Katarzyna Pruszkowska, Interia.pl: Wielu z nas, użytkowników internetu, od czasu do czasu posługuje się terminem "fake news". Nie powstał on jednak razem z globalną siecią, ale znacznie wcześniej - już pod koniec XIX wieku nazywano tak zmyślone historyjki publikowane w amerykańskiej prasie.
Mateusz Cholewa: - Można wręcz powiedzieć, że celowe wprowadzanie kogoś w błąd przy pomocy zmyślonej informacji jest działaniem tak starym, jak ludzkość. Dziś popularna jest historia o nigeryjskich książętach, którzy w zamian za pomoc w wyprowadzaniu majątku z Nigerii, wiążącą się oczywiście z dokonaniem jakiejś wpłaty, obiecują hojne podziękowanie wyrażone w dolarach. Na tym samym mechanizmie oparte było oszustwo popularne we Francji w czasie rewolucji francuskiej: wtedy bogaci, niesłusznie uwięzieni szlachcice, również obiecywali, że podzielą się zyskiem - jak tylko opuszczą mury więzienia, co miało być możliwe dzięki opłaceniu kaucji.
- Oczywiście nigdy nie było ani tych nigeryjskich książąt, ani francuskich szlachciców, ale dzięki tym nieprawdziwym opowieściom, a więc fake newsom, wzbogacił się niejeden oszust. Sam termin "fake news" był obecny w literaturze na długo zanim w głowie Marka Zukerberga pojawił się pomysł, by założyć Facebooka - sam mam na półce książkę wydaną w 2001 roku, która omawia to zjawisko w kontekście zamachu z 11 września. Nie istniały wtedy media społecznościowe, ale popularne były blogi; korzystano też platform, przy pomocy których można było udostępniać nagrania wideo, oczywiście z odpowiednio sensacyjnymi komentarzami.
Skoro już wspomniałeś o XIX-wiecznej prasie - jaką rolę w rozwoju dziennikarstwa opartego na sensacji i zmyśleniach odegrał Joseph Pulitzer, którego nazwisko kojarzą osoby nawet niezwiązane z branżą?
- No cóż, na pewno dzięki niemu więcej osób zaczęło kupować gazety. Wcześniej po prasę sięgały przede wszystkim osoby z wyższych kręgów, wykształcone, obyte w świecie. Pulitzer, przyczyniając się do rozwoju tzw. żółtej prasy, której nazwa pochodzi od koloru taniego papieru, na którym była drukowana, sprawił, że po gazety zaczęli sięgać także "zwykli" Amerykanie. Ludzie od zawsze kochali sensacyjne opowieści, a w XIX-wieku to właśnie gazeciarze byli ich jedynym źródłem. Poza tym wtedy to właśnie prasa kształtowała popyt - np. w jednej z takich tanich gazet zamieszczono artykuł o tym, że absolutnie bezkonkurencyjna wołowina pochodzi z takiego a takiego gospodarstwa. Ta informacja w zasadzie niczym nie różni się od artykułów, które nie tak dawno analizowaliśmy w Demagogu - kiedy na polskim rynku pojawiło się sporo wegetariańskich zamienników mięsa, lobby drobiarskie zaczęło zamawiać treści opisujące zalety mięsa drobiowego. W obu przypadkach tworzenie informacji nie miało na celu poinformowania czytelnika o jakimś fakcie, ale wypromowanie określonego produktu. Można więc powiedzieć, że Pulitzer, jakimikolwiek ideałami by się nie kierował zakładając swoje gazety, przyczynił się do tego, że dziś zmagamy się z zalewem fake newsów.

Wielu osobom, zwłaszcza seniorom, fake newsy kojarzą się jednak już nie z prasą, ale internetem. Tradycyjne media skuteczniej się bronią przez dezinformacją?
- Na pewno w sieci mamy do czynienia z niższym progiem wejścia - łatwiej założyć konto na portalu X czy Facebook i tam szerzyć swoje teorie, niż stworzyć tytuł prasowy czy dostać własny program w telewizji. Jednak ja uważam, że dezinformacja nie ogranicza się do sieci i możemy się z nią zetknąć w każdym medium. Tym bardziej, że dziś nawet duże gazety ograniczają wydatki kosztem działów korekty czy redakcji, które dawniej także służyły temu, by wyłapać jakieś nieścisłości. Nie mam na myśli wyłącznie tabloidów takich jak "Fakt" czy "Super Express", ale także renomowane tytuły. Dezinformacja nie ogranicza się oczywiście wyłącznie do słowa pisanego - każdy może założyć w internecie swoje radio, postawić mikrofon i mówić, co ślina na język przyniesie. Zresztą nie musi to być od razu radio, ale zwykły podcast, do którego uruchomienia potrzeba obiektywnie niedrogiego sprzętu do nagrywania i edytowania treści. Wiem, że w "topce" autorów, którzy publikują na Spotify, jest twórca, który regularnie zaprasza do siebie oderwane od rzeczywistości osoby, które opowiadają zupełnie niestworzone historie. I, póki co, nikt się tym szczególnie nie oburza.
- Wiem, że dla wielu osób medium, które darzą szczególnym zaufaniem, jest telewizja, ale i tam można natrafić na bzdury. Nie tak dawno jedna ze stacji poinformowała, że do polskiego zoo trafiło siano sprowadzone z Niemiec. Oczywiście "news" szybko trafił do mediów społecznościowych, gdzie był szeroko komentowany, a zoo - krytykowane. Tymczasem sprowadzono nie "zwykłe" siano, ale suszoną lucernę (pokarm dla żyraf i antylop bongo, który sprowadza się, kiedy w Polsce występują braki - przyp. red.). Podobnie było w przypadku informacji o tym, że w Polsce istnieje lek, który mieszkającym w Polsce obywatelom Ukrainy przysługuje za darmo, a Polscy muszą go kupować. Wojciech Cejrowski przeczytał o tym na portalu X, a potem opowiedział w Telewizji Republika. A okazało się, że lek jest za darmo i dla Polaków, i dla Ukraińców - tyle, że dla seniorów, a nie dla każdego.
Co pokazuje, że być może nieco enigmatyczna dla niektórych "dezinformacja" może mieć bardzo konkretne skutki - w tym wypadku, podsyca niechęć do konkretnej grupy.
- To prawda, że dla wielu osób temat fake newsów czy dezinformacji może być czymś odległym, mało konkretnym; nie rozumieją, że codziennie mogą się z nim zetknąć i że realnie może wpłynąć na ich życie, choćby zdrowie, jeśli uwierzą internetowemu szarlatanowi, czy decyzje zakupowe, bo przeczytają, że jakiś produkt zawiera "groźny" składnik czy jest produkowany w kraju, którego "nie lubimy". Tymczasem dezinformacja jest groźna - także dlatego, że bardzo często idzie ramię w ramię z polityką, co można przedstawić choćby na przykładzie Rosji. Otóż funkcjonuje tam cała machina kremlowskiej propagandy, która korzysta z mediów, szczególnie programu pierwszego w rosyjskiej telewizji (Rossija 1 - przyp. red.), w której pracują takie osoby jak choćby Olga Skabejewa czy Władimir Sołowjow. To, co tam opowiadają ci prokremlowscy dziennikarze, trafia potem na rosyjskojęzyczny Telegram (darmowy komunikator, który działa w Rosji - przyp. red.), a stamtąd, w tłumaczeniu, na polskie profile w portalu X.
- Mogą to być informacje o wojnie w Ukrainie, np. stare zdjęcia Kijowa z podpisem "tam wcale nie ma wojny", decyzjach Unii Europejskiej, a nawet zdrowiu. Także ktoś, kto regularnie czyta te wpisy, jest pod wpływem rosyjskiej propagandy - nawet o tym nie wiedząc. Sprawy mogą się oczywiście potoczyć dalej, a wtedy mamy już do czynienia z tzw. spinem politycznym (technika komunikacji, która polega na celowym zniekształcaniu informacji - przyp. red.), np. podkopującym zaufanie Polaków do Unii Europejskiej, co zresztą regularnie próbuje robić Kreml. Dawniej w Polsce zupełnie jawnie funkcjonowała nawet polskojęzyczna strona Sputnik, która służyła wyprowadzaniu informacji propagandowych poza Rosję; dziś już nie istnieje, ale są strony internetowe, na których można znaleźć podobne treści.

Niedawno na kilku kontach w serwisie Facebook, które obserwuję ze względu na publikację podobnych treści, "popularne" były wpisy ostrzegające przed ewakuacją, która tak naprawdę miała być wstępem do pozbawiania Polaków domów.
- Rzeczywiście, ten fake news rozszedł się dość szeroko. Jego autorzy pisali, że plany ewakuacyjne, tworzone na wypadek katastrof naturalnych czy wojny, są tak naprawdę wstępem do wysiedlenia - a opuszczone przez ludzi domy miałyby być przekazywane Ukraińcom, lub, według innej wersji, Żydom. Polakom radzono więc, by pod żadnym pozorem nie wsiadali do autobusów podstawianych przez służby, bo jeśli to zrobią, nie będzie już odwrotu. Ten przykład dobitnie pokazuje, że dezinformacja naprawdę może mieć katastrofalne skutki. Weźmy na przykład wielkie pożary na Lubelszczyźnie - co by było, gdyby wśród ewakuowanych byli ludzie wierzący w wysiedlenia? W którym momencie zdecydowaliby się na opuszczenie domu, żeby ratować życie swoje i bliskich? Ogień jest nieprzewidywalny, więc mogłoby być tak, że na ratunek byłoby zwyczajnie za późno.
- Takie podsycanie lęków nie jest jednak zarezerwowane tylko dla naszego regionu. Podobne hasła pojawiały się bowiem kilka lat temu na Hawajach, zresztą właśnie w trakcie potężnych pożarów. Niektórzy mówili, że Hawaje płonęły na zlecenie USA - po to, by Amerykanie mogli taniej kupić hawajskie działki. Z kolei w Argentynie uważano, że za szalejącymi tam pożarami stoi Izrael, który chce wykupić żyzną ziemię pod uprawę swoich plonów. Widać, że lęk przed tym, że przyjdzie do nas Obcy i zabierze nam to, co nasze, istnieje na całym świecie.
Czy pandemia COVID-19 miała wpływ na zwiększenie liczby fake newsów? Pytam, bo miałam wtedy wrażenie, że jakiej strony czy aplikacji nie otworzę, tam trafię na jakieś podejrzane treści.
- Według WHO wraz z pandemią COVID-19 mieliśmy także drugą, nazywaną infodemią. Tak, jak mówisz - w obliczu tej wyjątkowo kryzysowej sytuacji zostaliśmy dosłownie zalani fałszywymi informacjami. A że na początku o wirusie widzieliśmy mało, wielu z nas naprawdę mogło nie wiedzieć, w co wierzyć, jak reagować, gdzie szukać wiadomości opartych na faktach. Doskonale pamiętam ten czas, bo właśnie wtedy zacząłem pracę w Demagogu i czułem się tak, jakby trafił w sam środek informacyjnego huraganu. Mogłem wtedy na bieżąco obserwować działanie tzw. mechanizmu społecznego dowodu słuszności, którego działanie można streścić słowami: "jeśli dużo osób uważa że coś jest prawdziwe, to takie właśnie jest". A że algorytm mediów społecznościowych działa tak, że podaje nam to, co w ocenie ich narzędzi nas interesuje i buduje nasze zaangażowanie, po niedługim czasie widzimy w kółko te same treści. W takich warunkach można uwierzyć, że żadnej pandemii nie ma, w telewizji pokazywane są manekiny, a niebezpieczne szczepionki mają służyć depopulacji.
Chyba więc już pora zapytać o to, jaka jest rola mediów społecznościowych w rozpowszechnianiu fake newsów.
- Kluczowa, i to z kilku powodów. Po pierwsze, dziś niemal każdy ma do nich dostęp. Po drugie, są darmowe, tj. można wykupić opcję premium, by nie oglądać reklam, ale to użytkownik wybiera, z której opcji woli korzystać. Po trzecie, żeby ich używać, nie trzeba wykonać w zasadzie żadnego wysiłku - iść do sklepu po gazetę, tak zaplanować dzień, by być w domu, kiedy akurat w telewizji jest emitowany nasz ulubiony program. Nic z tych rzeczy - ot, wystarczy sięgnąć po smartfona. A dostęp to tych urządzeń znacząco się poprawił, dzięki spadkowi cen, a także rządowym programom do walki z wykluczeniem cyfrowym. Kolejne strategie, przygotowywane przez Ministerstwo Cyfryzacji, jasno pokazują, że w końcu niemal wszyscy Polacy znajdą się w zasięgu sieci, portali społecznościowych i fake newsów.
- Na dodatek dla młodszego pokolenia, co obserwujemy podczas rozmaitych szkoleń, social media są synonimem internetu. Młodzi ludzie mają kilka aplikacji, które pozwalają im na dzielenie się swoimi treściami, czytanie interesujących informacji, założenie grupy dyskusyjnej, chatowanie z przyjaciółmi czy rodziną. Dla nich zewnętrzne komunikatory, blogi czy fora dyskusyjne przypominają cyfrowe skamieliny. Właściciele platform społecznościowych robią wiele, by sprowadzić nasze funkcjonowanie w internecie do ich zamkniętego ekosystemu, ale niewiele, by walczyć z pojawiającymi się w nim fałszywymi informacjami.

Sama się o tym przekonałam - wiele razy zgłaszałam treści niezgodne z regulaminem, ale tylko raz moje zgłoszenie zostało uznane za zasadne.
- Właściciele tych platform zarabiają na naszym zaangażowaniu, więc, mówiąc brutalnie, usuwanie angażujących treści nie leży w ich interesie. Wraz z nimi usuwa się przecież reklamy, a jeśli takich sytuacji byłoby za dużo, klienci, którzy płacą za ich emisję i promowanie swoich produktów, mogliby się wycofać. Nikt lekką ręką nie podejmuje decyzji o tym, by odciąć sobie dochód, więc żeby w serwisach typu Facebook czy Tik-Tok pojawiły się lepsze mechanizmy kontroli treści, potrzebna jest presja z zewnątrz. A ona w dużej mierze zależy od nastrojów politycznych, co widać na przykładzie regulacji wprowadzanych w USA.
- Po wyborach z 2016 roku, które wygrał Donald Trump, głośno było o tym, że treści zamieszczane w serwisach społecznościowych mogą wpływać na wynik wyborów. Mniej więcej w tym samym czasie w Wielkiej Brytanii trwała dyskusja o działaniach firmy Cambridge Analitics i mikrotargetowaniu, które mogło doprowadzić do Brexitu. Wtedy władze Facebooka (dziś - META - przyp. red.) podjęły decyzję o nawiązaniu płatnej współpracy z zewnętrznymi organizacjami fact-checkingowymi, które miały monitorować publikowane treści. Przez kilka lat ta współpraca układała się bardzo dobrze, aż tu nagle, w styczniu 2025 roku, program weryfikowania fake newsów został zamknięty - ciekawe, że stało się to zaledwie kilka miesięcy po ponownym zaprzysiężeniu Donalda Trumpa na prezydenta. Teraz użytkownicy mają weryfikować treści samodzielnie i przy pomocy tzw. community notes.
Chciałoby się powiedzieć, że ktoś tu wierzy w to, że "prawda obroni się sama". Tyle tylko, że to nie o prawdę tu chodzi.
- Przyszła mi teraz do głowy taka metafora - prawda jest jak małe jagnię, otoczone ze wszystkich stron przez wygłodniałe wilki. Zresztą z prawdą jest ten problem, że często potrzebny jest nam tzw. big picture, żeby zrozumieć jakąś sytuację. Na przykład prawdą jest, że w stolicach kilku krajów europejskich, m.in. Niemiec i Holandii, najczęściej nadawanym męskim imieniem jest Mohamed, które oczywiście kojarzy się z islamem. Na ten podstawie powstały artykuły donoszące, że oto Europa stała się kolejnym kalifatem. Jednak jeśli sprawdzimy statystyki dla całych krajów, w czołówce najpopularniejszych imion wcale nie ma Mohameda - bo imigranci najczęściej gromadzą się właśnie w większych miastach i tam tworzą swoje enklawy. Dlatego nie - prawda zdecydowanie nie obroni się sama. Ktoś musi stać na jej straży, tym bardziej, że w obliczu zagrożeń czy katastrof, fake newsy rozprzestrzeniają się błyskawicznie, a władze mogą nie nadążać z ich weryfikowaniem.
- Zresztą, czasem okazuje się, że ludzie wcale tych weryfikacji nie chcą, a odkrycie tego wywołało u mnie wiele emocji. Otóż w grudniu 2025 roku we Francji trwały protesty rolników, którzy sprzeciwiali się przymusowemu ubojowi bydła dotkniętego chorobą guzowatej skóry. W mediach społecznościowych pojawiły się wtedy zdjęcia wygenerowane przez sztuczną inteligencję, przedstawiające, m.in., rolników obrzucających policjantów obornikiem. Pod jednym z takich obrazów ktoś napisał: "ale wiecie, że to zostało wygenerowane przez AI?" i dostał taką odpowiedź: "I co z tego?". Uderzyło mnie to, bo zrozumiałem, że czasem możemy wiedzieć, że coś nie jest prawdziwe, a mimo to w to wierzyć, bo pasuje do naszego światopoglądu.

Kilka dni temu trafiłam na cytat, który sobie podkreśliłam, a który pasuje do tego, o czym mówisz. Mianowicie: "w świecie nadmiaru danych nie tyle "analizujemy", ile raczej łapiemy fragmenty pasujące do tego, co już myślimy. Zamiast wiedzy budujemy wiec jej iluzję. Pojawia się w nas wrażenie, że orientujemy się "we wszystkim po trochu", choć w rzeczywistości rzadko mamy czas na głębsze zrozumienie czegokolwiek". (Igor Rotberg, "Czekając na stuprocentową pewność" w "Neewsweek. Psychologia").
- To prawda, sam niedawno czytałem w "Guardianie", że ludzie mają już dość nawału newsów i zwyczajnie nie mają już chęci i czasu, by być "na bieżąco". Na pewno nie jest to jedyny powód, ale sądzę, że zmęczenie i przeciążenie poznawcze mogą sprawiać, że nie weryfikujemy informacji. Po prostu nie mamy na to siły. Albo machamy ręką, bo niby kiedy mamy to robić, skoro cały dzień, od rana do nocy, wypełniają nam obowiązki, więc wieczorem chcemy sobie po prostu odpocząć, choćby i nawet "bezmyślnie" skrolując.
Jak w takim razie jest dziś rola fact-checingu i fact-checkerów?
- Uważam, że fact-checkerzy są potrzebni, choć są i tacy, którzy sądzą, że fact-checking nie spełnił swojej roli, choćby dla tego, że jesteśmy sześć lat po pandemii, w czasie której zmarły tysiące ludzi, a nadal są tacy, którzy głośno mówią, że żadnej pandemii nie było. Albo po wielu latach od sprostowania tych rewelacji uważają, że Andrew Wakefield miał rację i szczepionki naprawdę powodują autyzm. Niestety zdarzają się też przykre sytuacje w naszym środowisku - np. w jednej z amerykańskich redakcji, która miała bardzo rozbudowany dział checkingowy, okazało się, że jedna z autorek fabrykowała cytaty ekspertów, z którymi rzekomo rozmawiała. Redakcja przeprosiła, usunęła wszystkie treści "zweryfikowane" przez tę pracownicę, a ją samą zwolniła. Ktoś mógłby więc powiedzieć - skoro nawet fact-checkerzy fabrykują informacje, to po co nam ten zawód? Otóż ja patrzę na naszą działalność jako na element większego systemu, który potrzebuje zarówno działalności takich organizacji, jak nasza, jak i edukacji w zakresie dezinformacji. Tak, żeby uczyć dzieci już w szkole podstawowej, czym jest dezinformacja, jakie mamy sprawdzone źródła, jak weryfikować informacje.
W takim razie może skończymy małym poradnikiem, który pomoże naszym czytelnikom odróżnić fake newsa od prawdy?
- Jasne. A więc po pierwsze, żeby walczyć z fake newsami, dobrze jest wyrobić sobie nawyk sprawdzania informacji - z badań wynika bowiem, że aż jedna na cztery osoby nigdy nie sięga do innych źródeł, by przekonać się, czy to, co przeczytała, jest prawdziwe, czy nie. To szczególnie ważne w przypadku mediów społecznościowych, w których każdy może obwołać się ekspertem i publikować, co zechce. A, jak już mówiłem, mechanizmy, które mogłyby takie treści namierzać i usuwać, działają słabo. Dlatego w przypadku wątpliwości dobrze byłoby skorzystać z wyszukiwarki i np. wpisać do niej jakieś słowa kluczowe. Warto też korzystać z różnych wyszukiwarek, nie tylko tej największej. Można nawet poeksperymentować i wpisać to samo w dwa-trzy narzędzia, a potem porównać wyniki.
- Po drugie, dobrze pamiętać, że twórcy fake newsów są leniwi i reaktywni, więc często sięgają do tego, co już zostało stworzone. Na przykład dziś będę zajmować się tematem karetki, którą włodarze jednego z miast podarowali Ukraińcom, a ci ją sprzedali. Zdjęcie, które ilustruje tego fake newsa pochodzi jeszcze z 2025 roku, a i sama treść w zasadzie się nie zmieniła. Ot, rzecz wypłynęła ponownie po kilku latach, a korzystając z wyszukiwarki łatwo odkryć, że mamy do czynienia z kłamstwem.
- Na koniec chciałbym jednak zaznaczyć, że nie zawsze i nie wszystko można sprawdzić - zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z chaosem informacyjnym spowodowanym jakąś nagłą sytuacją. Np. pojawia się informacja o pożarze, bo "ktoś tak powiedział". Pod presją czasu i w emocjach trudno myśleć racjonalnie, dlatego łatwiej można ulec manipulacji. Dlatego jeśli już znajdujemy się w takiej sytuacji, polecałbym zamienić słowa "tylko prawda nas uratuje" na "tylko spokój nas uratuje" i zaufać ludziom, którzy mają dostęp do informacji z "pierwszej ręki" - zazwyczaj będą to przedstawiciele władz czy służb. Wtedy nie ma co kombinować, tylko robić to, co pozwoli nam wyjść z sytuacji cało. Na ewentualne analizy przyjdzie czas później.











