Małgorzata Kunecka: Dzielenie się opłatkiem to wyłącznie polska tradycja
- Początkowo opłatki bożonarodzeniowe wypiekane były w klasztorach lub, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, przez organistów lub kościelnych. Następnie trafiały do kościołów, w których dystrybuowano je za datki. Nie tylko pieniężne, bo wtedy nie każdy mógłby sobie na nie pozwolić, ale np. za jajka, mleko, masło, chleb. Kolorowe opłatki dawano zwierzętom - różowe koniom, żeby były silne i zdrowe, żółte krowom, żeby dawały mleko tak tłuste i żółciutkie, jak kolor opłatka. Słyszałam również o częstowaniu psów opłatkami z pieprzem, żeby były tak samo "ostre" i skutecznie chroniły gospodarstwo - mówi Małgorzata Kunecka, etnolożka i muzealniczka, związana zawodowo z Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie.

Katarzyna Pruszkowska: Szykując się do rozmowy pomyślałam, że z punktu widzenia naszych przodków, którzy żyli z pracy na roli, Boże Narodzenie przypada na dość trudny czas - jest ciemno i zimno, pola są puste, zapasów też zaczyna ubywać.
Małgorzata Kunecka: - To prawda, choć obecnie może być nam trudno wyobrazić sobie niepokój, który towarzyszył naszym przodkom. Jednak jeszcze 100 lat temu ta grudniowa nieprzenikniona ciemność, połączona z mrozem, była dla ludzi dotkliwa i przerażająca. Odczuwali pewien atawistyczny, a więc wrodzony, lęk przed tym, że z jakiegoś powodu tym razem słońce nie wróci, przyroda się nie odrodzi, a oni umrą z głodu. Już w Starożytnym Rzymie 25 grudnia obchodzono święto ku czci Sol Invictus, Niezwyciężonego Słońca. Moment ten nie jest oczywiście przypadkowy, bo zaledwie kilka dni wcześniej zaczyna się astronomiczna zima - czas wielkiej pustki, martwoty, uśpienia. Dziś większość z nas nie musi martwić się ciemnością ani głodem, bo mamy elektryczność i sklepy pełne jedzenia. Jednak echa lęku, który towarzyszył minionym pokoleniom, nadal można dostrzec - w ozdobach świątecznych, choince czy stroikach z wiecznie zielonych gałązek. Wystarczy wiedzieć, czego szukać i rozumieć język symboli. Szczególnie bogate w taką symbolikę są oczywiście obchody Wigilii. To dzień pełen obrzędów magicznych, wróżb, zaklinania przyszłości, rytuałów mających zapewnić urodzaj. To taka magia nowego początku - bo w kulturze tradycyjnej wierzono, że nowy roczny cykl zaczyna się właśnie w Boże Narodzenie.
- Na przykład na terenie wschodniego Mazowsza, choć przypuszczam, że gdzie indziej również, gospodarz wkładał pod wigilijny stół metalową część pługa lub inne narzędzie wykorzystywane podczas pracy na roli. Czynność ta miała zapewnić duże plony i ochronę przed szkodnikami. W tym samym celu pod obrus wkładano siano - było go tyle, że garnki i naczynia aż się przechylały. Podczas kolacji wigilijnej siano wykorzystywano do wróżenia - jeśli gospodarz wyciągnie spod obrusa długie, jeszcze zielone źdźbło, nadchodzący rok miał być wyjątkowo pomyślny. Jeśli zaś liche, suche, pogniecione - plony były zagrożone. Na wyciągnięcie zielonego źdźbła zawsze miały też nadzieję panny, bo wierzyły, że ono zapewni im szybkie zamążpójście.

A jakie znaczenie miały potrawy wigilijne?
- W różnych regionach kraju podawano różne potrawy, lepiej więc mówić o charakterystycznych składnikach. Na przykład na Śląsku przyrządza się makówki, na wschodzie kraju - kutię, a na Mazowszu - kluski z makiem. Łączy je oczywiście mak, który ze względu na swoje właściwości nasenne ma zbliżać nas do zaświatów i ułatwić kontakt ze zmarłymi. Podobne znaczenie miały grzyby, zbierane w lesie - przestrzeni nie całkiem oswojonej. Groch i kapusta mają zapewnić urodzaj i wszelką obfitość, orzechy włoskie mądrość, wierzono, że miód ułatwia kontakt z sacrum; ryba zaś jest symbolem pierwszych chrześcijan.
Mnie szczególnie zainteresowała symbolika maku, bo kojarzy mi się raczej obchodzoną w listopadzie Uroczystością Wszystkich Świętych.
- To słuszne skojarzenie - obecnie takim czasem w roku "zarezerwowanym" dla myślenia o zmarłych jest początek listopada, jednak dawniej uważano, że zasłona między światem żywych, a zmarłych jest szczególnie cienka w okresach przesileń astronomicznych. Koniec roku, z całym swoim mrokiem i niepokojem, miał być właśnie takim momentem, w którym dusze zmarłych odwiedzały swoje rodziny. To właśnie dla nich stawiano na stole dodatkowe nakrycie z resztkami świątecznych potraw - nie dla niezapowiedzianych gości, nie dla zbłąkanych wędrowców. Chyba, że taki zbłąkany gość był duchem - wtedy jak najbardziej.
- Choć dziś Boże Narodzenie nie kojarzy nam się z takim powszechnym odwiedzaniem grobów jak ma to miejsce pierwszego listopada, w wielu regionach zachował się jeszcze zwyczaj wizyt na cmentarzu. Na przykład moi rodzice, Warszawiacy, od lat dzień przed Wigilią lub w samą Wigilię idą odwiedzić zmarłych krewnych. Myślę, że nie bez powodu powstało sporo piosenek mówiących o Bożym Narodzeniu i tęsknocie, nieobecności bliskich, pustych miejscach przy stole. Bo Boże Narodzenie zawsze było świętem rodzinnym, nic więc dziwnego, że to właśnie wtedy szczególnie odczuwamy brak tych, którzy odeszli przed nami.

Z tym rodzinnym aspektem Wigilii szczególnie kojarzy mi się dzielenie się opłatkiem - wiem, że nie dla każdego to łatwy moment, ale może stwarzać okazję do odrobiny bliskości. Skąd wziął się ten zwyczaj?
- Łamanie się chlebem było praktykowane już przez pierwszych chrześcijan, jednak dzielenie się w Wigilię opłatkiem jest zwyczajem znanym wyłącznie w Polsce - od XVIII wieku. Sam opłatek był oczywiście znany w innych krajach pod postacią Eucharystii, jednak nigdy nie trafił pod strzechy, żeby mogli się nim dzielić domownicy. Początkowo opłatki bożonarodzeniowe wypiekane były w klasztorach lub, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, przez organistów lub kościelnych - za pomocą specjalnych foremek, które dziś można oglądać w muzeach . Następnie trafiały do kościołów, w których dystrybuowano je za datki. Nie tylko pieniężne, bo wtedy nie każdy mógłby sobie na nie pozwolić, ale np. za jajka, mleko, masło, chleb. Choć opłatek jest ściśle związany z chrześcijaństwem, dawniej uważano, że on także może zapewnić domostwu dostatek i ochronę, a więc mógł posiadać właściwości magiczne.
- Kolorowe opłatki dawano zwierzętom - różowe koniom, żeby były silne i zdrowe, żółte krowom, żeby dawały mleko tak tłuste i żółciutkie, jak kolor opłatka. Słyszałam również o częstowaniu psów opłatkami z pieprzem, żeby były tak samo "ostre" i skutecznie chroniły gospodarstwie. Okruszki dostawały nawet pszczoły, żeby w kolejnym roku zrobiły dużo miodu. Jedynie świnie nie dostawały opłatków - wieść głosi, że to dlatego, że krowy, konie czy owce były obecne w stajence podczas narodzin Jezusa, a świnie - nie.

Kolejnym atrybutem świąt, bez którego dziś trudno wyobrazić sobie Boże Narodzenie, jest choinka. Ale ona, zdaje się, nie jest naszym rodzimym "wynalazkiem".
- Zgadza się, choć nieco podobne świąteczne dekoracje istniały w Polsce już wcześniej. Mowa o popularnych u nas i na Słowacji podłaźniczkach - ozdobach plecionych z zielonych gałązek, zdobionych kwiatami z kolorowej bibuły, orzechami, jabłuszkami czy nawet światami (tradycyjne i charakterystyczne wyłącznie dla Polski ozdoby bożonarodzeniowe wykonane z opłatków - przyp. red.). Wieszano je pod sufitem, jak dziś żyrandole, a przynosić miały oczywiście obfitość. Popularne były długo, jeszcze na początku XX wieku, szczególnie w wiejskich domach. Co ciekawe, ponieważ warunki mieszkaniowe w okresie PRL-u były trudne, a mieszkania raczej małe, był czas, kiedy władza ludowa zaczęła lobbować za powrotem do tej danej tradycji. Żeby wypromować podłaźniczki zaczęto je nawet wieszać w Cepeliach, jednak z marnym skutkiem - okazało się, że choinka już na dobre wpisała się w obchody Bożego Narodzenia.
- Pierwsze choinki pojawiły się na ziemiach polskich na początku XIX wieku. Trafiły do nas wraz z pruskimi osadnikami, którzy przyjeżdżali do Warszawy, znajdującej się wówczas właśnie w zaborze pruskim. Były to małe sosny, przybrane cukierkami, jabłuszkami i pierniczkami, wręczane dzieciom w charakterze upominku. Takie drzewka najpierw rozpowszechniły się w regionach, które znalazły się w zaborze pruskim, początkowo przede wszystkim w miastach, a powszechne stały się dopiero po II wojnie światowej, bo na wsiach długo popularne było zdobienie stojącego w kącie snopka słomy z czterech gatunków zbóż: pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa. Z czasem oczywiście drzewko stawało się coraz większe i zdobione nie tylko rzeczami do jedzenia, ale świeczkami czy specjalnymi ozdobami.
Szklanymi bombkami?
- Początkowo znacznie popularniejsze były wspomniane ozdoby z opłatków, wycinanki z papieru, do których instruktaże publikowano nawet w międzywojennych czasopismach i z wydmuszek. Sama pamiętam, jak z tatą robiliśmy z nich różne zwierzątka, na przykład rybki czy koguciki. Bombki zostały wynalezione w 1848 roku w miejscowości Lauscha w Niemczech przez Hansa Greinera, pracownika manufaktury szkła. Hans chciał przyozdobić drzewko dla swoich dzieci, ale nie było go stać na słodkości i jabłuszka. Dlatego postanowił wydmuchać szklane "jabłuszko". Te pierwsze szklane bombeczki były naprawdę nieduże, bo do rozgrzewania szkła nie używano jeszcze palników gazowych, a naftowe. Ozdoby Greinera szybko stały się popularne w okolicznych miejscowościach, a ich światową sławę zawdzięczamy amerykańskiemu przedsiębiorcy, który podczas podróży po Europie kupił kilka pudełek bombek i wystawił je na sprzedaż w swoim sklepie w Pensylwanii. Sam podobno uważał, że są brzydkie i pewnie się nie sprzedadzą, ale ponieważ były nowością, chciał je mieć w ofercie. No cóż, Amerykanie nie podzielali jego zdania - te pierwsze sztuki od razu znalazły nabywców, a później zamówienia posypały się w hurtowych ilościach.
- Dziś w Lauschy w rodzinnej firmie pracuje już szóste pokolenie potomków Hansa, a miejscowość słynie z przepięknego jarmarku świątecznego - Kugelmarkt, na którym można oczywiście kupić przeróżne, wykonane w okolic bombki.

Dziś w większości domów pod choinką znaleźć można prezenty. Czy zawsze tak było?
- Nie, zupełnie nie. Te pierwsze malutkie choinki same były przecież prezentami. Wręczano je tyko dzieciom, a ozdoby zależały od majętności obdarowywującego - mogły to być gotowe cukierki, albo orzeszki czy słodkie jabłuszka. Z czasem pod choinką zaczęły pojawiać się pierwsze podarki, również skierowane wyłącznie do dzieci. W czasach biedy i ciągłych niedoborów były to przede wszystkim rzeczy praktyczne - ubrania, przybory szkolne, podręczniki. Dziś wszystkiego mamy za dużo, więc dla wielu z nas kupienie prezentu, z którego ktoś się ucieszy, jest nie lada wyzwaniem. A dawniej ludzie mieli naprawdę niewiele, więc takim pięknym podarunkiem mogło być właściwie wszystko - ołówek, zeszyt, skarpetki, kilka motków wełny na sweter. Dzieci oczywiście najbardziej cieszyły się ze słodyczy, a jeśli już któreś dostało prawdziwą zabawkę, to na ogół jedną, a nie kilka. Jako etnografowie obserwujemy, że z pokolenia na pokolenie tych prezentów przybywa - dostają je zarówno dzieci, jak i dorośli, przeważnie po kilka. Dawniej te podarki były tylko dodatkiem do obchodów Bożego Narodzenia, nie czymś, bez czego my nie wyobrażamy już sobie świętowania.
A kto przynosił te prezenty? Pytam oczywiście dlatego, że dziś w wielu domach ofiarodawcami nie są bliscy, a św. Mikołaj.
- Początkowo dzieci dokładnie wiedziały, kto je obdarował. Potem popularna stała się opowieść o św. Mikołaju, czyli biskupie Miry na terenie dzisiejszej Turcji, który żył w IV wieku i słynął ze swojej dobroczynności. Z tym św. Mikołajem związanych jest wiele legend, które ukształtowały obchody Świąt Bożego Narodzenia, przynamniej w niektórych krajach. Jedna z nich opowiada na przykład o tym, że biskup Mikołaj ulitował się nad trzema ubogimi siostrami, których nie było stać na zamążpójście, i sfinansował ich posagi. Chciał jednak pozostać anonimowy, więc wybrał się do ich domu nocą i przez otwarte okno wrzucił do środka trzy sakiewki pełne złotych monet. Tak się złożyło, że sakiewki wpadły do butów - a w innej wersji - pończoch, które suszyły się przy kominku. Stąd właśnie wzięło się przekonanie, że św. Mikołaj wchodzi do domów przez komin i, popularny w krajach anglosaskich, zwyczaj wieszania specjalnych świątecznych skarpetek na drobne upominki.
- Wracając jednak do ewolucji postaci św. Mikołaja - katolicy i chrześcijanie prawosławni od wieków czczą św. Mikołaja, a z czasem zaczął on pojawiać się np. w przedszkolach i wręczać dzieciom podarki. Na zdjęciach z przedszkolnych mikołajek z czasów PRL-u widać, że św. Mikołaj ma jeszcze czapkę biskupią (mitrę - przyp. red.) i pastorał; tak samo przedstawiany był na pocztówkach czy w książkach. Mniej więcej w tym samym czasie w kraju, zwłaszcza na wschodzie, zaczęła rosnąć popularność Dziadka Mroza, który miał być świeckim odpowiednikiem św. Mikołaja - przychodzić do dzieci w tym samym okresie i także wręczać im prezenty. Natomiast św. Mikołaja jakiego znamy dziś - z długą, białą brodą, czerwoną czapką z pomponem i workiem prezentów, narysował w latach 30. XX wieku Haddon Sundblom, amerykański ilustrator, na zlecenie The Coca-Cola Company. Św. Mikołaj został pozbawiony swojego biskupiego dostojeństwa i surowości, których obawiały się dzieci, na rzecz sympatycznego uśmiechu i swojskiej aparycji. 90 lat później możemy uznać, że plan się powiódł, bo wymyślona na potrzeby reklamy postać stała się takim samym nieodłącznym elementem Bożego Narodzenia jak choinka - i to w wielu krajach.
To prawda, choć tam, skąd pochodzę, a więc na Śląsku Cieszyńskim, jeszcze do niedawna prezenty przynosił Aniołek lub Jezusek, a koleżanka z Wrocławia mówi "dostałam to na Gwiazdkę". Skąd w Polsce taka mnogość postaci, które przynoszą podarki?
- Ma to związek z tym, że Polska od wieków jest krajem różnorodnym wyznaniowo. Św. Mikołaj przynosił podarki szóstego grudnia w niemal wszystkich krajach europejskich, poza Skandynawią, która jest tradycyjnie protestancka. A protestanci nie mają kultu świętych. Co prawda w Norwegii usiłowano zastąpić św. Mikołaja "Jezuskiem", ale i to się nie powiodło. Tak więc tam prezenty przynoszą elfy. Polska przez wieki ulegała wielu wpływom, więc w rejonach tradycyjnie protestanckich, jak właśnie Śląsk Cieszyński czy Dolny Śląsk, to nie św. Mikołaj przynosi podarki, a Dzieciątko. W Wielkopolsce z kolei prezenty to domena Gwiazdora. Te tradycje mieszają się ponieważ jesteśmy dziś o wiele bardziej wymieszani niż nasi przodkowie. Choć do mnie, warszawianki, przychodził św. Mikołaj, a koleżankę z klatki obok obdarowywał Aniołek. Myślę, że ciekawa mogłaby być rozmowa z ze starszymi członkami naszych rodzin i próba ustalenia, skąd w naszej rodzinie wziął się akurat ten, a nie inny posłaniec z bożonarodzeniowymi podarkami.
W naszej rozmowie pojawił się zwrot "echo dawnych tradycji". Czy pani, jako etnografce, żal, że są obyczaje, które znikają?
- Nie, bo to znak, że kultura żyje, a żeby mogła żyć, musi się zmieniać. Mam wrażenie, że kiedy mówimy o przeszłości, wyobrażamy ją sobie chwilami jako taki statyczny "bezczas", w trakcie którego nic się nie zmieniało. A tak nie było nigdy - XVI-wieczna Wigilia różniła się od XIX wiecznej; świętowanie w domu zamożnym, od świąt w ubogiej chacie. To, że współcześnie Boże Narodzenie nie wygląda tak, jak w latach 90. nie oznacza, że coś zmieniło się "na minus". Oczywiście rozumiem sentyment, bo jeśli ktoś miał udane dzieciństwo, na pewno będzie z nostalgią wspominał pewne obyczaje, jak np. ubieranie choinki w Wigilię, karpie pływające w wannie, konkretne słodycze czy potrawy, które pojawiał się na wigilijnym stole. Można powiedzieć, że we wspomnieniach dzieciństwo zawsze jest bardziej kolorowe i ma wyraźniejszy smak. Jednak dla naszych dzieci "tradycyjną" wersją świąt będzie ta, którą my wykreujemy im dziś. Oczywiście są zjawiska, które mogą się nam nie podobać, jak np. obecność Świąt Bożego Narodzenia w sklepach czy w reklamie już od końca października. Ale myślę, że myśl o tym, że mamy jakąś sprawczość i możliwość tworzenia wspomnień dla naszych dzieci może być pokrzepiająca.








