Reklama

Reklama

Mam trzynaście lat i właśnie zabiłem człowieka. I to nie byle jakiego człowieka, tylko członka "rasy panów"

Początek 1940 roku. Trzynastoletni żydowski chłopiec i jego jedenastoletni brat przedzierają się przez drut kolczasty otaczający łódzkie getto, by ukraść żywność dla swojej rodziny. Zauważa to niemiecki strażnik. Nie mają innego wyjścia. Starszy brat strzela, żołnierz pada martwy. Tak rozpoczyna się poruszająca historia niezwykłej ucieczki chłopca, który niejeden raz przechytrzył nazistów.

Przeprawia się przez zamarzniętą rzekę na granicy z Rosją, ukrywa się w pociągu wojsk niemieckich jadącym do Berlina. W Alzacji poznaje piękną romską dziewczynę, która także ucieka przed nazistami. Trafia do Francji i pod Pireneje, gdzie aresztuje go hiszpańska policja. W końcu ratuje go brytyjski dyplomata i chłopiec przedostaje się do Gibraltaru. Wkrótce wraca do Niemiec jako żołnierz armii brytyjskiej.

Ten chłopiec żył naprawdę. To Chaim Herszman, znany później jako Henry Carr. 

Przedstawiamy fragment książki "Uciekłem z getta"

Reklama

Nikt z nas nie przewidział, że ten dzień może się zakończyć tak, jak się zakończył. Oddalając się biegiem od ogrodzenia getta, skąpany we krwi, niosąc tylko plecak z ubraniami na zmianę, nóż i krzyżyk, nie wiedziałem, że coś się kończy na zawsze. Nie miałem pojęcia, że nigdy już nie zobaczę mamy, taty, Srulka ani swoich trzech sióstr. Nie wziąłem żadnych zdjęć, nie wziąłem tak naprawdę niczego, co mogłoby mi o nich przypominać. Po co niby miałbym brać? Myślałem, że zobaczę się z nimi wieczorem, tak jak w zasadzie każdego dnia swojego już niemal czternastoletniego życia.

Owładnął mną instynktowny strach. Moim największym, nadrzędnym zmartwieniem było to, żeby oddalić się stamtąd jak najszybciej; tuż obok jednak czaiła się myśl, że jestem mordercą. Mam trzynaście lat i właśnie zabiłem człowieka. I to nie byle jakiego człowieka, tylko członka "rasy panów". Przynajmniej zakładałem, że nim był. Niewątpliwie mówił po niemiecku, ale może wcale nie był Niemcem. Może był Polakiem i miał tylko niemieckie pochodzenie. Czyżbym właśnie zabił rodaka? Jeśli tak, to nie rozumiałem, jak mógł trafić do wojska; możliwe, że sympatyzował z nazistami, zgłosił się jakoś na ochotnika, jednak mimo wszystko pozostawał Polakiem. Diabli z nim, tak czy inaczej. Mógł nie nastawać na życie Srulka.

Kiedy biegłem, początkowa panika zaczęła ustępować i wpadły mi do głowy dwie kolejne myśli: muszę się przebrać w cieplejsze rzeczy i wyrzucić albo zniszczyć te zakrwawione, które mam na sobie, a poza tym powinienem znaleźć miejsce, gdzie zdołam odetchnąć i obmyślić plan działania. Co należało teraz zrobić? Co zrobić dziś wieczorem? Jutro?

Zobacz również: Trudny quiz wiedzy o powstaniu warszawskim. Na pytanie 10 odpowiedź znają nieliczni

Jedynym po polskiej stronie znanym mi miejscem, w którym mogłem się poczuć w miarę bezpiecznie, było mieszkanie Karbowskich. Nigdy tam nie byłem, ale tamtego ostatniego dnia na Bałutach Czesiek na szczęście podał mi adres. Ulica znajdowała się blisko jednego z placów, na którym grywaliśmy w piłkę. Przerażenie malujące się na twarzy pani Karbowskiej, kiedy mnie zobaczyła, to jeszcze jeden z obrazów, które wyryły się głęboko w mojej pamięci i nigdy się nie zatarły. Gdy otworzyła drzwi, niemal wtoczyłem się do środka, nie wypowiadając ani słowa. Gdyby przez chwilę pomyślała, gdybym nie znalazł się w mieszkaniu, zanim zdążyła zrozumieć, co się dzieje, być może zastanowiłaby się głębiej nad niebezpieczeństwem, na które naraża siebie i swoją rodzinę, a jednak zadziałała instynktownie i bez namysłu, wiedziona współczuciem i miłością.

Kazała mi pójść się umyć, wręczyła komplet ubrań Cześka i powiedziała, że mam się w nie przebrać, a swoje rzeczy zostawić w zamian. W tamtym momencie już podjęła decyzję, że nie zostanę długo, ale i ja myślałem podobnie, dlatego nie zastanawiałem się długo, co to może oznaczać. Chciałem powiedzieć, że mam w plecaku ubrania na zmianę, ale dałem spokój.

Zmyłem z ciała i włosów wszelkie ślady krwi, włożyłem czyste rzeczy i poszedłem pogadać z panią Karbowską. Rozmawialiśmy o wszystkim, tylko nie o tym, co mnie tam przygnało.

Kilka godzin później do domu wrócili Czesiek i pan Karbowski; wyglądali na zdumionych, a jednocześnie nieco zaniepokojonych moim widokiem, lecz zanim nasza rozmowa zdążyła przybrać niebezpieczny obrót, pani Karbowska wkroczyła do akcji i wyjaśniła, że stanąłem u nich w drzwiach w okropnym stanie, cały we krwi i zupełnie roztrzęsiony.

Uznałem, że najlepiej będzie nie obciążać Karbowskich, w tym Cześka, szczegółami tego, co się wydarzyło, a oni na mnie nie naciskali, zapewne przeczuwając, że nie mogło to być nic dobrego. Wiedziałem jednak, że coś muszę powiedzieć, więc powiedziałem pierwszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy:

Sądząc po wyrazie twarzy pana Karbowskiego, raczej mi nie uwierzył. Za wszelką cenę pragnąłem uniknąć dalszych pytań o to, co mnie przyniosło, dlatego szybko zaproponowałem, że z samego rana już mnie tam nie będzie. Chciałem tylko przenocować. Zaraz miała się zacząć godzina policyjna. Powrót byłby dla mnie zbyt niebezpieczny. Żeby wszystkich uspokoić i dać im do zrozumienia, że mam jakiś przemyślany plan, powiedziałem, że wybieram się do Warszawy, bo może ktoś z mieszkających tam krewnych taty zdoła mi pomóc się przedostać do Związku Radzieckiego, gdzie Natan, jak wierzyłem, zdążył się już wygodnie urządzić. Przeczekamy tam wojnę, tak jak wielu innych polskich Żydów, którzy postąpili dokładnie tak samo.

W tym momencie przemówił pan Karbowski:

Niełatwo było mi zasnąć tamtej nocy. Wciąż buzowała we mnie adrenalina i znowu, tak jak wtedy, gdy ukryliśmy się pod Łodzią po śmierci Mietka, przy każdym nieznajomym dźwięku myślałem, że mnie znaleźli. Pewnie niedługo przyjdzie po mnie śmierć. I po Karbowskich też.

Próbując zapaść w sen, przywoływałem w pamięci dyskusje prowadzone na spotkaniu klanu Blumowiczów przed wkroczeniem nazistów. Rozmawialiśmy o ewentualnym wyjeździe z miasta, o ucieczce, o kryjówkach i możliwościach przetrwania. Ale teraz byłem sam i wydawało się jasne, że to, z czym pod wpływem impulsu, bez namysłu wypaplałem się przed Karbowskimi, czyli znalezienie Natana, powinno stanowić mój plan. Jeśli nie liczyć Karbowskich i krewnego w Palestynie, Natan był teraz jedyną na świecie znaną mi osobą przebywającą poza łódzkim gettem, w którym kogoś zabiłem. Celem mojej podróży musiała być Włodawa. To tam powinienem wpaść na trop Natana.

Czytaj też: Zesłania na Sybir w 1940 i 1941 dotknęły przede wszystkim kobiet i dzieci

A skoro już się zdecydowałem, pierwszym logicznym krokiem wydawało się dotarcie do Warszawy. Związek Radziecki leżał na wschód od Łodzi, a Warszawa była na północnym wschodzie, czyli w pewnym sensie po drodze. Poza tym, jak powiedział wujek Mojsze Lewkowicz na tamtym wieczornym zebraniu, stolica miała pewnie do zaoferowania więcej możliwości transportu w kierunku granicy. Gotów byłem iść do Rosji pieszo, gdyby okazało się to konieczne, ale wolałem tego uniknąć.

Najpierw musiałem się wydostać z Łodzi i uznałem, że najrozsądniej będzie, jeśli wyruszę w stronę najbliższego lasu na północnym wschodzie od miasta. Las w przypadkowych miejscach przenikał przez granice miasta, a potem, jak wiedziałem, ciągnął się i ciągnął aż do Bałtyku. Tak czy inaczej, gdzieś tam była Warszawa. Jakoś ją przecież znajdę. Wiedziałem też, że po drodze - w głębi tych lasów - kryją się dacze niektórych zamożniejszych mieszkańców Łodzi. Nie miałem pewności, czy zdołam odnaleźć daczę babki Heńka, zresztą znajdowała się tak daleko, że raczej nie warto było próbować, ale mogłem poszukać szczęścia gdzie indziej. Doszedłem do wniosku, że niektóre z tych domów stoją pewnie opuszczone i być może znajdę tam prowiant na drogę albo chociaż dach nad głową na noc albo dwie, dopóki nie zbiorę myśli. Może nawet przyczaję się w którymś na dłuższy czas?

Rankiem, zaraz po zakończeniu godziny policyjnej, szybko i łzawo pożegnałem się z Karbowskimi. Choć wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, był to kolejny moment, w którym coś się kończyło na zawsze. Nigdy już nie zobaczyłem państwa Karbowskich, a z Cześkiem spotkałem się znowu przeszło czterdzieści lat później.

Po wyjściu od Karbowskich z oczu wciąż lały mi się łzy; szedłem ze spuszczoną głową, czapkę zsunąwszy nisko na czoło, i płakałem tak, że niemal nic nie widziałem przez słone strumienie i strach. Teraz dopiero się zaczęło. Nagle poczułem, że jestem autentycznie sam w nieskończenie wrogim mi świecie. Bez pieniędzy, bez dokumentów, bez "prawa" przebywania gdziekolwiek poza gettem, miejscem, do którego nigdy nie mogłem powrócić. Gdy tylko ciało strażnika zostanie znalezione - pewnie już się to stało - jeśli ktoś kiedyś powiąże jego śmierć ze mną, zginę nie tylko ja, i to natychmiast, ale i cała moja rodzina. Musiałem zrobić wszystko, żeby nigdy do tego nie doszło.

Czytaj też:

Rozbierano je do nago, wykręcano ręce i podwieszano na hakach, to był dopiero początek

Putin nie jest Stalinem, ale Bucza będzie następnym Katyniem

materiały prasowe
Dowiedz się więcej na temat: II wojna światowa | getto

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy