Spis treści:
- Od "Warszawki" do morza. Czy mogło być gorzej?
- Kto płynie w tym rejsie? Międzynarodowa śmietanka i Wałęsa
- Ile to kosztowało? Siedem milionów, ale jest jeden haczyk
- Trójmiasto bez Trójmiasta?
- Okiem Gdańszczanki: gdzie podziała się ta magia?
Od "Warszawki" do morza. Czy mogło być gorzej?
Zanim przejdziemy do Trójmiasta, warto przypomnieć pierwszą odsłonę kampanii POT "POLAND. More than you expected". Krótko mówiąc: internauci nie brali jeńców. Warszawski spot krytykowano za sztuczność, korporacyjny sznyt i pokazanie stolicy w sposób, który równie dobrze mógłby pasować do każdego innego europejskiego miasta. Było nowocześnie, modnie i światowo, tylko niekoniecznie po polsku.
W Warszawie brylowali Robert Lewandowski, Jesse Eisenberg, Anja Rubik i Nikodem Rozbicki wcielający się we Fryderyka Chopina. Całość miała pokazać Polskę jako nowoczesny, atrakcyjny kierunek dla zagranicznych turystów. Problem w tym, że w tej usilnej próbie bycia światowym gdzieś po drodze zaczęła ginąć sama Polska.
Warszawska odsłona zawiesiła poprzeczkę na tyle nisko, że wydawało się, iż gorzej być już nie może. Twórcy najwyraźniej potraktowali to jak wyzwanie.
Kto płynie w tym rejsie? Międzynarodowa śmietanka i Wałęsa
W Trójmieście twórcy trzymają się pomysłu wykorzystanego wcześniej w Warszawie: piękne miejsca mają być tłem dla znanych twarzy. Wracają więc Robert Lewandowski i Jesse Eisenberg, tyle że zamiast stołecznych restauracji i wieżowców mamy Bałtyk, plażę i obowiązkowe gofry z bitą śmietaną.
Wraca też Nikodem Rozbicki, choć tym razem Chopina zamienia na Mikołaja Kopernika. W czarnym płaszczu przechadza się po plaży, po czym akcja przenosi się do Stoczni Gdańskiej, gdzie czeka już Lech Wałęsa.
"Ja tu widzę głównie promocję osób występujących w spocie. Mam odczucie, że zajmują 80% czasu ekranowego, a pozostałe 20% to jakaś sklejka kwadratów powodująca wyłączenie i przebodźcowanie" - skomentował jeden z internautów.
Ten komentarz dobrze oddaje jeden z głównych problemów spotu. Znanych nazwisk i historycznych odniesień przybywa, a na samo Trójmiasto zostaje coraz mniej miejsca. Gdańsk pojawia się na chwilę, Sopot na chwilę, Gdynię trzeba właściwie wypatrywać. Za to kolejni bohaterowie dostają swoje kilka sekund.
Po obejrzeniu reklamy łatwiej więc przypomnieć sobie, kto w niej wystąpił, niż dokąd właściwie miała nas zachęcić do przyjazdu.
Ile to kosztowało? Siedem milionów, ale jest jeden haczyk
Nie oszukujmy się: takie produkcje nie powstają za paczkę chipsów, dwa gofry i darmowe wejściówki do Hewelianum.
W przestrzeni medialnej pojawia się kwota 7 mln zł i rzeczywiście jest prawdziwa, ale trzeba zrobić tu ważne zastrzeżenie. Nie jest to koszt samego trójmiejskiego spotu, lecz budżet całej międzynarodowej kampanii "POLAND. More than you expected".
Za te pieniądze kampania ma być prowadzona do połowy grudnia na pięciu zagranicznych rynkach: w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoszech i Stanach Zjednoczonych. Powstały trzy główne, trzydziestosekundowe filmy oraz ich krótsze wersje do internetu, a budżet obejmuje również działania w mediach społecznościowych, zakup mediów i inne formaty promocyjne.
Czyli nie, Robert Lewandowski nie zjadł gofra za siedem milionów złotych, choć przyznajmy, że taki nagłówek pisałby się właściwie sam.
Nie zmienia to jednak faktu, że mówimy o kampanii finansowanej z publicznych pieniędzy. Dlatego pytanie o jej jakość nie jest wyłącznie internetowym marudzeniem. Jeśli wydajemy miliony na przekonanie Niemca, Brytyjczyka czy Hiszpana, żeby zamiast kolejnego weekendu w Barcelonie kupił bilet do Gdańska, mamy prawo zapytać, czy po tych trzydziestu sekundach naprawdę będzie miał na to ochotę.

Trójmiasto bez Trójmiasta?
"A można te ujęcia ładnych zabytków jeszcze szybciej? A na płaszcz Kopernika to bym bardziej zwolnił, bo mało czarnego jednak w tym spocie" - ironizuje jeden z internautów pod spotem.
I rzeczywiście, Trójmiasto w tej reklamie jest, tylko momentami trzeba dobrze się przyglądać, żeby je zauważyć. Kolejne ujęcia Gdańska, Sopotu i Gdyni przelatują w takim tempie, że zanim zdążymy zorientować się, na co właściwie patrzymy, już jesteśmy gdzie indziej.
My mamy tę przewagę, że znamy te miejsca. Rozpoznamy Gdańsk, molo czy charakterystyczny fragment wybrzeża nawet wtedy, gdy migną nam przez sekundę. Tylko co z zagranicznym turystą, do którego przecież skierowana jest ta kampania?
Dla kogoś, kto widzi te miejsca po raz pierwszy, ekspresowy montaż może być po prostu serią ładnych obrazków. Nie ma czasu zorientować się, co właściwie ogląda, nie mówiąc już o poczuciu atmosfery miejsca, do którego reklama ma go przecież zachęcić.
Okiem Gdańszczanki: gdzie podziała się ta magia?
Patrząc na to wszystko jako mieszkanka Trójmiasta, autentycznie czuję żal. Mieszkam tutaj i wiem, jak Trójmiasto potrafi wyglądać i jaki ma klimat. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego w reklamie, która ma zachęcać ludzi z zagranicy do przyjazdu, pokazano je w tak bezosobowy sposób.
Reklama turystyczna powinna sprawić, że ktoś siedzący w Londynie, Berlinie czy Madrycie pomyśli: kurczę, chciałbym tam być. Zobaczyć morze poza sezonem, przejść się wieczorem po Gdańsku, usiąść na plaży w Sopocie, pojechać rowerem wzdłuż wybrzeża. Nie musi nawet wiedzieć, jak nazywają się te miejsca. Wystarczy, że coś poczuje i będzie chciał zobaczyć je na własne oczy.
A Trójmiasto daje tu ogromne pole do popisu. Ma morze, port, stocznię, stare kamienice, modernistyczną Gdynię, elegancki Sopot i Gdańsk, w którym historia jest właściwie na każdym kroku. Można było pokazać to pięknie, trochę nostalgicznie, może nawet spokojniej, zamiast urządzać wyścig, kto i co zdąży jeszcze mignąć na ekranie przed końcem trzydziestej sekundy.
Bo ostatecznie problem tego spotu nie polega na tym, że występują w nim Lewandowski, Eisenberg, Wałęsa czy Kopernik. Problem zaczyna się wtedy, gdy po trzydziestu sekundach to właśnie ich pamiętamy najlepiej.
A Trójmiasto? Ono miało być przecież głównym bohaterem.











