt, komentarze, wstyd i poczucie, że jest się gorszym.
I choroby onkologiczne, kiedy z dnia na dzień mierzysz się z czymś, czego się nie spodziewałeś. Dla kobiet utrata włosów, zmiana wyglądu, to ogromny cios. Życie staje w miejscu, a ty wciąż masz rodzinę, pracę, codzienność. I głowę pełną myśli, które nie dają spać.
Znam osoby, które nawet w pracy ukrywały chorobę czy terapię, bo to było tabu. A wtedy otoczenie, nawet chcąc pomóc, nie wie, czy w ogóle wolno zapytać.

Poruszyły mnie słowa Kamili, jednej z bohaterek, która powiedziała, że żałuje, że tak późno zgłosiła się po pomoc do psychoonkologa. To pokazuje, jak ważny jest ten aspekt, bo wiele osób nawet nie wie, że może korzystać z takiej pomocy.
To szalenie ważne. Kiedyś takiej pomocy praktycznie nie było. Dziś zaczyna się to zmieniać, choć wciąż nie wszędzie jest na wyciągnięcie ręki.
Ważne tym bardziej, że chronimy bliskich przed własnymi emocjami. Wiemy, że oni też cierpią, więc nie chcemy dokładać im ciężaru. A sami pękamy w środku i nie mamy z kim pogadać. I tu wchodzi specjalista, ktoś, kto zna te emocje, pracował z ludźmi w tym samym miejscu, potrafi spojrzeć z dystansu. Taka osoba potrafi przeprowadzić cię przez najgorsze.
To przestrzeń, w której możesz wyrzucić z siebie wszystko, lęki, wątpliwości, których nie pokazujesz rodzinie, właśnie po to, żeby ją chronić. My wiemy, czym jest psychoonkolog. Lekarze coraz częściej go proponują. Ale wciąż w wielu ludziach siedzi wstyd przed rozmową z obcym o tym, co najtrudniejsze. Dlatego samo pokazanie, że takie wsparcie istnieje, to już zaproszenie: skorzystaj, nie musisz nieść tego sam.
Bo często przy tego typu chorobach pojawia się też wypieranie, zarówno u osób chorych, jak i ich bliskich. Na ile podczas realizacji programu zobaczyłaś, że to może być forma mechanizmu obronnego, a na ile coś, co prowadzi człowieka w ślepy zaułek? Czy wypieranie czasami rzeczywiście może być dla kogoś formą ratunku?
Stawiam na świadomość, nie na wypieranie. Bo wyparty problem to za późno postawiona diagnoza, za późno podjęte leczenie. Każdy chce wierzyć, że "jakoś to będzie", ale medycyna poszła naprawdę daleko i grzech z tego nie korzystać.
Najważniejsza powinna być profilaktyka, a u nas wciąż jest z nią różnie. System leczy, zamiast zapobiegać. A wystarczyłyby regularne badania i trochę uważności, żeby ciężkich przypadków było mniej. Dlatego fanką wypierania nie jestem. Owszem, da się wypierać, do czasu. A potem przychodzi ściana. I bywa, że jest już za późno, żeby zareagować.
Tylko że do takiej świadomości potrzeba dojrzałości i gotowości, żeby zadbać o siebie. Żeby przestać stawiać siebie na końcu listy, po pracy, dzieciach, obowiązkach, partnerze. I to dotyczy tak samo kobiet, jak mężczyzn.
Poruszyła mnie historia dziewczyny, która miała poparzone 70 procent ciała. My patrzymy na to tak: przeżyła, jest leczenie, idzie do przodu. Dla niej przeżycie było wszystkim. Ale potem zaczyna się druga walka, powrót do życia i zmierzenie się ze sobą od nowa.
Energiczna kobieta, spełniona zawodowo, silna, taka, co wszystko trzymała w garści. I nagle życie wywrócone do góry nogami. A potem jeszcze konfrontacja z własną kobiecością i wyglądem.
Mówi się: "najważniejsze to mieć wspierającego partnera". To prawda, to ogromne szczęście mieć obok kogoś, kto cię nie zostawi. Ale nawet jeśli dostajesz ocean miłości, siebie i tak musisz pokochać sama, od nowa. Od tego nie uciekniesz. Codziennie stajesz przed lustrem i widzisz ciało, które już nie wygląda jak kiedyś. Takie historie uczą pokory. I tego, że doceniamy dopiero to, co już straciliśmy.
A jej mąż. Wielki, silny facet, który w trakcie rozmowy łamał się w sekundę. Widać było, jak ją kocha i jak przeżywa to razem z nią. Nawet w tym, jak na nią patrzył, jak denerwował się przed zabiegami, było więcej niż w niejednym wyznaniu. I pomyślałam: w czasach, gdy relacje bywają tak powierzchowne, mieć obok prawdziwego partnera i przyjaciela to wygrana na loterii.
Czyli połowa sukcesu to wsparcie bliskich i w takich sytuacjach ma ono ogromną wartość. Ale czy mimo tego, że te historie są różne, widzisz jakiś wspólny element u bohaterów?
Determinacja. Chęć powrotu do życia, do marzeń, planów, zwykłej codzienności. Dziewczyna z tłuszczakami na kręgosłupie, która marzy o wyprowadzce od rodziców i normalnym funkcjonowaniu, ale choroba ją trzyma. Kamila. Albert. Wszędzie ta sama potrzeba: zawalczyć o siebie.
A u dziewczyny, która straciła sprawność, dochodzi jeszcze walka o coś rozbrajająco prostego, żeby móc przytulić własne dziecko.
I to ich łączy: odwaga, żeby stanąć do walki o własne życie. Bo kiedy masz odwagę, zaczynasz inaczej myśleć, inaczej ustawiasz cele i krok po kroku budujesz wiarę, że będzie lepiej.
Czy twoim zdaniem każdy z nas ma w sobie taką siłę i determinację, żeby poradzić sobie z tak trudną sytuacją, która wpływa nie tylko na jakość życia, ale czasem wręcz na jego dalszy ciąg?
Nie. Nie każdy ma w sobie taką siłę, albo nie wie, że ją w sobie nosi. I właśnie dla tych, którzy na starcie jej nie czują, robiliśmy ten program. Żeby zobaczyli w bohaterach nadzieję. Że ta "walka" ma sens, że da się z tego wyjść, że warto szukać w nieszczęściu choćby iskry pozytywu, choć łatwo się o tym mówi z boku.
Dla mnie to bywa heroiczne. Patrzę na ludzi, którym wali się życie, a oni się nie poddają, trzymają nastawienie, znajdują siłę. To daje do myślenia, zwłaszcza dziś. Bo wszyscy gnamy: praca, obowiązki, ambicje. Nic w tym złego, taki jest świat. Tylko że zapomnieliśmy, jak się zatrzymać.
Nie lubię słowa "równowaga", zrobiło się wytarte. Ale prawda jest taka, że większość z nas jej nie ma. I może o to też chodzi w tym programie: oprócz historii i nadziei pokazać, że warto czasem przystanąć dla siebie. Nie tylko "więcej, dalej, szybciej". Bo na końcu liczą się ludzie obok, nie rzeczy. W sytuacjach granicznych wszystko się przewartościowuje i nagle widać, co naprawdę ma znaczenie. Sztuka w tym, żeby nie czekać z tą świadomością do ściany, tylko budować życie wcześniej, uważniej, mądrzej.

Ta profilaktyka znowu wybrzmiewa tu bardzo mocno. Mówi się, że mężczyźni często unikają badań i wypierają myśl o chorobie. Czy zależało ci też na tym, żeby przypominać, jak ważne są regularne badania, zanim będzie za późno?
Czytałam badania, które wywróciły moje wyobrażenie. Kobiety, którym z pozoru świadomości brakować nie powinno, wysokie stanowiska, wykształcenie, dostęp do wiedzy, są w grupie najmniej dbających o zdrowie. Bo "ja jeszcze zdążę". "Dziś mam zarząd". "Dziś zebranie". "Muszę oddać raporty".
Więc to nie problem "mniej świadomego społeczeństwa". To problem nas wszystkich. Odkładamy i kończy się tak, jak się kończy. Zamiast trafić na badania trzy miesiące temu, trafiamy trzy miesiące za późno.
U mężczyzn dochodzi wstyd. Raka piersi już trochę oswoiliśmy. Z rakiem prostaty wciąż jest ciężko. Są kampanie, tabu pęka, ale powoli. Faceci nadal nie chcą rozmawiać o swoim zdrowiu.
Była świetna kampania, która trafiała w sedno: o samochód dbamy, o zwierzęta dbamy, o dzieci dbamy, a o siebie nie. Auto ubezpieczamy, robimy przeglądy na czas, bo bez tego nie pojedzie. A o własnym zdrowiu przypominamy sobie, gdy boli. Bo przy samochodzie są terminy i kary. A na własne ciało kary nie ma, dopóki nie wystawi rachunku. I dotyczy to mężczyzn tak samo jak kobiet.
W programie pojawia się też temat tego, jak istotny jest sposób przekazywania diagnozy. Była historia rodziców i dziecka, w której z ust lekarza padły bardzo trudne słowa, że albo matka, albo dziecko wyjdzie z sali w worku. Widać, że nawet po wielu latach takie zdania zostają w człowieku.
Ojciec do dziś zmaga się z nerwicą, być może właśnie przez to jedno zdanie. Bo czasem jedno zdanie zostaje w człowieku na całe życie.
Przypomina mi się historia dwunastolatki, która była u mnie w podcaście. Poszła do lekarza i usłyszała bolesny komentarz o swoim wyglądzie. A potem zmagała się z anoreksją. Takie słowa potrafią wryć się głęboko. Osoby otyłe ciągle słyszą w gabinetach uwagi o ciele i przestają przychodzić. Nie wracają, więc choroba się pogłębia. Tak więc źle dobrane słowo lekarza zamyka drzwi do leczenia.
To pokazuje, że poza wiedzą medyczną liczy się komunikacja. Nie chcę wrzucać wszystkich lekarzy do jednego worka, ale świadomości wciąż brakuje: że słowo waży tyle co diagnoza i może zdecydować, czy pacjent podejmie leczenie, czy się załamie. Bo pacjent to nie przypadek ani numer w systemie. To człowiek, który w jednej chwili może usłyszeć zdanie, które zmieni mu całe życie.
Która z historii bohaterów twojego programu najbardziej wpłynęła na ciebie i sprawiła, że zaczęłaś inaczej patrzeć na swoje życie?
Każdy z bohaterów zostawił we mnie coś innego, i to nie jest dyplomatyczna odpowiedź. Utkwiła mi w głowie Kamila. Dużo młodsza ode mnie, a żyła w takim samym pędzie jak ja. I nagle wszystko się zatrzymało. Wszyscy, którzy wracają do zdrowia, mówią to samo: kto tego nie przeżył, nie zrozumie. Każdemu z nich przewartościowało się życie.
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Renata. Pływaczka, była reprezentantka Polski, wielki talent przekreślony przez kontuzję. Renata przez lata zapominała o sobie, harowała po kilkanaście godzin dziennie dla dzieci, i zapłaciła za to zdrowiem. A dziś odbudowuje życie i pierwszy raz trafia na dobrych ludzi. I to porusza najbardziej.

I może właśnie to najbardziej zaskakuje, że po tym wszystkim ona nadal ma w sobie tyle światła. Bo z pozoru takie historie i programy o zdrowiu kojarzą się głównie z cierpieniem i ciężarem.
Jest smutek, jest złość, jest płacz. Ale jest też radość i nadzieja. I to była sztuka, wyważyć to. Bo łatwo zrobić program tylko z łez. Tylko że łzy to nie cały człowiek.
Tego programu nie robiliśmy dla słupków oglądalności. Robiliśmy go, żeby zmienić sposób, w jaki myślimy o zdrowiu i o życiu, i pokazać prawdziwe emocje. Ale w równowadze, bo sam dramat byłby kłamstwem o tych ludziach.
Takich programów w telewizji jest sporo, ogląda się je dla sensacji albo po to, żeby westchnąć "mam lepiej". U nas nie o to chodzi. Pierwsza reakcja bywa mocna: "co ja bym zrobił na jego miejscu?", przychodzi podziw i współczucie. Ale tuż obok, bardzo wyraźnie, wybrzmiewa nadzieja.
Można zatem powiedzieć, że ta "Walka o życie" jest w gruncie rzeczy walką o nadzieję? Czy to ta nadzieja jest główną osią programu i historii o powrocie do zdrowia?
Można postawić znak równości: "Walka o życie" to "walka o nadzieję". I to chyba najlepiej oddaje sens programu. Odejmij nadzieję i zostaną zupełnie inne historie.
To jak w pracy: pomysł bez odwagi i działania zostaje tylko pomysłem. Walka bez odwagi i konsekwencji zostaje tylko próbą. A nasi bohaterowie pokazują coś przeciwnego, że można podnieść się nawet wtedy, gdy wali się wszystko. I że to właśnie nadzieja jest tym, co w ogóle pozwala tę walkę zacząć.














